1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. „Domyśl się, czego mi trzeba!” – żądania i pretensje zatruwają związek

„Domyśl się, czego mi trzeba!” – żądania i pretensje zatruwają związek

Formułowanie konkretnych próśb i komunikowanie życzeń nie jest w żadnym obszarze życia tak ważne, jak w zaspokajaniu potrzeby miłości i intymności. (fot. iStock)
Formułowanie konkretnych próśb i komunikowanie życzeń nie jest w żadnym obszarze życia tak ważne, jak w zaspokajaniu potrzeby miłości i intymności. (fot. iStock)
Nasze wyobrażenie o miłości jest żądaniem i pretensją: „Domyśl się, czego mi trzeba!”, „Zgadnij, zanim ja sam się tego dowiem!”. Ciągle szukamy kogoś, kto spełni nasze życzenia. To najbardziej destruktywna strategia w związkach miłosnych – twierdził Marshall Rosenberg, twórca Porozumienia bez Przemocy.

„Dlaczego nigdy mi tego nie mówiłaś?!” „Cały czas ci to powtarzam!” Tomek Bagiński, trener, coach stosujący Porozumienie bez Przemocy w mediacjach dla par, te dwa zdania nazywa absolutną klasyką. – On mówi i ona mówi. Dwa monologi, które nie mogą stać się dialogiem, bo oni nie słyszą siebie nawzajem, chcą się z czymś przebić, ale nie wiedzą jak, więc ja tłumaczę to wszystko na język uczuć i potrzeb – opowiada Tomek. – I wspieram, to znaczy pytam: „Co usłyszałaś?”; „Co powiedziała twoja partnerka?”. Pomału zaczynają siebie słuchać, uczą się tego. Na przykład kobieta mówi: „chcę, żeby on zmienił pracę!”. Ale pod tym kryją się potrzeby kontaktu i wspólnoty; aby mężczyzna spędzał więcej czasu w domu, żeby byli bliżej siebie.

Ola i Tomek Bagińscy metodę Porozumienia bez Przemocy poznali trzy lata temu. Ola stworzyła właśnie Fundację Świadomego Rozwoju, która propaguje działania oparte na tej metodzie. Są razem od 13 lat, mają dwoje dzieci – 6-letniego Kacpra i 4,5-letnią Martę. Nowa droga odmieniła ich życie rodzinne.

Potrzebuję czułości. A ty?

W swoich książkach i na wykładach Marshall Rosenberg zwracał uwagę na dziwną rzecz: prawie każdy z nas jest przekonany, że jeśli ktoś nas kocha, to na pewno wie, czego potrzebujemy. Nasze wyobrażenie o miłości jest żądaniem i pretensją: „domyśl się, czego mi trzeba!”. „Zgadnij, zanim ja sam się tego dowiem!” To najbardziej destruktywna strategia w związkach miłosnych.

Miłość i intymność są podstawowymi potrzebami. Formułowanie konkretnych próśb i komunikowanie życzeń nie jest w żadnym obszarze życia tak ważne, jak w zaspokajaniu potrzeby miłości i intymności.

W książce „Rozwiązywanie konfliktów poprzez porozumienie bez przemocy” Rosenberg dzielił się własnymi doświadczeniami: „Jako mężczyzna byłem tak samo mało świadomy własnych potrzeb jak moja partnerka, ponieważ nie miałem w ogóle pojęcia, jakie mam potrzeby. Jeśli nie były one spełnione, to czekałem, aż moja partnerka zatroszczy się o mnie. A jeśli tego nie robiła, to miała poczucie, że robi coś źle. Ja się wycofywałem, a ona pytała: »Marshall, o co chodzi?«. Odpowiadałem: »O nic«. Nie wytrzymywała tego długo i otrzymywałem to, co chciałem. To bardzo proste, ale ma wysoką cenę. Pomału, ale konsekwentnie człowiek staje się uczuciowym analfabetą, emocjonalnym idiotą. Nie uczy się mówić: »Mam właśnie wielką potrzebę kontaktu i czułości. A ty?«. Oczekiwałem od kobiety, aby znała moje potrzeby lepiej niż ja sam! To ona powinna dbać o zaspokojenie moich potrzeb. Kiedy tego nie robiła, byłem wściekły. Zawsze miałem wokół siebie kochane kobiety, które wiedziały, czego potrzebuję, i dawały mi to. I im lepsze w tym były, tym bardziej niezdolny, ograniczony i bezrozumny byłem ja”.

Usiądźmy z przyjaciółmi

Ola i Tomek naukę porozumiewania się bez przemocy porównują do gry na pianinie: najpierw ćwiczysz gamę, ręce są mało elastyczne. Ale z czasem z tych gam zaczyna układać się kawałek muzyki, potem dłuższy, aż w końcu płynie melodia.

– Najpierw uczyliśmy się być ze sobą w kontakcie, utrzymać stan otwarcia i przepływu, współobecności – mówi Ola. – To wcale nie jest łatwe, gdy pojawia się różnica zdań, a przede wszystkim silne emocje, złość, pretensje. Sztuka polega na tym, aby z jednej strony być przy sobie, czyli być świadomym, o co mi chodzi, co czuję i czego potrzebuję, a jednocześnie być w kontakcie z bliską osobą: „Czego on potrzebuje?”. Dotrzeć do tego, że moje i twoje jest tak samo ważne.

– „No tak, ale jeśli zgłoszę jej swoją potrzebę, to co o mnie pomyśli. Przecież mężczyzna ma sobie radzić bez gadania. Otwierając się, wystawiam się na strzał”. Tak często myślą mężczyźni – mówi Tomek.
– „Chcę się z nim czymś podzielić. Ale on nie słucha, od razu radzi, zrób tak i tak. A ja nie potrzebuję rady. Chcę powiedzieć, co jest dla mnie ważne w tej chwili”. Tak na ogół reagują kobiety – mówi Ola. – Nie mogę cię usłyszeć, bo sama chcę być usłyszana. Jeśli cię wysłucham, to będzie znaczyć, że się z tobą zgadzam. A wtedy uznasz, że masz rację, i nie wysłuchasz mnie! Te obawy są źródłem nieporozumień, napięć, urazów i pretensji. Czujemy się bezradni, więc się zamykamy, i w końcu chcemy się rozwodzić.

Twierdzą, że w związkach potrzebujemy raz na jakiś czas usiąść i porozmawiać, co się z nami dzieje, a jeśli się nie słyszymy, to poprosić o pomoc przyjaciół, bo dobrze, jak ktoś popatrzy z zewnątrz. Oni na szczęście mają przyjaciół zaznajomionych z Porozumieniem bez Przemocy, więc korzystają z mediacji.

Opowiadają o takiej sytuacji: jakiś czas temu byli razem na kilkudniowym warsztacie dla kobiet i mężczyzn. Wieczorem ktoś z uczestników obchodził imieniny, było wino, świętowanie, luźna atmosfera. Dystans między ludźmi zdecydowanie się zmniejszył. – Zobaczyłam, jak kobiety dotykają pleców Tomka – opowiada Ola. – Opanowały mnie silne emocje, bunt, sprzeciw i ból. Ale on nie reagował, pozwalał się dotykać. Wróciliśmy do domu, próbowaliśmy rozmawiać. Trzy godziny trudnej, ciężkiej rozmowy! Bez efektów. Monologowaliśmy, nie mogliśmy się usłyszeć. W końcu doszłam do wniosku, że nie możemy być razem, bo skoro ja nie chcę go zmieniać, a nie mogę zaakceptować jego zachowania, to znaczy, że nie mogę być w tym związku. Poszliśmy na mediacje.

– Wreszcie mogliśmy usłyszeć siebie nawzajem – opowiada Tomek. – Mówiłem Oli, że jest dla mnie ważna i poszukamy rozwiązań, które dadzą jej poczucie bezpieczeństwa. Znaleźliśmy takie rozwiązanie: następnym razem, gdy coś podobnego się wydarzy, a ona poczuje się zagrożona, miała powiedzieć nazwę naszej ulubionej kawiarni, wtedy ja zareaguję. Nic takiego od czasu tej mediacji się nie zdarzyło, jednak ja stałem się bardziej uważny.

Artykuł archiwalny. Aleksandra Bagińska, psycholożka, z pomocą Tomasza, nadal prowadzi Fundację Świadomego Rozwoju. Tomasz Bagiński propaguje metodę Kręgów Naprawczych. W Fundacji prowadzi zajęcia oparte na PbP – w szczególności dotyczące konfliktów czy sytuacji mediacyjnych.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Przemoc ekonomiczna w rodzinie - jak powstrzymać kłótnie o pieniądze w małżeństwie?

Czy istnieje jeden doskonały model domowego budżetu? Zdaniem ekspertów zdrowe dla związku będzie to wszystko, co wynika ze swobodnych ustaleń między partnerami. Co więcej, uzgodnienia mogą się zmieniać. (Fot. iStock)
Czy istnieje jeden doskonały model domowego budżetu? Zdaniem ekspertów zdrowe dla związku będzie to wszystko, co wynika ze swobodnych ustaleń między partnerami. Co więcej, uzgodnienia mogą się zmieniać. (Fot. iStock)
„Obiecywał mi złote góry!”, „Ona mogłaby wydać każdą sumę!”. W kłótniach między partnerami często padają argumenty finansowe. Sprawdzamy, czy ludowa mądrość: kiedy nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze – ma zastosowanie w związku. 

Z sondażu przeprowadzonego w czerwcu 2020 roku przez agencję badawczą Difference dla ING Banku Śląskiego wynika, że rozmowy o pieniądzach są naturalne dla 68 proc. Polaków. Byłby to dość imponujący wynik, świadczący o naszej dobrej umiejętności komunikacji, jednak respondenci tego samego badania przyznają, że jest to temat niełatwy, a pieniądze często są przyczyną sporów między partnerami... „Myślę, że chodzi o to, że pieniądze to nie jest jednorodna kategoria i rozmowa o finansach to nie jest zawsze rozmowa o tym samym” – mówi prof. Agata Gąsiorowska z Uniwersytetu SWPS we Wrocławiu w prowadzonym przez psycholożkę i terapeutką Marię Rotkiel cyklu ING „Porozmawiajmy o pieniądzach” (można go obejrzeć na YouTubie).

Sama przy okazji pisania tego tekstu prowadziłam  minibadania i różnorodność przekonań na temat pieniędzy (wpojonych nam w dzieciństwie przez rodziców i inne ważne osoby oraz wypracowanych już w dorosłym życiu) naprawdę mnie zaskoczyła.

„Czym są dla ciebie pieniądze?” – czytamy w popularnej książce „Happy money” Kena Hondy. Traktujesz je neutralnie – jako środek wymiany dóbr i usług? A może upatrujesz w nich instrumentu kontroli? Źródła poczucia bezpieczeństwa? Albo służą ci do tego, żeby się na kimś odegrać? Czy pieniądze pomagają ci robić to, co zechcesz? Czy też są raczej przeszkodą, która zawsze staje ci na drodze? – pyta japoński autor.

Moje... twoje... nasze...

Maria Rotkiel przyznaje, że zagadnienia związane z finansami często wypływają w jej gabinecie podczas terapii par. I choć ze statystyk wynika, że same pieniądze proporcjonalnie rzadko są wskazywane jako podstawowa przyczyna rozpadu małżeństwa (wg raportu CBOS ze stycznia 2020 roku – w 8 proc.), to zwykle właśnie one pojawiają się w tle tzw. niezgodności charakterów małżonków, która jest najczęstszą przyczyną orzekania rozwodów.

Czy istnieje jeden doskonały model domowego budżetu? Badania wskazują, że dla trwałości związku najlepsza jest pełna wspólność majątkowa, jednak w praktyce modele są różne – na drugim biegunie wspólnoty są osobne konta, pomiędzy nimi jest stan pośredni, w którym strony ponoszą wydatki w określonych proporcjach. Zdaniem ekspertów zdrowe będzie wszystko, co wynika ze swobodnych ustaleń między partnerami. Co więcej, uzgodnienia mogą się zmieniać w trakcie związku, np. gdy któraś strona zdecyduje się na przerwę w pracy zarobkowej na rzecz opieki nad dziećmi albo poczuje się wypalona i zechce zrezygnować z dobrze płatnego stanowiska.

I tu wracamy do kwestii rozmawiania o pieniądzach, co w  gruncie rzeczy sprowadza się do komunikacji. Maria Rotkiel proponuje, by do różnic w podejściu do finansów podejść z ciekawością, a nawet wykorzystać je jako szansę na rozwój – np. jeśli wydaje mi się, że mój partner jest zbyt rozrzutny, to może ja za bardzo oglądam każdy grosz?

Przemoc ekonomiczna

Kluczowe jest to, żeby na stosowany w związku model finansowy zgodziły się obie strony. Jeśli nie, może pojawić się tzw. przemoc ekonomiczna. Samo pojęcie jest dość świeże – w świecie badań naukowych zostało zauważone w Stanach Zjednoczonych niewiele ponad 20 lat temu, a na Starym Kontynencie jeszcze później. W badaniach na temat przemocy w Unii Europejskiej zrealizowanych w latach 2011–2012 znalazło się tylko jedno pytanie dotyczące przemocy ekonomicznej. Najbardziej dotknięte nią okazały się Bułgarki, a najmniej Portugalki – Polki znalazły się w środku tego zestawienia.

W Polsce problemem zajmuje się Fundacja Centrum Praw Kobiet, na której stronie czytamy: „O przemocy ekonomicznej mówimy wtedy, gdy jej sprawca używa pieniędzy albo innych wartości materialnych do zaspokojenia swojej potrzeby władzy i kontroli, podporządkowując sobie partnerkę lub przerzucając na nią odpowiedzialność za utrzymanie domu. Sprawca wykorzystuje uzależnienie partnerki od swoich dochodów lub majątku do znęcania się nad nią. Czasem uniemożliwia jej dostęp do konta, w innych wypadkach wydziela i kontroluje jej wydatki, utrudnia jej podjęcie pracy lub przyczynia się do jej utraty. Pieniądze stają się kartą przetargową (...). O przemocy ekonomicznej mówimy również wtedy, gdy partner pasożytuje na pracy partnerki, nie płaci alimentów, bez jej wiedzy zaciąga kredyty lub przywłaszcza sobie środki przeznaczone na utrzymanie rodziny”.

I ślubuję Ci uczciwość małżeńską

Francuska psycholożka kliniczna i terapeutka Lisa Letessier w książce „Kłamstwo w związku” przywołuje historię kobiety (wykształconej naukowczyni z zamożnego domu), która dopiero po wielu latach odkryła oszustwa finansowe męża. „Pewnego razu odebrałam telefon z banku z pytaniem o szczegóły administracyjne dotyczące hipoteki, którą podpisałam. Na początku pomyślałam, że to pomyłka, byłam przekonana, że to niemożliwe. Ale zaczęłam drążyć i wszystko odkryłam. Mój mąż, do którego miałam pełne zaufanie, kochający i uważny ojciec naszych dzieci, podrobił mój podpis i zastawił nasz dom, żeby wziąć kredyt” – cytuje autorka. Jak się okazało, mężczyzna miał na sumieniu wiele innych nadużyć, w tajemnicy zaciągał pożyczki u teściowej i nielegalnie spieniężył część jej majątku. Był hazardzistą i brał narkotyki. „Był chory, z pewnością, ale zniszczył swoją rodzinę, swoje dzieci. Nigdy mu nie przebaczę. Dziś na samo jego wspomnienie mam mdłości” – puentuje bohaterka.

To przypadek skrajny, wynikający z zaburzenia, jednak zdaniem Letessier za kłamstwem dotyczącym pieniędzy zwykle stoi lęk: przed byciem zdradzonym czy zdradzeniem swoich wartości, przed utratą poczucia bezpieczeństwa czy przed konfliktem. Innym wytłumaczeniem może być to, że dla niektórych własne oszczędności, zwłaszcza jeśli budżet domowy nie jest z tego powodu zagrożony, są częścią tzw. tajemniczego ogrodu, czyli ich przestrzeni osobistej.  Niezależnie od skrywanej motywacji przywołany wcześniej Ken Honda stawia sprawę jednoznacznie i uważa, że uczciwość jest priorytetem w związkowym systemie tzw. szczęśliwych pieniędzy. „Chociaż oboje partnerzy są dorośli, to czasem jedno traktuje drugie jak dziecko, które nie musi niczego wiedzieć na temat ich sytuacji finansowej lub nie ma do tych spraw głowy. Czasem też z obawy przed konfliktem ukrywają pewne informacje lub swoje błędy, co później obraca się przeciwko nim” – pisze.

Ćwiczenie: Myślisz "pieniądze", czujesz...

W książce „Happy money” Ken Honda podaje najczęściej spotykane w swojej pracy trenera rozwoju osobistego emocje wywoływane przez temat finansów. Zastanów się, jakie ty odczuwasz i na ile rzutują one na twój związek.
  1. Lęk i niepokój. Czy martwisz się o to, że zabraknie ci pieniędzy? Czy boisz się utraty pracy, bo to oznaczałoby brak zabezpieczenia finansowego? To dość powszechne niepokoje, za którymi stoi zwykle lęk przed porażką czy przed rozczarowaniem innych, a to często wiąże się z niską samooceną i przekonaniem, że nie zasługujesz na to, co dobre, zatem żeby to zdobyć, musisz udowodnić swoją wartość.
  1. Gniew i frustracja. Czy czujesz się niesprawiedliwie wynagradzany? Czy złościsz się na osoby, które decydują o twoich zarobkach albo na te, które twoim zdaniem odpowiadają za zły stan gospodarki? Taki stan wprowadza twój mózg w stan walki o przetrwanie, więc ogranicza zdolność do kreatywnego myślenia,  a przecież rzadko pustka w portfelu oznacza natychmiastowe zagrożenie dla ciebie i najbliższych.
  1. Smutek i rozczarowanie. Czujesz źródła niespełnionych marzeń i dopatrujesz się w braku pieniędzy? A może obserwacja dramatycznych wydarzeń na świecie skłania cię do refleksji, że to wszystko przez chciwość i chęć zmaksymalizowania zarobków? Samotnie niesiony i nieprzepracowany smutek wpływa na twoje relacje z samym sobą, innymi i może doprowadzić do depresji.
  1. Nienawiść i rozpacz. Czy czujesz się oburzony, że ktoś cię wykorzystuje? Czy to wywołuje w tobie gniew? Lepiej wykorzystać potencjał, który niesie złość, jako impuls do zmiany, niż pielęgnować ją w sobie, bo z czasem może przekształcić się w nienawiść – do tego, kogo uważasz za winnego twojej sytuacji, albo do siebie samego, co w ostateczności może doprowadzić nawet do próby samobójczej.
  1. Poczucie wyższości i niższości. Czy kupujesz rzeczy, na które cię nie stać, żeby zaimponować komuś? Czy stwarzasz pozory bycia zamożniejszym niż jesteś? Koncentrując się na budowaniu wizerunku, możesz np. niepotrzebnie się zadłużyć, co będzie cię przepełniało lękiem i ograniczało wybory – w rezultacie nie będziesz w stanie czerpać radości z bycia tu i teraz.
  1. Poczucie winy i wstydu. Czy czujesz się winny, bo inni zarabiają mniej od ciebie? A może wstydzisz się niedostatku? To dwie strony tego samego medalu – chcąc zagłuszyć te skądinąd nieprzyjemne odczucia, łatwo popaść w stany kompulsywne i uzależnienia, co jeszcze bardziej zakłóci twoją wewnętrzną równowagę.
  1. Odrętwienie. Czy tłumisz emocje, jakie wywołuje w tobie temat pieniędzy? Czy unikasz rozmów o nich? Udając obojętność w kwestiach finansowych, tłumisz swoją emocjonalność również w innych sferach życia. Mózg jest bardzo plastyczny, więc im rzadziej korzystasz z pewnych funkcji, tym trudniej ci to przychodzi.
  1. Podekscytowanie i radość. Czy okazujesz radość z premii? Czy cieszysz się, gdy na urodziny dostaniesz od kogoś pieniądze? Nie chodzi o to, że szczęście dają ci pieniądze jako takie, ale o zdolność do odczuwania wdzięczności, która wpływa na poczucie szczęścia.
  1. Wdzięczność i miłość. Czy doceniasz czyjąś pomoc finansową? Czy chętnie dzielisz się swoimi zasobami? Jeśli pieniądze przepływają między ludźmi z miłością i wdzięcznością, przynoszą im większą satysfakcję i dają poczucie bycia docenionym.
  1. Szczęście. Nieoczekiwany przypływ gotówki sprawia przyjemność każdemu; czujemy, jakby zarysowały się przed nami nowe możliwości. A co jeślibyś jej nie dostał? Czy umiesz szczerze przyznać, że już masz wszystko, co jest ci potrzebne do szczęścia, a na nowe możliwości wystarczy się otworzyć?

  1. Psychologia

Co zrobić, żeby polityka i religia nie zniszczyły naszego związku?

Społeczeństwo nigdy nie było tak spolaryzowane jak obecnie. A spory dotyczące polityki i religii przenikają też do naszych związków. (Fot. iStock)
Społeczeństwo nigdy nie było tak spolaryzowane jak obecnie. A spory dotyczące polityki i religii przenikają też do naszych związków. (Fot. iStock)
Socjologowie alarmują, że społeczeństwo nigdy nie było tak spolaryzowane jak obecnie. A spory dotyczące polityki i religii przenikają też do naszych związków. Zdaniem dr Bartosza Zalewskiego z Uniwersytetu SWPS nie chodzi jednak o różnice poglądów, a wartości. Na czym powinniśmy się więc skupiać, poza ogólnie rozumianą miłością, by związek przetrwał?

Zapytam wprost: co trzyma ludzi przy sobie, gdy nagle okazuje się, że partnerzy zaczynają się bardzo różnić poglądami?
Pyta pani o poglądy, a tak naprawdę pyta pani, co spaja związek, gdy partnerzy mają odrębne wartości.

Zgadza się.
Mówiąc bardzo wprost, ludzi łączy chemia seksualna i wartości. Nie podobny temperament, nie cechy charakteru, hobby albo ulubiony sposób spędzania wolnego czasu, ale wartości wyrażane na przykład tym, jak wychowują dzieci. Gdy na randce okazuje się, że dwie strony mają zupełnie inne wartości, to zwykle nie stworzą razem związku. Zwykle, bo są osoby, dla których polityka i religia bywają mało istotne, które twierdzą, że owszem, ludzie się kłócą o politykę, ale nie o to chodzi w życiu. Dlatego nie wykluczam, że możliwy jest związek pary, dla której wspólne wartości nie wyrażają się przez politykę czy religię, ale przez coś innego. Oni mówią, że polityka jest dla nich nieważna. Pewnie gdyby weszła im do domu, to zmieniliby zdanie, ale niektórym nigdy nie wchodzi. Choć dziś na terapiach rzeczywiście jest więcej tzw. małżeństw politycznych, czyli ludzi, którzy się intensywnie kłócą o sprawy polityczne czy religijne. Ale z punktu widzenia terapeuty to jest temat, a nie powód; wcześniej tematem, poprzez który wyrażały się ich trudności, byli na przykład rodzice jednej czy drugiej strony, a teraz jest to polityka albo religia.

A co, gdy nagle okazuje się, że u naszego partnera czy partnerki te wartości ewoluowały i teraz mamy inne zdanie w sprawie aborcji albo nauczania religii w szkołach?
Nic nie można z tym zrobić. Bo to nie są poglądy wynikające z racjonalnej dedukcji, tylko z emocji. Jeśli komuś zmieniają się poglądy, to zastanawiałbym się, dlaczego do tego doszło, bo po prostu ludziom wartości nagle się nie zmieniają. Zakładałbym, że coś musiało się wydarzyć albo coś przelało czarę. Myślę, że byłby to raczej efekt nasilenia czegoś... Może lęku albo gniewu?

Poproszę o przykład.
Przysłowiowy pan Kowalski najpierw nie miał wyraźnego stosunku do aborcji, ale nie był jej jakoś przychylny. I teraz deklaruje, że jest zdecydowanie przeciwko aborcji. Być może niewyostrzona część jego światopoglądu zaczęła się właśnie wyostrzać albo poczuł, że już nie musi się bać mówić o swoim stanowisku otwarcie. Może się zdarzyć, że ktoś nagle z popierającego równość płci zmienił się w dyskryminującego szowinistę. To rzadka sytuacja, dlatego najpierw musi dojść do jakiejś zmiany na poziomie emocjonalnym, a potem dopiero na poziomie wartości.

I co wówczas spaja takie pary? Partnerka musi być w szoku, gdy nagle widzi, że mieszka w domu z szowinistą.
Po pierwsze, mogą zauważać proces wyostrzania się poglądów i o tym dyskutować, ale nie sądzę, żeby taka racjonalna dyskusja mogła coś zmienić w jednej albo drugiej osobie. Za to pary mogą dojść do wniosku, że choć ich poglądy wyostrzają się w stronę przeciwnych biegunów, to inne wartości pozostają wspólne. Jeśli zmieniły się wszystkie wartości, to taki związek nie ma szans, ale zwykle obserwujemy zmianę jednej grupy wartości. I wtedy pary mogą podejść do tego tak: „Jestem bardziej konserwatywny, ale wiem, że żona by mnie z domu wyrzuciła, więc jej tych poglądów nie prezentuję”. Natomiast sytuacja polityczna może zachęcać do mówienia otwarcie i wtedy dochodzi do awantur, po których jedna strona się wycofuje. Wreszcie zastanawiają się, czy ich zmiana wartości to powód do rozwodu. Zapewniam panią, że jest nim dla niewielu par. I jeszcze jedna kwestia.

Jaka?
Jeśli ludzie mają bogate życie emocjonalne i seksualne, lubią wspólne przyjemności, jak seks, dobre jedzenie, spędzanie ze sobą czasu, swoje poczucie humoru i łączy ich wiele sensualnych doświadczeń – to wtedy mogą kłócić się o politykę, ale nie zagraża to ich związkowi, choć poziom satysfakcji z bycia razem może spaść. Jeśli ich poglądy są wyostrzone, bo sprowokowane aktualną sytuacją społeczną i polityczną, to mogą się kłócić, ale wiedzą, że mają inne swoje światy i tak naprawdę marzą, żeby to się uspokoiło. Bo trzeba pamiętać, że choć osoby o bardzo zdecydowanych poglądach tworzą związek z osobami o bardzo zdecydowanych poglądach, to nie znaczy, że ktoś z prawicy stworzy związek z osobą z lewicy. Raczej mówimy o związkach osób o poglądach umiarkowanych, ale wyostrzonych sytuacją polityczną, która prowokuje spór.

Znam pary o skrajnie różnych poglądach, które po prostu o tym nie rozmawiają.
Nierozmawianie o poglądach to kwestia techniki i decyzji. Tu warto zapytać, czy te różnice dotyczą tylko poglądów politycznych bądź religijnych, czy też spraw, które są centrum życia, na przykład wychowania dzieci. Bo jeśli w tych tematach są zgodni, to znaczy, że mają spójne wartości. A to kluczowe.

Jakie to mogą być kwestie oprócz wychowania dzieci?
Na przykład czy lubimy oszczędzać pieniądze na wspólne cele, czy wydawać je na „niszczący nasze życie” konsumpcjonizm? Czy wolimy siedzieć przed telewizorem i jeść czipsy, czy aktywnie spędzać czas i uprawiać sport, bo zdrowie jest dla nas ważne? Czy kobieta ma prawo poświęcić się karierze zawodowej? Podejrzewam, że te pary w tych sprawach są zgodne. A jeśli chodzi o poglądy niedotykające bezpośrednio ich życia, to klasyczna para się w nich różni. Pary, które mają odmienny światopogląd, często mówią, że są takie cechy charakteru żony czy męża, które lubią – że mąż czy żona w domu są fajni, zabawni, czuli. Natomiast w pracy zamieniają się w wojującą feministkę albo zarozumiałego konserwatystę, tyle że na szczęście obie strony tego nie widzą.

Ale to jest do pogodzenia? Czasy sprzyjają wyostrzaniu różnic i często przesłaniają te pozytywne cechy.
Pewnie są pary, którym te różnice coraz bardziej utrudniają funkcjonowanie. Ale jeśli na przykład mają trzynastolatka, który siedzi w domu i cierpi z powodu braku kontaktu z rówieśnikami, to oczywiście mogą się kłócić, czy to efekt polityki rządu, ale tym, na czym się skupią, będzie ratowanie tego dzieciaka.

A co z wartościami, jeśli mąż chce, żeby cała rodzina wzięła szczepionkę przeciw COVID-19, a żona jest przeciwna? To istotny konflikt wartości, dotyczy kwestii życia i śmierci.
Taki związek rzeczywiście nie tyle ma małe szanse przetrwania, co duży potencjał ranienia się. Bo to przecież nie jest kwestia: szczepić się czy nie? Raczej moment, kiedy z parą zaczynamy pracować na sesjach, jeśliby to była para, która chodzi na terapię. Bo gdy podczas takiej rozmowy słyszę, które z małżonków bardziej chce „zabić dzieci”, to przecież na kilometr widać, że to w ogóle nie chodzi o szczepionki.

Jak to?
Kwestia polityczna jest tu podbudowana trudami związanymi z tym, jak bardzo każda z tych osób jest obciążona. I wtedy bym się zastanawiał nad tym, jak te osoby umieją radzić sobie ze stresem, jak regulują emocje, czy cierpią na np. zaburzenia emocji lub osobowości. Do tego dochodzi aktualna sytuacja w rodzinie: ktoś stracił pracę, ktoś jest chory, a rzeczywistość pandemiczna przecież wyzwala także różne fobie. W związku z tym ludzie muszą znosić dużo więcej stresu i mają różne trudności w radzeniu sobie z obciążeniami emocjonalnymi. W rzeczywistości problem nie sprowadza się do szczepionek, ale do tego, jak bardzo ktoś jest przerażony światem, bo nasza reakcja wiąże się z ogólnym myśleniem o świecie, czyli czy to jest miejsce bezpieczne, czy przerażające.

Znajoma seksuolożka powiedziała mi ostatnio, że COVID-19 obnażył związki. Odsłonił pustkę niektórych, a te, które miały się dobrze przed pandemią i potrafiły sobie radzić, nadal sobie radzą.
Zgadzam się, że zamknięci w domach i pozbawieni możliwości choćby chwilowej ucieczki dużo więcej zobaczyliśmy w partnerach i partnerkach. Istnieje zjawisko tzw. współobecności bliskich przy obecności wirtualnej innych osób, takich jak współpracownicy, szefowie i podwładni czy klienci w pracy.  Dowiadujemy się o sobie więcej, na przykład jak druga osoba pracuje, czy markuje różne rzeczy. Nie ma od tego ucieczki. Poza tym partnerzy w związku mogą mieć różną regulację emocji: jedna osoba w stresie przywiera do drugiej, a ta druga właśnie potrzebuje osobności. Kiedyś się uzupełniali, a teraz te sprzeczne potrzeby się nasilają.

Ale czy to nie wpływa na tę sferę seksualną, która była czymś ważnym, stabilnym?
Badania prof. Zbigniewa Izdebskiego pt. „Seksualność w XXI wieku” pokazują wyraźnie, że większość par jest zadowolona zarówno ze swojego związku, jak i z seksu. Z kolei inne badania pokazały, że z napięciem radzi sobie źle około 30 proc. osób w społeczeństwie, a bardzo źle około 10 proc. U tych, co sobie dobrze radzą, napięcie nie wpływa na związek, bo mają wspólne wartości, czyli znowu bardzo wprost: on będzie z nią chodził na marsze kobiet i jednocześnie w domu będą mieli dobry seks. Z kolei w sytuacjach, gdy partnerka jest poruszona tymi marszami, a partner mówi, że nie wie, o co jej chodzi, to mnie jako psychologa interesuje dynamika związku. Ciekawi mnie, co się stało. Czy mężczyzna obawia się, że jego partnerka zwariowała i się zradykalizowała, i dlatego on też się radykalizuje, tylko w drugą stronę; czy o to, że ona jest wściekła z powodu sytuacji politycznej i przesuwa wściekłość na wszystkich mężczyzn, w tym też na partnera? Szukałbym czynników pośrednich. Para, która miała bogate życie seksualne, musi się mocno postarać, żeby to życie zanikło.

Dlaczego?
Bo będzie im tego brakowało. To był sposób na wzajemne uspokajanie się i na bliskość, więc, widząc, że ich zachowanie i kłótnie wpływają na seks, taka para  szybko by się znowu tą sferą zajęła. Jasne, gdy rośnie napięcie i wokół pełno niepokoju, bo jedno straciło pracę, nie wiadomo, co dalej z pandemią, rodzice w szpitalu i trzeba zająć się dziećmi – to intensywność życia seksualnego spada. Poza tym lęki wyłączają pragnienia seksualne. Często też czynią z dorosłych ludzi tak jakby dzieci i pojawiają się roszczenia wobec partnera. Wtedy poglądy się radykalizują, ale to powodowane jest rozpaczliwą próbą odzyskania kontroli w sytuacji niepewności, co przyniesie kolejny dzień.

Wydaje się, że najlepiej byłoby to wyjaśnić podczas rozmowy. Ale niełatwo nam komunikować swoje lęki i potrzeby.
My jako psycholodzy chcielibyśmy oczywiście, żeby ludzie częściej ze sobą rozmawiali, choć ważna jest nie tylko rozmowa, ale też wyobrażenie sobie, co czuje, co myśli inna osoba. Od 15 lat w terapii duży sukces święci mentalizacja. To taki konstrukt, który oznacza umiejętność rozumienia siebie i innych, dokładnie jak empatia, ale dochodzi do tego element myślowy. Czyli zastanawiam się, co się dzieje w drugiej osobie, jaka jest jej motywacja do działania. Ludziom jest  trudno, gdy nie wiedzą, co się dzieje. Kolejna rzecz to podejmowanie czynności naprawczych. Przecież na co dzień uszkadzamy swoje związki na różne sposoby, robimy krzywdę swoim bliskim, czasem nieświadomie, a czasem – jak mówi znajoma psychoterapeutka – wiemy, gdzie nacisnąć, żeby kogoś szlag trafił. Natomiast ważne jest, żebyśmy potrafili te szkody naprawić, bo mamy całe systemy  i sposoby naprawiania. Poza rozmową gesty niewerbalne, jak kwiaty, kolacja przy świecach, prezent. To wszystko nie zadziała jednak w przypadku par, które psychologia opisuje jako koluzyjne. Dotyczy to tylko jednego procenta, ale występuje. Koluzja polega na tym, że każdy z partnerów umieszcza w drugiej osobie tę część siebie, o której nie wie, że ją ma, a której bardzo nie lubi. Na przykład ktoś uważa siebie za chodzące dobro, nie ma w sobie za grosz złości, ale kiedy patrzy na partnerkę, to widzi sadyzm i agresję w jej oczach. Oczywiście swoim zachowaniem sam te reakcje wywołuje. To są pary o sprzecznych poglądach i wartościach, które nieustannie się kłócą i zwalczają, a jednocześnie nie potrafią się rozstać.

Dr Bartosz Zalewski, psycholog, psychoterapeuta. Adiunkt w Katedrze Psychologii Różnic Indywidualnych, Diagnozy i Psychometrii USWPS. Pracuje w Ośrodku Terapeutyczno-Szkoleniowym Kontrakt w Warszawie.

  1. Psychologia

Jak się dogadać ze wzburzonym partnerem? – Wypróbuj rolę „zderzaka”

Wściekłość na partnera często jest ucieczką przed negatywnymi myślami. Wolimy atakować i krzyczeć, niż przyznać się do uczucia nienawiści, które budzi w nas odrazę. (fot. iStock)
Wściekłość na partnera często jest ucieczką przed negatywnymi myślami. Wolimy atakować i krzyczeć, niż przyznać się do uczucia nienawiści, które budzi w nas odrazę. (fot. iStock)
- Kiedy moi pacjenci boją się okazywać złość wobec swoich matek, ojców czy dzieci – lub jeżeli znajdują się w innych sytuacjach, kiedy konfrontacja z własnymi emocjami jest zbyt przerażająca – atakują mnie, bo to bezpieczne. A ja wiem, dlaczego to robią, więc mi to nie przeszkadza – podkreśla Mark Goulston, autor książki „Jak rozmawiać z furiatami”.

Czy poniższy opis przypomina twoje życie?

Wracasz wykończony z pracy do domu i chcesz tylko trochę świętego spokoju – a jeśli będziesz mieć szczęście, może i trochę uczucia. Zamiast tego jednak, gdy tylko zamkniesz drzwi za sobą, przed tobą staje twoja partnerka: „Czy ty wiesz, co twoja córka wykręciła dziś w szkole? Upokorzyła mnie przed przewodniczącą rady rodziców. Zaproponowałam, że upiekę coś na szkolny kiermasz, a ona wypaliła: »Założę się, że ludzie zapłacą, żeby tylko nie musieli jeść paskudnych bezglutenowych muffinek mojej mamy«. Robię, co mogę, żeby się zdrowo odżywiała, a ona mnie wyśmiewa”.

Postrzegasz siebie jako „tego normalnego” w tym związku, a swoją partnerkę jako irracjonalną, więc kiedy zaczyna krzyczeć, uważasz, że pełnisz rolę chodzącego środka uspokajającego.

To właśnie dlatego mówisz coś w rodzaju: „Dobrze, już dobrze, uspokój się. To był tylko taki żart”. Albo: „Wiem, że czasem ci dogaduje, ale w głębi serca to dobry dzieciak”.

Albo: „Słuchaj, ja też miałem kiepski dzień, ale już się skończył, więc się odprężmy i pogadajmy o czymś innym”.

I w tym właśnie momencie rozpętuje się piekło. Nie posypałeś ognia piaskiem, tylko polałeś go benzyną.

„Mam się uspokoić?!”, wybucha twoja partnerka. „Łatwo ci powiedzieć! Ona ciebie tak nie traktuje, bo w zasadzie w ogóle cię nie zna. Ja prawie cię nie znam. Nic, tylko pracujesz! A w ogóle to gdzie jest mleko, które miałeś kupić po drodze do domu?! Czy ty już w ogóle mnie nie słuchasz?!”

Co tu się dzieje? Ty jesteś spokojny, racjonalny i logiczny, ale jednocześnie kompletnie pokpiwasz sprawę. Twoja partnerka nie potrzebuje teraz chodzącego leku na uspokojenie, potrzebuje zderzaka. Przekonaj się o tym na przykładzie Bena, który nauczył się tego na własnej skórze.

- Wiesz, moje małżeństwo jest jak skrzyżowanie Bambi z Dniem świstaka – powiedział mi Ben.

– Co masz na myśli? – zapytałem.

– W zasadzie każdego dnia, kiedy wychodzę z pracy, czuję się jak cudny mały jelonek, który skacze sobie przez las i cieszy się na spotkanie z rodziną. A potem bach! Angie trafia mnie ze strzelby za coś, co zrobiłem nie tak, albo mówi: „Mamy problem!”. To się dzieje w ułamku sekundy, jakby nie mogła się doczekać, aż mnie dopadnie.

– A co się dzieje dalej?

– Staram się ją uspokoić, ale od tego tylko dostaje szału.

– Opowiedz mi o Angie – poprosiłem.

– Generalnie jest fantastyczna – zaczął Ben. – Bez niej byłbym zupełnie zgubiony. Pracuje zawodowo, a do tego ogarnia większość spraw domowych. To obejmuje zajmowanie się naszym ośmioletnim Jackiem, który ma poważną postać autyzmu. No i jest jeszcze nasza dwunastoletnia córka Abby, którą co prawda łatwiej się zająć, ale i tak łatwo nie jest. Angie ma hopla na punkcie kontroli i jest trochę perfekcjonistką, a dzieciaki doprowadzają ją do szału.

Ben opowiedział mi, że rodzice Angie rozwiedli się, kiedy miała jedenaście lat.

– Jej ojciec zasadniczo zniknął z jej życia, ale matka ciągle ją krytykuje. Angie ma wrażenie, że nigdy nie uda jej się spełnić jej oczekiwań.

– Myślisz może, że Angie ma tę skłonność do krytykowania i perfekcjonizmu po matce? – zapytałem.

– Absolutnie tak – potwierdził Ben. – Ale muszę jej przyznać, że nie znosi tych cech u siebie. Kiedy jednak jest zestresowana – a z Jackiem jest zestresowana codziennie – wychodzi z niej to, co najgorsze.

– Czy twoim zdaniem Angie czasem życzyłaby sobie, żeby Jack się w ogóle nie urodził albo, co gorsza, żeby zniknął z jej życia, być może na stałe? – zapytałem, patrząc Benowi prosto w oczy.

– Co ty…! – wypluł z siebie. Wyglądał na wstrząśniętego i chwilę siedział w milczeniu.

– Chyba zasugerowała coś takiego raz czy dwa, jak było bardzo źle. Że wolałaby, żeby się nigdy nie urodził. Ale tego drugiego nigdy nie słyszałem – wyznał w końcu.

– Więc nigdy ci nie powiedziała, że wolałaby, żeby Jack nie żył? – zapytałem.

– Zwariowałeś! Oczywiście, że nie! Jak możesz w ogóle sugerować coś takiego? – Ben był poruszony moim pytaniem.

– Kiedy człowiek jest w wielkim stresie, tak jak Angie, perfekcjonistka i fanatyczka kontroli, kiedy zajmuje się Jackiem w jego najgorszych chwilach, to wpada w desperację – wyjaśniłem. – A w desperacji kontrolę przejmuje mózg gadzi i wtedy da się myśleć tylko o ucieczce.

Zapytałem Bena, czy kiedy Jack daje Angie popalić, Angie wyznacza czas na wyciszenie albo jemu, albo sobie jako sposób na uporanie się z własnym gniewem.

– Tak, to właśnie robi. Skąd wiedziałeś? – zdziwił się Ben. – To proste. Sam powiedziałeś, że Angie jest dobrym człowiekiem i nie chce zachowywać się tak jak jej matka. Kiedy Jack uderza w jej słabe punkty, musi zrobić coś fizycznego, żeby nie zareagować okrucieństwem, być może nawet przemocą. Właśnie dlatego wie, że jedno z nich potrzebuje czasu na wyciszenie. Analogicznie czasem musi zrobić coś emocjonalnego, żeby pozbyć się tych okrutnych myśli. I wtedy właśnie wjeżdżasz ty, Bambi. Cały na biało.

– Co to znaczy? – dociekał Ben.

– Jeżeli podświadomość Angie podpowiada jej: „Ten problem da się rozwiązać tylko wtedy, gdyby Jack nie żył”, ona absolutnie nie może dopuścić do siebie takiej myśli. Wyżywa się więc na tobie, co wyjaśnia, dlaczego żadne twoje słowa ani działania nie pomagają. To nie ty jesteś problemem. Problemem jest to, że Angie próbuje uciec przed myślami i uczuciami, które sprawiają, że sama siebie nienawidzi.

Ben miał łzy w oczach.

– Rany. Teraz to wszystko ma sens – odpowiedział. – Co mogę zrobić?

– Sugeruję ci podejście, które nazywam dość niezręcznie katharsis przez pośrednika – odparłem. – Oznacza to, że będziesz czuć te paskudne uczucia, które ona przeżywa, i będziesz z nią o nich rozmawiać. Możesz na przykład zapytać: „Angie, czy czujesz czasem wobec Jacka nienawiść i pragniesz, by zniknął z naszego życia? Na twoim miejscu chyba często bym tak myślał. Gdybyś ty się nim nie zajmowała, prawdopodobnie sam bym tak myślał. To straszna myśl”. Jeżeli powiesz to na głos, ona poczuje się mniej samotna i mniej odrażająca.

Dałem też Benowi praktyczną poradę – powinien zmniejszyć stres Angie, biorąc na siebie więcej domowych obowiązków.

– Nie czekaj, aż ona ci powie, co masz zrobić – zasugerowałem. – To ją tylko bardziej zdenerwuje.

Ben wprowadził moje sugestie w życie. Kiedy wraca do domu, nie zawsze ma szanse na święty spokój, ale sytuacja zmieniła się na lepsze. W większości przypadków po powrocie czeka na niego powitanie albo nawet uścisk, a nie wybuch.

Katharsis przez pośrednika

Sprawdza się w przypadku każdej osoby na emocjonalnej huśtawce, która musi dać upust uczuciom. Jest to jednak szczególnie dobre rozwiązanie, jeżeli masz do czynienia z partnerem, który zajmuje się wymagającymi małymi dziećmi, antagonistycznie nastawionymi nastolatkami bądź starzejącymi się rodzicami. Dlaczego?
  • Jako rodzice uważamy, że musimy kochać nasze dzieci przez cały czas. W efekcie, kiedy zrobią coś naprawdę paskudnego (a każdemu dziecku się to zdarza), wrogie uczucia wobec własnych dzieci są dla rodzica przerażające. Przekierowują więc negatywne emocje na bezpieczniejszy cel – w tym przypadku na ciebie.
  • Większość ludzi uważa, że musi kochać rodziców bezwarunkowo. Oznacza to, że w obliczu takich myśli jak: „Już nie mam siły zajmować się tym nowotworem, to straszne, byłoby lepiej, żeby po prostu umarła”, to ty masz wymalowaną tarczę strzelniczą na plecach.
W psychologii zjawisko to nazywamy przeniesieniem. Kiedy moi pacjenci boją się okazywać złość wobec swoich matek, ojców czy dzieci – lub jeżeli znajdują się w innych sytuacjach, kiedy konfrontacja z własnymi emocjami jest zbyt przerażająca – atakują mnie, bo to bezpieczne. A ja wiem, dlaczego to robią, więc mi to nie przeszkadza.

Jesteś teraz w tej samej pozycji. Rola chodzącego środka uspokajającego nie wystarczy. Musisz zrobić to, czego nauczył się Ben – zostań żywym zderzakiem.

Przydatna wskazówka

Kiedy dobrzy i kochający ludzie czują się przytłoczeni nienawistnymi i okrutnymi myślami, zrobią wszystko, żeby tylko przed nimi uciec – mogą także zaatakować ciebie.

Plan działania

  1. Pomyśl o kimś, kto zachowuje się wobec ciebie nadmiernie negatywnie, krytycznie lub wrogo.
  2. Jeżeli jest niezmiennie przykry, okrutny i złośliwy, zakończ tę relację.
  3. Jeżeli jednak podejrzewasz, że zachowuje się w ten sposób z uwagi na przytłaczające uczucia, których nie może bezpiecznie wyrazić, postaw się w jego sytuacji. Powiedz mu: „Gdybym ja musiał się z tym uporać, dostałbym szału i pewnie nawet chciałbym zrobić coś naprawdę destrukcyjnego. Czujesz się tak czasami?”.
Ważna uwaga: Nie zadawaj tego pytania, jeżeli nie jesteś gotowy na szczerą odpowiedź.

  1. Seks

Powody, dla których ze sobą sypiamy? - Nie zawsze chodzi o seks...

Seks nie musi kojarzyć się z bliskością i przyjemnymi doznaniami. Często w związkach partnerzy używają go do prowadzenia gier (fot. iStock)
Seks nie musi kojarzyć się z bliskością i przyjemnymi doznaniami. Często w związkach partnerzy używają go do prowadzenia gier (fot. iStock)
Kiedy nasze życie seksualne zaczyna „szwankować”, większość z nas sięga po podręcznik ars amandi. Inni udają się po poradę do seksuologa, który stara się pomóc rozwiązać problemy. Jednak w przypadku wielu par ani podręczniki sztuki kochania, ani porady najlepszych fachowców od spraw seksu niewiele pomagają. Dlaczego? Ponieważ ich problem ma tak naprawdę zupełnie nieseksualną naturę.

– Miłość fizyczna powinna przede wszystkim zaspokajać potrzeby seksualne, ale nie tylko – mówi Tatiana Ostaszewska-Mosak, psycholożka i terapeutka. – Jeśli zbliżeniu przypisujemy inne znaczenia, zaczyna ono tracić atrakcyjność i coraz mniej nas cieszy.

Często idziemy do łóżka z powodów, które z pożądaniem nie mają nic wspólnego. W efekcie po zbliżeniu – nawet, jeśli oboje mieliśmy orgazm i seks był pozornie udany – czujemy, że czegoś zabrakło, coś nie zostało osiągnięte. Ogarnia nas rozczarowanie, zawód, mamy poczucie pustki i osamotnienia. Winimy wtedy partnera, nastrój, sytuację, zmęczenie czy brak doświadczenia w miłosnej grze. Ale powód braku zaspokojenia jest inny: uprawialiśmy seks z niewłaściwych pobudek. Poszliśmy do łóżka, choć tak naprawdę potrzebowaliśmy czegoś zupełnie innego.

Dlaczego tak się dzieje? Miłość fizyczna została obciążona potrzebami, z którymi nie ma wiele wspólnego. Potrzeba czułości i miłości, poczucia się atrakcyjną czy utwierdzenia się w atrakcyjności, pragnienie towarzystwa i uniknięcia samotności, chęć uzyskania czegoś, czego pragniemy, zapewnienie sobie wierności partnera, ucieczka przed intymnością, próba uniknięcia poczucia winy, a nawet potrzeba zemsty czy okazania naszej dominacji – to wszystko „upchnęliśmy” w seksie. I spodziewamy się, że seks, który został przez matkę naturę stworzony, by dawać nam przyjemność, te potrzeby zaspokoi. Nic z tego…

Nieadekwatne oczekiwania w odniesieniu do seksu są nie tylko niemądre, ale też szkodliwe. Są bowiem niebezpieczne dla naszej zdolności czerpania zeń satysfakcji i przyjemności.

– Jeśli uprawianie seksu z nieseksualnych pobudek się powtarza, zaczynamy tracić radość z fizycznej miłości – ostrzega psycholożka. – Opuszcza nas entuzjazm do seksu, maleje atrakcyjność partnera, a sam seks zaczyna się nam wydawać nieadekwatny, niesatysfakcjonujący. Nie tylko nie zaspokoimy naszych potrzeb, ale jeszcze stracimy okazję czerpania z niego wspaniałej radości.

Byle nie za blisko

Jednym z powodów uprawiania seksu może być… unikanie emocjonalnej bliskości. Trudno w to uwierzyć? Choć seks kojarzy nam się z intymnością i jej pogłębianiem, wiele osób za pomocą seksu właśnie od intymności ucieka.

– W naszym społeczeństwie przyjęło się, że jeśli dwoje ludzi idzie do łóżka, to są sobie bliscy – mówi Tatiana Ostaszewska- Mosak. – Tymczasem seks gwarantuje tylko bliskość fizyczną. Z bliskością emocjonalną potrafi nie mieć nic wspólnego. Ludzie mogą zrealizować wszelkie sposoby bliskości fizycznej, w ogóle nie zbliżając się do siebie emocjonalnie. Co więcej, choć z reguły nie zdają sobie z tego sprawy, o to właśnie im chodzi.

Niemożliwe? Owszem, możliwe! Można tu wykorzystać seks nawet na kilka sposobów. Można „wskakiwać” do łóżka za każdym razem, gdy pojawia się jakiś problem, prowadzący do konfliktu. Seks na przeprosiny – brzmi pięknie. Ale jeśli przed seksem nie udało się problemu rozwiązać, jeśli partnerzy nie stawili mu wspólnie czoła, a po wszystkim zamiast o emocjach rozmawiają, jak dobrze im razem w łóżku – seks staje się emocjonalną „zapchajdziurą”. A jak długo można się cieszyć „zapchajdziurą”, czy to w sypialni, czy poza nią?

– Bliskość buduje się poprzez wzajemne poznawanie się, któremu służy między innymi wspólne rozwiązywanie problemów. Jeśli ludzie z uporem omijają konflikty  „łóżkową obwodnicą” i wszystkie kłótnie kończą w ten sam sposób, gdy czują się sobie bliscy tylko podczas uprawiania seksu, prawdopodobnie nigdy się nie poznają naprawdę i nie nauczą wzajemnie rozumieć – podkreśla psycholożka. – Takie pary z reguły latami prowadzą te same kłótnie i niewiele z tego wynika. W dodatku każde z partnerów ma wrażenie, że sypia z kimś obcym. Nic więc dziwnego, że satysfakcja z seksu z czasem maleje.

Seks można z powodzeniem potraktować także jako temat zastępczy: kiedy wszystkie kłótnie i nieporozumienia krążą wokół seksu; tego, kto komu czego daje za mało i czyją winą jest brak satysfakcji jednego lub obojga partnerów – wtedy nie trzeba już zagłębiać się w subtelniejsze i bardziej zagrażające problemy, które mogą nas zmusić do odsłonięcia prawdziwego kawałka duszy.

– Gdy ten temat wraca jak bumerang w różnych sytuacjach, gdy skupiamy się wyłącznie na seksie, może się okazać, że jesteśmy zupełnie obcymi sobie ludźmi, którzy dzielą ze sobą łóżko – ostrzega Tatiana Ostaszewska-Mosak. – W ten sposób zamiast się do siebie zbliżać, oddalamy się. I nie powinno dziwić, że wraz ze wzrostem emocjonalnego dystansu także seks przestaje nas interesować.

 

Ja ci pokażę!

Kiedy słyszymy „seks dla zemsty”, na myśl przychodzi nam z reguły następujący scenariusz: „on zdradził ją, więc teraz ona zdradza jego” – lub odwrotnie. Albo inaczej: on nie zrobił tego, czego ona chciała, więc w odwecie seksu w ogóle nie będzie. Ale seksu dla zemsty można używać w bardziej zagmatwany sposób: choć jesteśmy w związku, który określamy jako dobry, ni z tego, ni z owego dopada nas gwałtowna potrzeba uprawiania seksu z kimś innym, niż partner. Poddajemy się takiemu impulsowi, ale… po fakcie żałujemy tego, co zrobiliśmy. Zastanawiamy się, dlaczego do tego doszło, skoro kochamy osobę, z którą jesteśmy. I dlaczego nie było nam dobrze, skoro ten impuls był taki silny…

– Zdarza się, że dopuszczamy się zdrady, ponieważ czujemy się rozżaleni, źli i pełni gniewu na partnera za sposób, w jaki nas traktuje lub kiedyś potraktował – twierdzi Tatiana Ostaszewska-Mosak. – Kieruje nami wewnętrzne pragnienie zranienia go, wyrównania z nim rachunków w ten pokrętny sposób. Zwłaszcza, jeśli partner jest zazdrosny: wiemy, że właśnie zdrada zabolałaby go najbardziej. Niestety, choć myśl o tym, że go srodze karzemy, może wydawać się satysfakcjonująca, sam seks prawie nigdy taki nie jest. Z reguły po takim stosunku czujemy się gorzej niż przed. Co więcej, tego typu zemsta rodzi tylko kolejne problemy – kłamstwa itp. Poczucie winy może wręcz sprawić, że nawet „praworządny” seks z partnerem przestanie nas cieszyć: nie zasługujemy na przyjemność, skoro jesteśmy takim złym człowiekiem.

Za pomocą seksu można się zemścić nawet bez uciekania do zdrady, podczas stosunku z własnym partnerem. Jak? Domagając się takich zachowań, których partner nie akceptuje; robiąc to, czego nie lubi lub odwrotnie, odmawiając tego, co sprawia mu największą przyjemność. Nasz partner cierpi i traci ochotę na miłość z nami, a my – zamiast przyjemności z seksu – mamy wątpliwą satysfakcję, że odegraliśmy się za nasze krzywdy.

– Jeśli ten proces jest świadomy, mamy możliwość pracy z problemem, który nas pcha do krzywdzenia partnera i pozbawia nas przyjemności z seksu. Gorzej, że często w ogóle nie potrafimy powiedzieć, dlaczego robimy to, co robimy. Odpieramy jakiekolwiek sugestie, że coś robimy źle, bo wydaje nam się na przykład, że my jedynie eksperymentujemy w łóżku albo oskarżamy drugą stronę o brak fantazji i otwartości. Takie zachowanie nie tylko ograbia obie strony z przyjemności, może nawet rozbić związek – uważa psycholożka.

Zemszczę się

Jeśli chcesz zrobić krzywdę swemu życiu seksualnemu, idź do łóżka zła. Nawet niekoniecznie na partnera.

– Złość często bywa „przenoszona”: nie okazujemy jej wtedy, kiedy ją przeżywamy i nie możemy jej wyładować na osobie, która ją spowodowała – tłumaczy Tatiana Ostaszewska-Mosak. – Ale uczucie nie mija, musi znaleźć jakieś ujście. I nierzadko znajduje je w seksie, ponieważ niektóre jego formy doskonale nadają się do maskowania emocji.

Złość może zmienić nas w łóżkowych brutali. Brutalny kochanek może uchodzić za „ognistego ogiera”, namiętnego i pełnego pasji. Ale czasem ten „ogier” nie podnieca drugiej strony: partner może być zwyczajnie niedelikatny i nie liczyć się z uczuciami kochanka. Wtedy z przyjemności rabuje dwie osoby: sam, odreagowując w łóżku złość, nie znajduje satysfakcji i odbiera ją drugiej stronie, umęczonej jego brutalnością i mającej poczucie, że została do czegoś wykorzystana.

Nagromadzona złość może powodować nie tylko fizyczną brutalność, ale także brutalność w sferze emocji: nieliczenie się z uczuciami partnera. Tymczasem nie licząc się z uczuciami partnera, upokarzamy go. Żądając pozycji czy technik, na które nie chce się zgodzić, doprowadzając do stosunku, kiedy nie jest gotowy, wyrażając się z pogardą o jego ciele czy możliwościach seksualnych, a nawet pobudzając partnera i wycofując się w ostatniej chwili – przy pomocy tych wszystkich sposobów sprawiamy, że partner cierpi. I seks nie sprawi przyjemności żadnej ze stron. – Przenikanie złości do sypialni grozi zwłaszcza tym, którzy nie potrafią jej okazać we właściwym momencie – mówi psycholożka.

Wielu terapeutów uważa, że nagromadzona złość bywa przyczyną oziębłości i impotencji. Nie można się bowiem cieszyć seksem, gdy w głębi duszy odczuwa się złość i rozżalenie. Nie można też szczerze pieścić partnera, dawać mu przyjemności. I apetyt na seks zaczyna zanikać.

  1. Psychologia

Zdrada w związku - jak zachować się wobec dzieci?

Kłótnia albo rozstanie rodziców jest jak trzęsienie ziemi i co za tym idzie – stanowi zagrożenie dla bezpieczeństwa emocjonalnego dziecka. (fot. iStock)
Kłótnia albo rozstanie rodziców jest jak trzęsienie ziemi i co za tym idzie – stanowi zagrożenie dla bezpieczeństwa emocjonalnego dziecka. (fot. iStock)
Właśnie uświadomiłaś sobie, że partner cię okłamuje, że ma kochankę, prowadzi podwójne życie. Serce ci się kraje i masz ochotę tylko na jedno: krzyczeć, utonąć we łzach albo urwać mu głowę. Ale dwójka waszych maluchów akurat spokojnie się bawi albo je kolację. Czy lepiej zacisnąć zęby, żeby nie wybuchnąć w obecności dzieci? Tak, oczywiście! Czy dzieci wyczują napięcie? Tak, oczywiście (chyba że jesteś Buddą!) – pisze w swojej książce „Kłamstwo w związku. Odejść czy zostać?” Lisa Letessier, psycholożka i terapeutka.

Jak już wiemy, odkrycie, że partner kłamie, wywołuje olbrzymie poruszenie emocjonalne; w takich warunkach zarządzanie własnymi uczuciami przy jednoczesnym zachowaniu równowagi w rodzinie jest prawdziwą próbą siły! Jednak postaraj się nie kłócić w obecności dzieci, bo bardzo się przestraszą. Niezależnie od wieku, nie są bezmyślne i dobrze widzą, kiedy mama i tata są wściekli, zestresowani czy smutni…

Dziecko jest z natury bardzo egocentryczne (i nie ma w tym nic nagannego). Im młodsze, tym bardziej skoncentrowane na sobie: wraz z wiekiem obszar jego zainteresowania się rozszerza i zaczyna rozumieć, że nie wszystko jest z nim związane. Jeśli twoje dziecko jest małe, pomyśli, że skoro coś się stało, to przez nie. Mama jest smutna? To znaczy, że zrobiłem coś złego. Tata się gniewa na mamę? Kłócą się z mojego powodu.

W okresie adolescencji problemy są trochę inne, ale nie mniej skomplikowane! Budzenie się seksualności, budowanie tożsamości i wszystkie elementy związane z tym okresem życia wywołują u nastolatków niezwykłą wrażliwość i podatności na napięcia. Młodzi ludzie są wtedy bardzo emocjonalni i bronią się przed tym jak mogą. Zatem nie wierz we: „W porządku, mam to w nosie, to wasze życie”.

Bardzo ważne jest znalezienie równowagi między zachowywaniem się, jakby do niczego nie doszło (choć dziecko widzi, że jest inaczej), i „myleniem dziecka z pamiętnikiem”. Nie, dziecku nie można mówić wszystkiego; ale tak, można mu powiedzieć prawdę: nie powiedzieć wszystkiego to nie znaczy nie powiedzieć nic. Sytuację trzeba opowiedzieć w sposób odpowiedni do jego wieku, szanując jego rytm, bez przekraczania granic tego, co może i musi usłyszeć.

Oczywiście najgorsza sytuacja to taka, gdy dziecko staje się wspólnikiem kłamcy. Na przykład tata zabiera ośmioletniego synka Théo do kochanki i każe mu się bawić, podczas gdy dorośli zajmują się swoimi sprawami.

Gdy wracają, ojciec mówi chłopcu: „Pamiętaj, nie mów o niczym mamie, to nasz sekret”. Takie zachowanie jest niszczące dla dzieci. Czują one złość i poczucie winy: złość na rodzica, który zdradza, i poczucie winy, że wbrew swojej woli uczestniczą w tym oszustwie.

Wszystkie dzieci czują, że rodzic, który kłamie, jest mniej zaangażowany w życie rodzinne. Nawet jeżeli tego nie wiedzą, wyczuwają, że coś jest nie tak. Jeśli wiedzą i widzą, że ten, kto jest dla nich wzorem, ich autorytetem kłamie lub, co gorsza, wciąga je w swoje krętactwa, podczas gdy są uczone, żeby nie oszukiwać – czują się totalnie zdezorientowane. Tracą zaufanie do rodzica i do siebie samych. W efekcie mogą zbudować sobie mylne wyobrażenia na temat seksu, zdrady i zakazanych zachowań. Albo w końcu odkrywają kłamstwo, albo noszą ciężar sekretu rodzinnego czy przemilczeń. Taki rodzaj traumy może sprawić, że w dalszym życiu rozwinie się w nich nieufność. Jeśli od dzieciństwa uczymy się, że osoba, której najbardziej ufamy, pozwala sobie na kłamstwo lub oszukiwanie nas, można wyprzedzająco trzymać się założenia, że nikt nie jest godny zaufania i każdy potrafi nas wykorzystać.

Twoje dziecko nie ponosi odpowiedzialności: powiedz mu to!

Jeśli twój partner czy partnerka wciągnęli dziecko w swoje „sprawy dorosłych”, porusz ten temat z dzieckiem.

Możesz na przykład powiedzieć: „Wiesz, on nie powinien/ ona nie powinna brać cię ze sobą. Ale to tata zrobił/ mama zrobiła głupio, nie ty. Nikt nie jest na ciebie zły. Mama i tata postarają się sami załatwiać swoje problemy, ale nie masz się czego bać, bo oboje bardzo cię kochamy i nikt nie ma do ciebie pretensji”.

Jeśli córka czy syn ma pytania, odpowiadaj mu prostymi słowami, ale mów prawdę. Jeśli zapyta na przykład, czy jesteś zła na partnera, możesz powiedzieć: „Tak, jestem zła, bo nie powiedział mi prawdy, ale nie martw się tym, bo na ciebie nikt nie jest zły. Tata i mama porozmawiają i zobaczą, czy mogą się pogodzić”. Albo: „Jestem teraz zbyt zły, żeby z nią rozmawiać, ale kiedy mi trochę przejdzie, tata i mama będą mogli porozmawiać”.

Jeśli twoje dziecko było świadkiem skomplikowanych scen i nie jest w stanie opowiedzieć o nich (albo ty nie masz siły tego słuchać), nie wahaj się iść z nim do psychologa dziecięcego, który pomoże mu to nazwać i zrozumieć, czego doświadczyło. Często powtarzaj dziecku, że nie ponosi odpowiedzialności za to, co się dzieje. Że to nie jego wina. Uspokajaj je, mówiąc, że niezależnie od tego, jak sprawa się zakończy, rodzice go nie zostawią.

Dziecko nie jest ani twoim psychoterapeutą, ani powiernikiem!

Jak już rozumiesz, etap numer 1 polega na tym, żeby pocieszyć dziecko, zwłaszcza jeśli jest małe, że nie ponosi odpowiedzialności za problemy mamy i taty i że mimo tego, co dzieje się w domu, rodzice go nie porzucą. Nie można również stawiać córki czy syna w nieodpowiedniej roli. Bardzo kuszące jest szukanie potwierdzenia na to, jaki koszmar zgotował nam partner, i wywnętrzanie się pierwszej osobie, która znajdzie się w pobliżu, albo plucie wściekłością do wyczulonego, niewinnego ucha.

Jednak twoje dziecko nie jest twoim powiernikiem! To nie ono ma osłaniać cię, bronić, a tym bardziej brać na swoje barki twój smutek. To twoja rola! Uważaj zatem, żeby nie stawiać go w pozycji dorosłego. Niech dziecko zostanie na swoim miejscu, w żaden sposób nie wciągaj go w problemy, które masz z partnerem, nie rób z niego szpiega ani posłańca. Za wszelką cenę staraj się, żeby na tych małych delikatnych ramionach nie spoczął żaden ciężar.

Nie krytykuj drugiego rodzica

Inny ważny punkt to powstrzymanie się od mówienia źle o partnerze. Nawet jeśli to bardzo trudne, nie każ dziecku znosić nienawiści, jaką odczuwasz. Ono nie ma na to żadnego wpływu. Będzie to tylko ze szkodą dla niego, ponieważ postawisz je w pozycji bezużytecznego buforu lub zniszczysz obraz drugiego rodzica, jaki w sobie nosi, a to prawdopodobnie niekorzystnie odbije się na jego rozwoju. Nie skarż się w obecności swojej pociechy, bo znajdzie się ona w bardzo poważnym konflikcie lojalności. Twoje dziecko ma prawo nie musieć wybierać miedzy tatą a mamą, niezależnie od krzywdy, jaką jedno zrobiło drugiemu. Jeśli, niestety, ojciec czy matka jest złym człowiekiem, z wiekiem samo to sobie uświadomi.

Twoje dziecko jest dzieckiem!

Może się jednak zdarzyć, że mimo że się starasz, dziecko i tak będzie musiało unieść twój smutek czy gniew. Nie ma sensu krążyć przez pół godziny wokół domu, żeby się uspokoić i osuszyć łzy, zanim wejdziesz do środka. Dziecko jest superczułym odbiornikiem i poczuje twój ból lub złe samopoczucie, gdy tylko przekroczysz próg. To okropne, ale tak jest! Dziecko jest jak małe zwierzątko z mocno rozwiniętym systemem alarmowym, który zabezpiecza jego podstawowe potrzeby: spokoju, stabilności, bezpieczeństwa emocjonalnego, zaufania, autonomii, wyrażania potrzeb i emocji, spontaniczności i zabawy, granic i samokontroli…

Jesteś jednym z filarów, na których spoczywa jego egzystencja, zatem dziecko rozwija wysoką wrażliwość, żeby ten filar się nie rozpadł. Będzie się starało wiedzieć, będzie ci się przyglądało, żeby „sprawdzić”, czy się trzymasz. Czasem zapyta o coś, czego tak naprawdę nie chce wiedzieć, gdyż da mu to poczucie, że kontroluje wydarzenia, na które w rzeczywistości nie ma żadnego wpływu.

Kłótnia albo rozstanie rodziców jest jak trzęsienie ziemi i co za tym idzie – stanowi zagrożenie dla jego bezpieczeństwa emocjonalnego. Jedna z podpór się chwieje, bo popełniła błąd, który podważa to, kim jest. Druga cierpi, więc wydaje się słaba. Dziecko odczuwa silną niepewność, której nie może wyrazić słowami. To w takiej sytuacji często dochodzi do parentyfikacji. Dzieci przejmują rolę rodzica tak naprawdę po to, żeby ochronić siebie: „Muszę się zająć mamą i czuwać nad jej dobrą formą, żeby mogła zajmować się mną”.

Postaraj się, aby twoja pociecha zachowała niefrasobliwość. Jeśli ci się to nie udaje, niech na trochę zajmie się nią ktoś inny. Nie zapominaj nigdy, że może poczuć konieczność wspierania cię, a to dla niej za ciężkie i nie jest to jej rola. Poproś o pomoc przyjaciół, rodzinę albo psychologa – na tym polega jego praca.

Być prawdziwym

Stale pocieszaj swoje dziecko, ale nie kłam. Nie mów mu, że wszystko jest w porządku, jeśli wyraźnie tak nie jest. Poczuje, że mówisz nieprawdę, że to, co słyszy, nie zgadza się z tym, co wyrażasz niewerbalnie: tonem głosu, gestami, spojrzeniem, wyrazem twarzy – czyli całym sposobem komunikacji poza słowami.

Wielu rodziców uważa, że lepiej chronić swoje dziecko, nic mu nie mówiąc. W rzeczywistości taka postawa może być równie szkodliwa, jak zwierzanie się mu. Julien patrzy ci w oczy i pyta, czy wszystko w porządku. Odpowiadasz mu: „Tak, oczywiście”. On nalega, a ty nadal twierdzisz, że wszystko w porządku (być może nawet nieco się denerwując). Uważasz, że synek jest za mały, żeby zrozumieć, na czym polegają problemy dorosłych, i nie musi wiedzieć, co się dzieje. Masz rację. Jednak Julien widzi, że nie wszystko z tobą porządku. I kiedy mówisz mu, że nie ma problemu, podczas gdy on wyraźnie widzi coś innego, czuje silny lęk; jego intuicja popada w konflikt z twoimi słowami, które bierze za wyznacznik prawdy. W końcu uświadamia sobie, że kłamiesz. Ale nie rozumie dlaczego.

Być spójnym

Jeśli nie zdołasz ukryć swojego smutku lub gniewu, co doskonale mogę zrozumieć, pamiętając o bałaganie emocjonalnym w mózgu, lepiej wyrazić problem słowami. Pod pretekstem, że je chronisz, nie okłamuj dziecka które cię doskonale prześwietliło – ponieważ narobisz jeszcze więcej szkód. Powiedz mu wprost: „Tak, mama jest teraz smutna, ale nie martw się, to przejdzie i jestem z tobą. Nie jestem smutna przez ciebie”. Jeśli zapyta, skąd ten smutek, możesz wyjaśnić mu to w prostych słowach: „Mama posprzeczała się trochę z tatą. Wiesz, to tak samo jak ty czasami kłócisz się z kolegami w szkole. Ale nie martw się, mama i tata są z tobą”.

Jeśli dziecko zobaczy, że płaczesz, nie mów mu, że to ze zmęczenia i że minie. Powiedz prawdę, że jest ci smutno. Jeśli skłamiesz, w jego małej główce powstanie jeszcze większe zamieszanie. Jeśli spyta, dlaczego się pokłóciliście, możesz mu odpowiedzieć w następujący sposób: „Twój tata i ja trochę się ostatnio gniewamy na siebie. Tak jak przyjaciele mogą się czasami gniewać. Mamy inne zdanie na temat przyjaźni taty z pewną panią, ale próbujemy rozwiązać ten problem. Nie masz co się niepokoić, to nie ma nic wspólnego z tobą. To nie z twojego powodu i oboje bardzo cię kochamy. Zawsze będziemy się tobą opiekować”.

To tylko przykłady. Możesz oczywiście wyrazić to własnymi słowami w zależności od istoty problemu, ale bądź prawdziwa.

Szanuj je i zadawaj mu pytania

Pisałam wcześniej, żeby szanować rytm dziecka. Jeśli zostało obsadzone w roli wspólnika lub było świadkiem waszej kłótni, warto wrócić do tego, co się wydarzyło lub jeżeli nie czujesz się na siłach, żeby to zrobić – zwrócić się po pomoc do psychologa. Jeśli jednak udało ci się uchronić dziecko i atmosfera w domu jest dość stabilna, nie ma potrzeby brać go na rozmowę w cztery oczy i wyjaśniać, że tata zdradził mamę i mamie jest bardzo smutno! Szanowanie jego rytmu oznacza bycie świadomym, że ono jest na innym etapie percepcji niż ty. Zbyt szczegółowe lub przedwczesne wyjaśnienia mogą być dla niego szokujące, bo nie jest na nie gotowe ani nie ma ochoty ich słuchać. Przykład? „Zauważyłeś/ zauważyłaś, że tata i mama się gniewają teraz (do tej pory OK, zauważył/ zauważyła). To dlatego, że mama zakochała się w innym panu i tata jeszcze nie wie, czy wybaczy mamie i czy będziemy dalej razem mieszkać (tego natomiast nie musi na razie wiedzieć)”.

Najpierw ureguluj sprawy z partnerem. Jeśli zdecydujecie się rozstać, to dopiero wtedy powiedzcie o tym dzieciom. Warto natomiast porozmawiać z córką czy synem, gdy tylko zauważysz, że orientują się oni w czymś, lub stwierdzisz, że wykazują objawy lęku (zaburzenia snu, kłopoty w szkole, niewyjaśnione problemy somatyczne, dziwne albo nieadekwatne zachowanie).

Niemniej jednak nie podawaj im niepotrzebnych szczegółów i upewnij się, że rozumieją, co mówisz. Postaraj się, aby twoje słowa były maksymalnie zgodne z przekazem niewerbalnym, gdyż dzieci są szczególnie wrażliwe na ten ostatni. Na przykład nie mów, że wszystko w porządku, jeśli dąsasz się i od długiego płaczu aż spuchły ci powieki.

Spytaj dziecko, co je dręczy. Czasami samo tego nie wie, albo będzie się bało cię zranić. Daj mu czas, niekiedy warto nawet zaryzykować i powiedzieć, że być może czuje ciężką atmosferę w domu itd. Zapewnij je, że może ci o wszystkim opowiedzieć, że nie będziesz na nie zła. Czasem również się zdarza, że dziecko ma pretensje do porzuconego rodzica, że nie umiał ochronić rodziny. Nie zapominaj, że chłonie wszystko jak gąbka, mimo wszystkich wysiłków, jakie podejmujesz, żeby je ochronić.