1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Kalarippajattu – sztuka mocy

Kalarippajattu – sztuka mocy

Gdy ktoś dowiaduje się o istnieniu indyjskiej sztuki walki - kalarippajattu, najczęściej reaguje wielkim zdziwieniem. Indie to przecież joga, medytacja, taniec, a zatem głębia, spokój, piękno, harmonia... To prawda, okazuje się jednak, że te wartości z powodzeniem mogą towarzyszyć innym, bardziej dynamicznym zmaganiom z ciałem i duchem. Kiedy obserwuje się adepta kalarippajattu, jego ruchy przypominają taniec, a wiele pozycji i zasad blisko związanych jest z jogą.

Kalarippajattu pochodzi z południowoindyjskiego stanu Kerala i często uważane jest za najstarszą sztukę walki na świecie – źródła historyczne poświadczają jej istnienie od co najmniej XII wieku. Nazwa oznacza szkołę – miejsce (kalari) do treningu lub walki (payattu).

Założycielami i prowadzącymi jedną z niewielu w Polsce szkół kalarippajattu jest małżeństwo polsko-indyjskie: Justyna Rodzińska-Nair i Sankar Lal Sivasankaran Nair. Justyna od 2004 związana jest z Instytutem Grotowskiego, gdzie trafiła jako uczestniczka warsztatów teatralnych indyjskiej grupy teatralnej Milon Mela. Jednym z elementów warsztatu (m. in. oprócz tańców ćhau i gotipua) były właśnie sesje stylu południowego kalarippajattu.

Synergia ciała, ducha i umysłu

Zajęcia rozpoczynają się i kończą tradycyjnym pozdrowieniem, poprzez które okazuje się szacunek przestrzeni, w której się ćwiczy, mistrzowi oraz jego przodkom-nauczycielom, a także kolegom uczestniczącym w treningu. Od tego momentu uczeń powinien skoncentrować się wyłącznie na praktyce, pozostawiając sprawy życia codziennego na zewnątrz sali. Wszyscy uczniowie ćwiczą razem: seniorzy z juniorami, początkujący z zaawansowanymi. Tempo wykonywania ćwiczeń jest indywidualne i każdy dostosowuje je do własnych możliwości.

Powszechnie rozróżnia się trzy style kalarippajattu: północny (wadakkan), południowy (tekkan) i środkowy, choć zdarzają się także różnice między szkołami w obrębie jednego stylu. W każdym stylu, bogata w rytuały praktyka, obejmuje naukę sekwencji ruchowych i chwytów obezwładniających przeciwnika, walkę wręcz oraz trening z użyciem broni drewnianej i metalowej (różne rodzaje kijów, noże, szable, włócznie), a także ćwiczenia siłowe, rozciągające i oddechowe. Style różnią się między sobą przede wszystkim układami sekwencji ruchowych i walk z bronią, a także niektórymi ćwiczeniami.

Zdaniem inicjatorki i propagatorki kalarippajattu w Polsce, Justyny Rodzińskiej-Nair, wybór danego rodzaju aktywności fizycznej powininen być przede wszystkim zgodny z temperamentem ćwiczącego. Wówczas dopiero praktyka może być szczera, autentyczna, zaangażowana i efektywna pod wieloma względami.

Dla Natalii, jednej z uczestniczek warsztatów, kalarippajattu to najlepsza forma ruchu – nie tylko jako sportu, lecz – w ogóle - jako kontaktu z własnym ciałem. - To poznawanie jego ograniczeń i rozwijanie sprawności fizycznej, siły, koncentracji, wyobraźni. – mówi - Wcześniej ćwiczyłam jogę, ale dynamika kalarippajattu zdecydowanie najbardziej mi odpowiada. To też nauka systematyczności i wytrwałości. A poza tym sprawia mi naprawdę dużą radość.

Kasia skusiła się na kalarippajattu, bo poszukiwała czegoś bardziej dynamicznego od jogi, ale też z większą głębią niż np. zajęcia fitnessowe, czegoś co nie jest tylko ćwiczeniem ciała. - I nie zawiodłam się. – mówi - Trenując, uczę się nie tylko akceptacji swoich słabości, ale umiejętności ich przekraczania oraz podążania własną drogą, bez porównywania się do innych. Staram się regularnie uczestniczyć w treningach, pamiętając, że kryzys mija, i najważniejsze to podnosić się i iść dalej.

 

W stylu południowym, po pozdrowieniu, wykonuje się indywidualne sekwencje ruchowe o znaczeniu obronnym lub ofensywnym. Jest ich około 30, a wszystkie bloki, ciosy czy kopnięcia nakierowane są na określone punkty ciała przeciwnika. Sekwencje wykonuje się w kilku, ściśle określonych kierunkach. Na początku trudność tkwi właśnie w zapamiętaniu stron i skoordynowaniu ruchów rąk i nóg, a przy tym utrzymywaniu właściwej pozycji ciała. Po opanowaniu tego etapu, umysł adeptów powininen koncentrować się na jakości ruchów i wypełnieniu ich energią.

Krysię ta staro-keralska sztuka walki urzekła – jak twierdzi – właśnie pięknem ruchu, mocnym osadzeniem przy ziemi, a jednocześnie doniosłością – niczym połączenie sacrum i profanum. – Z ogromną determinacją zabrałam się za treningi – wspomina – Najpierw należało opanować poszczególne ruchy układu, w taki sposób, aby nie zastanawiać się, co dalej. Chodzi o to, żeby każdy ruch był organiczny, jakby się rodził w danej chwili, pomimo, że każda forma powtarzana jest po wielokroć, do znudzenia. A kiedy już się opanuje sekwencje, energia przepływa przez ciało! Pod całym tym bogactwem form, które zauważa się w pierwszej kolejności, kryje się aspekt duchowy, wewnętrzny.

Na kolejnym etapie ćwiczy się władanie półtorametrowym bambusowym kijem – różne sposoby kręcenia nim, kroki. Jest to przygotowanie do nauki układów walk, które trenują bardziej zaawansowani uczniowie. Oni także powtarzają układy walk wręcz, wykorzystujące chwyty obezwładniające przeciwnika. Nie są to jednak typowe sparingi, w których chodzi o pokonanie drugiej osoby. Ich celem jest przede wszystkim zaprezentowanie efektownego i skutecznego układu, pełnego energii i satysfakcjonującego także z punktu widzenia kompozycji i estetyki ruchu.

Basia zainteresowała się kalarippajattu, ponieważ zawsze fascynowała ją idea walki bez walki. - Być może uda mi się chociaż trochę poczuć smak innego pojmowania ruchu, niż czują to ludzie Zachodu…

Osoby zaawansowane stopniowo uczą się układów walk z wykorzystaniem różnych rodzajów broni – krótkich kijów, noży, szabli i tarczy, włóczni, a najbardziej wtajemniczeni mogą sięgnąć po urumi – charakterystyczny dla kalarippajattu miecz o dwóch (czasem trzech) giętkich, długich ostrzach, którym się włada niczym biczem.

Końcową część treningu stanowią rozmaite ćwiczenia wzmacniające, rozciągające, poprawiające gibkość i skoczność – wymachy ramion, przysiady, wykopy, pompki, mostki, skoki i wiele innych. Ten fizyczny aspekt treningów kalarippajattu dominuje na początkowym etapie praktyki. Adepci powinni jak najlepiej wyćwiczyć swoje ciało, aby nie stanowiło ono żadnej przeszkody w realizowaniu woli umysłu. Należy nauczyć się je kontrolować, przez co jednocześnie kontroluje się i zarządza własną energią. Towarzyszy temu zmaganie z własnymi ograniczeniami, słabościami, strachem, brakiem umiejętności, jednak regularna praktyka podejmowana z autentycznym oddaniem może doprowadzić także do przemiany duchowej i do zmiany postrzegania relacji między „ja” a otaczającym je światem.

 

Trening fizyczny dopełnia kalari cikitsa – system leczniczy blisko związany z ajurwedą, obejmujący m. in. masaże lecznicze oraz naukę o marmach – witalnych punktach ludzkiego ciała. Mistrz kalarippajattu jest więc nie tylko nauczycielem sztuki walki, ale również (zwłaszcza dawniej) lekarzem i fizjoterapeutą. Posiada zaawansowaną wiedzę na temat naturalnych lekarstw, które często sam sporządza. Mistrz wykonuje także masaże lecznicze, aplikuje gorące ziołowe kompresy z użyciem olejów, opatruje nieskomplikowane urazy mechaniczne (skręcenia nóg i rąk, naciągnięcia mięśni, etc).

Blisko tańca i teatru

Elementy kalarippajattu od wieków wykorzystywane są także w treningu keralskich aktorów-tancerzy, np. kathakali, krisznattam czy kudijattam. Pierwszych aktorów-tancerzy kathakali  (gatunek ten powstał około XVI wieku) rekrutowano właśnie spośród kasty żołnierzy, najarów, ćwiczonych w kalarippajattu. Z treningu wojskowego zaczerpnięto ćwiczenia mające na celu uelastycznienie i wzmocnienie ciała, z kroków komponowano układy choreograficzne, a całość praktyki dopełniały masaże z użyciem olejów. Dzięki długoletniemu i intensywnemu treningowi aktorzy byli w stanie występować na scenie w ciężkich kostiumach po kilkanaście godzin.Także współcześnie coraz częściej zdarza się artystom – zarówno w Indiach, jak i na Zachodzie – sięgać po kalarippajattu jako element treningu w pracy teatralno-tanecznej.

Dimitris, aktor grecki, odbywa roczny kurs aktorski przy Teatrze Pieśń Kozła we Wrocławiu. Interesują go różne formy pracy z oddechem: Trening kalarippajattu zawiera w sobie potencjał służący nie tylko walce, ale dający możliwość odbycia podróży w czasie, podczas której pracuje się nad takimi wartościami jak koncentracja, kanalizowanie energii, równowaga, siła czy gibkość, w taki sposób, że mogą one znaleźć zastosowanie w wielu aspektach codziennego życia. To potężna dyscyplina, która może być niezwykle pomocna i stanowić wielkie źródło inspiracji dla praktyków teatru i tancerzy. Podobnie jak teatr czy sztuka, może stać się wehikułem w podróży ku samopoznaniu.

Na wyższym poziomie zaawansowania zaczyna się zwracać uwagę na ciało subtelne, które składa się z przepływających przez całe ciało kanałów nadi oraz centrów energetycznych, w których krąży energia witalna. Właściwe wykonywanie ćwiczeń oraz poprawny oddech mają zapewnić swobodny przepływ tej energii w ciele, a tym samym przynieść adeptowi równowagę psychofizyczną.

To właśnie ze względu na swój wieloaspektowy charakter kalarippajattu jest propozycją zarówno dla miłośników sztuk walki, adeptów jogi, aktorów i tancerzy, jak i dla wszystkich osób zainteresowanych poszukiwaniem nowej formy ruchu opartej na świadomej pracy nad własnym wnętrzem i jednocześnie pozwalającej na fizyczną ekspresję własnego temperamentu.                                                                                 

Pomoc w opracowaniu niniejszego materiału, konsultacja merytoryczna: Justyna Rodzińska-Nair, Studio Kalari

Kalarippajattu jest sztuką wciąż mało znaną nie tylko na świecie, ale - poza rodzinną Keralą, z której się wywodzi -nawet w samych Indiach. Sytuacja ta jednak powoli się zmienia. Co charakterystyczne, na Zachód trafia ona często właśnie za pośrednictwem osób związanych z teatrem – reżyserów, aktorów, tancerzy. Podobnie jest w przypadku jedynego w Polsce ośrodka poświęconym propagowaniu tej sztuki – Studia Kalari we Wrocławiu.

Doświadczenie całego warsztatu okazało się punktem przełomowym w życiu Justyny Rodzińskiej-Nair, a kalarippajattu – poszukiwaną drogą. W 2005 roku, podczas pierwszej z kilku podróży do Indii, które odbyła, spotkała Sankara – ucznia i asystenta Jayachandrana Naira, mistrza kalarippajattuze szkoły Kerala School of Martial Arts w Thiruvavanthapuram... Na początku 2008 roku – po kilku latach obfitujących w iście bollywoodzkie perypetie – uznali, że nadszedł czas na rozpoczęcie wspólnego życia we Wrocławiu. Dzięki własnym staraniom oraz pomocy i życzliwości Instytutu Grotowskiego, w maju 2010 roku zainaugurowali działalność Studia Kalari. Prowadzą regularne treningi stylu południowego kalarippajattu oraz kilkudniowe warsztaty w Polsce i zagranicą. Organizują także wykłady, spotkania i prezentacje, starając się dotrzeć do szerszego grona odbiorców i zarazić ich swoją pasją.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zdrowie

Psychika a ciało. Jakie znaczenie dla zdrowia i psychiki ma kręgosłup?

Jeśli istnieje równowaga pomiędzy kluczowymi płaszczyznami twojego ciała: głową, szyją, obręczą barkową, tułowiem, miednicą, kolanami i stopami – jesteś zdrowa i szczęśliwa. A równowaga istnieje, gdy masz zdrowy kręgosłup. (Fot. iStock)
Jeśli istnieje równowaga pomiędzy kluczowymi płaszczyznami twojego ciała: głową, szyją, obręczą barkową, tułowiem, miednicą, kolanami i stopami – jesteś zdrowa i szczęśliwa. A równowaga istnieje, gdy masz zdrowy kręgosłup. (Fot. iStock)
Kręgosłup to twoje źródło równowagi. Dbasz o niego najbardziej wtedy, gdy przyjmujesz właściwą postawę. Jego stan zależy też od tego, na ile znasz siebie i swoje emocje.

Człowiek jest jak drzewo. Korzenie stanowią jego rodzina i pochodzenie (predyspozycje genetyczne, doświadczenia z dzieciństwa, nawyki rodziców). Pień to kręgosłup (postawa wobec samego siebie i świata). Gałęzie to kończyny (relacje ze światem). Tylko silne drzewo może się oprzeć burzom, wichrom i zamieciom. Zatem jeśli istnieje równowaga pomiędzy kluczowymi płaszczyznami twojego ciała: głową, szyją, obręczą barkową, tułowiem, miednicą, kolanami i stopami – jesteś zdrowa i szczęśliwa. A równowaga istnieje, gdy masz zdrowy kręgosłup.

Budowa ciała a konstytucja psychiczna

Do rehabilitanta, fizjoterapeuty czy ortopedy trafiasz zwykle wtedy, kiedy ból staje się dotkliwy do tego stopnia, że uniemożliwia normalne funkcjonowanie. Dla profesjonalnego specjalisty diagnoza przyczyny organicznej dolegliwości zwykle jest prosta, np. kontuzja szyi w wyniku stłuczki albo bóle kręgosłupa wywołane nawykiem długotrwałego siedzenia przed komputerem. Ból zlokalizowany w jednym miejscu powoduje napięcia w całym ciele, bo ustawiasz je w taki sposób, by jak najmniej cię bolało. Zdarza się, że ból minie, ale ,,patologiczna” postawa zostanie utrwalona. I za jakiś czas wracasz do gabinetu z powodu innej dolegliwości. Obecne czasy: szybkie tempo życia, kult sprawnego ciała nie sprzyjają ,,roztkliwianiu się nad sobą”. Bóle kręgosłupa właściwie nieobce są żadnemu człowiekowi. Na jakiś czas możesz zagłuszyć te dolegliwości, ale cena, jaką przyjdzie ci za to zapłacić, zwykle jest wysoka.

– Wszyscy mamy genetycznie zakodowaną strukturę napięć, czyli predyspozycję pewnych grup mięśniowych do skracania się – mówi Jacek Sobol, licencjonowany terapeuta metody G.D.S. (łańcuchów mięśniowych). – W zależności od środowiska, stanu emocjonalnego czy umiejętności radzenia sobie ze stresem albo wygaszamy to napięcie, albo je wzmacniamy.

Godelieve Denys-Struyf, twórczyni metody G.D.S., fizjoterapeutka i osteopatka, zaobserwowała związek pomiędzy aparatem ruchu a konstytucją psychiczną i opracowała sześć podstawowych typów psychofizycznych i odpowiadających im postaw ciała (w zależności od napięć w pewnych partiach):

AM – osoba o postawie skulonej, czuła, z deficytem miłości, lękowa. Napięcia występują w jej ciele głównie w okolicach brzucha i przepony. PM – osoba sprawiająca wrażenie przygaszonej, egocentryczna. Napięcia występują głównie w obręczy barkowej i stopach. PA – osoba sprawiająca wrażenie jakby zawieszonej na sznurku, dumna, wyniosła. Napięcia w odcinku piersiowym, bóle pleców. AL – osoba zwykle siadająca ze skrzyżowanymi nogami, sprawia wrażenie kokietki. Napięcia w kolanach. PL – postawa kowboja, cwaniaka, osoba na pozór silna, ale w rzeczywistości bardzo wrażliwa. Napięcia w odcinku szyjnym, obręczy barkowej, kolanach. AP – postawa sprawiająca wrażenie pewności i wyniosłości, osoba depresyjna, odcięta od emocji. Napięcia w odcinku szyjno-piersiowym, przeponie i brzuchu.

Metoda G.D.S. zajmuje się powiązaniami między mechaniką ciała a zachowaniem. Wszystkie części ciała zależą od siebie wzajemnie, a łączą je mięśnie ułożone w łańcuchy. Mięśnie są także narzędziem wyrazu psychiczno-cielesnego. Nasze myśli, emocje, uczucia wyrażają się poprzez system mięśniowy, który z kolei wywiera wpływ na postawę, oddychanie i gestykulację. Pod okiem terapeuty tej metody nabywasz świadomości własnego ciała i sposobów wyrównywania napięć mięśniowych. Twoje ciało jest – w świetle G.D.S. – jak otwarta księga, w której zapisana jest historia całego życia: od momentu narodzin do dziś.

Mniej napięcia

Zdaniem Alexandra Lowena, amerykańskiego psychiatry i psychoterapeuty, twórcy bioenergetyki, ciało odzwierciedla ludzkie wnętrze. Kiedy boisz się trudnych emocji, napinasz pewne partie mięśni, np. zaciśnięte szczęki to często objaw stłumionego płaczu, a gniew powoduje napięcie mięśni wzdłuż kręgosłupa i mięśni nóg. Chroniczne napięcia tworzą bloki mięśniowe, które wpływają nie tylko na postawę ciała, ale także na sposób poruszania się oraz możliwość doświadczania i ekspresji uczuć oraz emocji. Dlatego ważnym elementem diagnozy problemu jest dokładny wywiad. – Zwykle pytam pacjenta o jego przeszłość; dzieciństwo, traumy, a także o obecne relacje w domu czy w pracy – tłumaczy Jacek Sobol. – Czasami, by pomóc pacjentowi, muszę współpracować z innymi specjalistami, np. z psychologiem, psychiatrą czy endokrynologiem.

Doświadczeni osteopaci potrafią połączyć dysfunkcje w określonych narządach ruchu z konkretnymi traumami emocjonalnymi. Źródeł napięcia w obrębie miednicy doszukują się np. w przemocy seksualnej. W konsekwencji może ono prowadzić do niemożności zajścia w ciążę albo braku satysfakcji z seksu. Twierdzą też, że ból w stawach żuchwowo-skroniowych (zaciśnięte zęby) często pojawia się u tzw. niewidzialnych dzieci, które złość na rodziców kumulują właśnie w tym obrębie.

Nauczyciele techniki Alexandra, nazywanej psychofizyczną edukacją, twierdzą, że wszystkie napięcia można zniwelować. Najważniejsza jest równowaga, czyli stan, kiedy wkładasz jak najmniej wysiłku, żeby trzymać się prosto. Kluczowy odcinek – szyja, ma być swobodny, by utrzymać głowę, ważącą średnio od 4,5 do 6 kg. Tymczasem bardzo często – np. w wyniku stresu – nawykowo odchylamy głowę do tyłu. To powoduje skrócenie i napięcie mięśni szyi, a w rezultacie – napięcia dalszych części kręgosłupa. Głowa odchylona do tyłu przyczynia się również do zapadnięcia klatki piersiowej, spłycenia oddechu i zanikania głosu (chrypka). Pierwotnie ten gest był wynikiem reakcji na strach, w miarę rozwoju cywilizacyjnego nawyk odchylania, a raczej chowania głowy w ramiona utrwalił się także pod wpływem innych emocji, np. złości czy nieumiejętności powiedzenia „nie”.

Jest dobre ćwiczenie na „złe” emocje. Połóż się na podłodze, pod głowę podłóż wałek, zegnij nogi, a plecy „wciśnij” w podłogę. Pomyśl o całym swoim kręgosłupie – od głowy do kości ogonowej, poczuj długość kończyn – od palców po łopatki i kość biodrową. Ciało rozciąga się, co znosi napięcie. Poczuj przestrzeń w miednicy i klatce piersiowej, powiedz w myślach: „Chcę tam więcej miejsca”.

Oprócz odchylania głowy każdy ma utrwalone inne zgubne nawyki, np. ,,zapadanie się” w fotelu, nieprawidłowe siadanie i wstawanie z krzesła, wysokie obcasy, potakujące kiwanie głową czy gestykulację rękoma. Zniesienie napięcia w ciele, a zwłaszcza w szyi, zwiększa świadomość ciała i otwartość (wewnętrzną i zewnętrzną), pewność siebie i swobodę. Zaczynasz działać w zgodzie z samą sobą, lepiej radzisz sobie ze stresem, mówisz mocniejszym głosem, twoje ciało jest spontaniczne i pełne gracji. Tylko jak to osiągnąć?

Kluczowa postawa

Twórca techniki Alexandra zaobserwował, że ciało podąża za myślą. Prosty komunikat: ,,Chcę, żeby moja szyja była bardziej swobodna, wolna od napięć, a głowa uniesiona ku górze i do przodu” naprawdę potrafi zdziałać cuda.

– Na początku warto korygować swoją postawę w lustrze – przekonuje Piotr Turczyński, nauczyciel techniki Alexandra. – Niby komunikat zadziałał, a tymczasem spojrzenie w lustro pokazuje, że głowa nadal odchylona jest do tyłu. Nie zdajemy sobie sprawy z faktu, jak silne są nawyki trzymania konkretnej postawy. Dlatego proces reedukacji postawy warto zacząć pod okiem nauczyciela.

Ludzie mają tendencję do koncentrowania się na przodzie swojego ciała. Kręgosłup wyobrażają sobie jako coś cienkiego, na zewnątrz. Zapytani: ,,Chodzisz na jednej nodze czy na dwóch?”, automatycznie odpowiadają, że na dwóch. A tymczasem kiedy idziesz, kontakt z podłożem masz zawsze tylko jedną nogą, to kręgosłup – niczym trzon – trzyma cię w równowadze. A przynajmniej powinien – jeśli jest zdrowy.

Zdaniem nauczycieli techniki Alexandra, gimnastyka – sekwencja powtarzalnych ruchów – to współczesne galery, do niczego niepotrzebne. Zwierzęta się nie gimnastykują, a obserwując choćby kota leniwie przeciągającego się po obudzeniu, tęsknisz za spontanicznością. Kręgosłup utrzymują mięśnie, których nie da się wyćwiczyć w siłowni. Te, które ,,katujesz” powtarzalnymi ruchami na bieżni czy z ciężarkami, są ćwiczone w sposób naturalny w codziennym życiu, kiedy chodzisz, schylasz się, poprawiasz obraz, coś podnosisz. O wiele ważniejsze jest korygowanie postawy tak, by była jak najbardziej naturalna, używanie całego swojego ciała, niwelowanie zgubnych nawyków. Kolejnym mitem – zdaniem nauczycieli – jest ćwiczenie oddechu.

– Ćwiczenie oddychania przeponą czy brzuchem jest przereklamowane – tłumaczy Piotr Turczyński. – Do oddychania służą płuca, a te znajdują się bardziej z tyłu niż z przodu. Oddychanie jest procesem sterowanym przez mózg, na który nie mamy wpływu. Kontrolując oddech, zaburzasz go, napinasz kręgosłup, naciskasz na organy wewnętrzne. Kiedy oddychasz naturalnie, wydłużasz kręgosłup, dzięki czemu jest lepiej zamortyzowany, bardziej odporny na uszkodzenie. Koncentrując się na wewnętrznej przestrzeni, np. świadomie odczuwając odległość pomiędzy ramionami, otwierasz klatkę piersiową, pogłębiasz oddech.

Dobre nawyki

1. Kiedy maszerujesz, poruszaj luźno rękoma. Nie noś torebki stale na tym samym ramieniu. Idąc, nie rozmawiaj przez telefon.

2. Kilka razy w ciągu dnia, np. gdy się spieszysz albo czujesz się zestresowana, wydaj ciału komendę: ,,Szyja luźna, głowa do przodu i do góry”.

3. Jeśli dokucza ci kręgosłup, zastanów się, co ostatnio dzieje się w twoim życiu. Czy spotkało cię coś trudnego? Kiedy czujesz lęk, przeskanuj swoje ciało i zastanów się, w której części najsilniej odczuwasz napięcie.

4. Siadaj i wstawaj z krzesła, mając swobodną szyję, głowę do przodu i wyprostowany do góry tułów (na całej długości od głowy do kości ogonowej) tak, by pracowały jedynie stawy (biodra, kolana, kostki). Ważne, byś myślała o procesie siadania (ciało podąża za myślą), a nie o tym, że już siedzisz.

Siedź na kościach kulszowych, bez podpierania się rękoma, ze stopami mocno opartymi o podłogę. Jesteś wtedy bardziej stabilna (wewnętrznie i zewnętrznie), pewniej osadzona w sobie. Nie wkładasz zbędnej energii w utrzymanie się w pozycji siedzącej, dzięki czemu masz więcej siły. Łatwiej jest ci prowadzić rozmowę czy bronić własnego zdania.

Niewskazane dla kręgosłupa

1. Siedzenie zbyt długo w jednej pozycji. Co pół godziny rób krótką przerwę, wstań, przeciągnij się jak kot, zrób kilka wdechów.

2. Źle ustawione siedzenie w samochodzie. Wysokość siedzenia i kąt jego pochylenia powinny być ustawione tak, by kierownica, drążek zmiany biegów i pedały były łatwo dostępne. Kolana powinny być lekko ugięte, a uda ustawione poziomo. Jeśli oparcie siedzenia nie ma wybrzuszenia na wysokości lędźwiowego odcinka kręgosłupa, podłóż w to miejsce specjalną poduszkę.

3. Niewłaściwe podnoszenie przedmiotów z podłogi. Zamiast pochylać się, przyklęknij lub ukucnij.

4. Zbyt wysokie lub zbyt niskie blaty, np. stołu. Blat powinien znajdować się około 8 cm powyżej łokci.

5. Zła pozycja w czasie snu. Najzdrowsza to na boku, z podkurczonymi nogami.

6. Buty na zbyt wysokim obcasie. Obcasy powinny być stabilne, a buty dobrze dopasowane do stopy, bo każde potknięcie czy przekrzywienie kostki grozi urazem kręgosłupa. Szkodliwa jest również nagła zmiana wysokich obcasów na zupełnie płaskie.

7. Nadwaga. Staraj się utrzymywać swoją wagę w odpowiedniej proporcji do wzrostu.

  1. Zdrowie

Technika Bowena - manualna terapia ciała, sposób na napięcia wywołane długotrwałym stresem

Technika Bowena skłania organizm do tego, by sam się uzdrawiał, daje mu impuls do autoregulacji. (Fot. iStock)
Technika Bowena skłania organizm do tego, by sam się uzdrawiał, daje mu impuls do autoregulacji. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Metoda skłania organizm do tego, by sam się uzdrawiał, daje mu impuls do autoregulacji. Technika Bowena polega na wykonywaniu charakterystycznych, delikatnych, ale bardzo dokładnych ruchów, zwanych chwytami

.

Pierwszy raz natknęłam się na wzmiankę o technice Bowena, rodzaju manualnej terapii ciała, w Internecie: jedno z warszawskich centrów medycyny naturalnej reklamowało ją słowami: „pomoże praktycznie na wszystko”. Z doświadczenia wiem, że jak coś pomaga na wszystko, to nie pomaga na nic, ale postanowiłam spróbować. Ostatnio źle sypiałam…

Na co pomaga technika Bowena?

Udałam się do Beaty Jańczuk, specjalizującej się w tej metodzie. Z uśmiechem odnosi się do hasła reklamowego. – Pomaga prawie na wszystko – prostuje i zaczyna wyliczać. Technika Bowena jest doskonałym sposobem na napięcia wywołane długotrwałym stresem (często ich już nie czujemy, bo nasze ciało stopniowo się usztywniało, ale są i uniemożliwiają powrót do równowagi), reguluje apetyt i układ hormonalny, likwiduje migreny. Sprawia, że miesiączki przestają się wiązać z cierpieniem. Pomaga na wszelkie dolegliwości związane z przeciążonym siedzącym trybem życia aparatem mięśniowym i układem kostnym. Zespół jelita nadwrażliwego leczy wręcz spektakularnie. Pomaga przy problemach z wypróżnianiem, świetnie reguluje pracę układu pokarmowego. Znosi bezsenność, zmniejsza alergie, wspomaga leczenie niepłodności. „A nadwaga?” – chcę wiedzieć. Jak większość kobiet, wciąż jestem na jakiejś diecie… – Układ nerwowy zarządza metabolizmem. Pracując z nim, powodujemy wyciszenie układu trawiennego – uspokaja mnie terapeutka. Mówi, że można oczywiście wykonać zabieg ogólnie wzmacniający, o którym pierwotnie myślałam, ale lepiej celować w konkretny problem. Wtedy terapia jest skuteczniejsza. Decyduję się więc ostatecznie na walkę z dodatkowymi kilogramami…

Najpierw jednak muszę wypełnić ankietę i odpowiedzieć na szereg pytań dotyczących mojej kondycji i przebytych chorób. Beata Jańczuk uspokaja mnie, że nawet jeśli pacjent zapomni o jakimś schorzeniu, terapeuta wyciągnie własne wnioski: – Patrzę, jak człowiek stoi, chodzi, siada; czy gdzieś się przekrzywia, w jaki sposób mówi. Wszystko jest dla mnie źródłem informacji. Czasem kilka zdań wystarczy, by się zorientować, że ktoś ma w gardle węzeł, który tłumi jego głos, zmienia ton. To się przekłada na płytkie, szybkie oddechy i niedotlenienie całego organizmu albo na schorzenia tarczycy, którą takie zaciśnięcie w okolicy gardła tłamsi i zadusza. Podkrążone oczy mogą wskazywać na niewydolne nerki. Ale może to też być tylko nieprzespana noc.

Przebieg zabiegu

Zaczynamy zabieg. Pani Beata unosi ręcznik, którym jestem przykryta, odsłania moje nogi. Czuję, że zostałam złapana za okolice kostek, najpierw w jednej, potem drugiej nodze. Chwyt jest przyjemny, ale zdecydowany. Trwa sekundę, półtorej i dłonie oddalają się. Teraz czuję kolejny, tym razem w okolicy kolan – i jeszcze jeden, po zewnętrznej stronie uda. I ręcznik wędruje z powrotem na miejsce. Teraz poczekamy chwilę, damy organizmowi czas na reakcję – mówi terapeutka i tłumaczy: – Zabieg polega na zastosowaniu serii tzw. chwytów, w różnych sekwencjach. Poprzez dotyk dostarczamy ciału impuls terapeutyczny, który wędruje do mózgu. Każdy chwyt musi być wykonany bardzo precyzyjnie w konkretnym miejscu, nawet dłonie muszą być ułożone w odpowiedni sposób.

A jeśli będzie inaczej? Jeśli terapeuta dotknie centymetr dalej niż trzeba? Wtedy chwyt nie da efektu lub spowoduje inny niż pożądany. Precyzja jest warunkiem powodzenia zabiegu. Z tego powodu pracujący techniką Bowena są szczegółowo przygotowywani (sam kurs ma kilka stopni, pomiędzy kolejnymi trzeba odbyć sporą ilość praktyk, a końcowy certyfikat wydaje Instytut Bowena w Australii).

Czyli masażu nie będzie? I zabieg polega tylko na kilku dotknięciach? – Owszem – potwierdza Beata Jańczuk i widząc moje zaskoczenie (a nawet delikatne rozczarowanie), wyjaśnia. – Jestem do takich reakcji przyzwyczajona, większość moich pacjentów jest „wychowana” na masażach. Technika Bowena bardzo się od masażu różni. Tutaj nie chodzi o to, żeby dotknąć pacjenta wszędzie – tylko tam, gdzie trzeba. Pobudzić organizm do samonaprawy, samoregeneracji, powrotu do własnej, naturalnej harmonii. To działa jak efekt domina: każdy chwyt daje impuls, który płynie dalej, uruchamiając po drodze kolejne – i przez ciało wędruje lawina informacji. Ale uwaga – chwytów nie może być za dużo! Bo choć dotyk jest delikatny, to impuls wysyłany do systemu nerwowego potrafi być bardzo silny, a wyodrębniony może „wybrzmieć”, skuteczniej zadziałać.

Z szacunkiem dla kręgosłupa

Terapeutka znów podnosi ręcznik i dotyka mnie w kilku miejscach: wzdłuż kręgosłupa, w okolicy łopatek, niedaleko szyi. Przykrywa mnie i wychodzi z pokoju. Daje mi czas, by wsłuchać się w ciało, w jego reakcje. Prosi też, by opowiedzieć jej o wszystkich odczuciach, nawet najlżejszych, jak mrowienie w kończynach, poczucie ciężkości, jakiś ból, który się gdzieś błąka, a nawet… burczenie w brzuchu! Mój właśnie burczy, a przecież niedawno jadłam. Ale to podobno jest związane z działaniem sympatycznego układu nerwowego. Czuję, jak rozluźniają się moje ramiona. Myślałam, że jestem odprężona, ale dopiero teraz zaczynają naprawdę swobodnie opadać. Gdy terapeutka wraca, pytam, czy jeśli ktoś ma czystą, zdrową pamięć komórkową, to też potrzebuje takich zabiegów. – Jak najbardziej – mówi Beata Jańczuk. – Naszym ciałom brak dziś silnego impulsu samoleczenia. Trochę nie nadążamy za współczesnymi czasami: tempem życia, zmianą sposobu odżywiania, ilością chemii wokół nas. Organizm stara się uporać ze skutkami postępu cywilizacyjnego, a naprawę konkretnych narządów odkłada na później. Trzeba go do tego procesu nakłonić. A kiedy już to zrobimy, ciało samo wybierze, gdzie zacznie naprawę. Z reguły zaczyna tam, gdzie pomoc jest najbardziej potrzebna.

Teraz leżę na brzuchu. Terapeutka prosi o nabranie powietrza i podczas wydechu uciska mnie poniżej żeber. Z prawej, z lewej; z prawej, z lewej. Przenosi dłonie na ramiona, śmiesznie układając palce, i wykonuje nimi skomplikowany gest. Odczekuje parę minut. Teraz lekko unosi moją głowę, uciskając palcami miejsca u nasady czaszki. Bardzo to przyjemne… Ale trwa tylko przez chwilę, bo przychodzi pora na twarz – tutaj czekają mnie dwa kolejne chwyty. Znów chwila przerwy. Potem jeszcze jeden chwyt i… koniec! Ale pani Beata prosi, żebym od razu nie wstawała. Lepiej poleżeć chwilę, dopiero potem powoli, ostrożnie i z miłością unieść ciało. Pokazuje, jak to zrobić prawidłowo, z szacunkiem dla kręgosłupa. O rety, całe życie źle wstawałam!

Czas na przetrwanie impulsów

Kiedy kolejny zabieg? Za tydzień. Trzeba dać organizmowi czas na „przetrawienie” impulsów, które dostał. Ile będzie wizyt? Tego się nie da określić. Zależy, w jakim stanie jest organizm, jak będę reagować. Jeśli ktoś jest ogólnie zdrowy, warto wykonać zabieg raz w miesiącu – w celu dostrojenia organizmu do prawidłowych częstotliwości. Beata Jańczuk zaznacza: – W ciągu tygodnia między zabiegami proszę nie uprawiać intensywnego sportu, wskazane są natomiast spacery. Dobrze też unikać mocnych używek. I dużo pić, małymi łykami – to pomaga w detoksykacji.

Po dwóch zabiegach mogę już śmiało powiedzieć, że widzę efekty. Jednym z nich jest mniejszy apetyt: przestałam się tak żarłocznie rzucać na czekoladę. W ogóle jakoś mniej mi się chce słodyczy. Drugi – to lepszy sen. Zapadam się w poduszkę i zasypiam jak kamień – a wcześniej różnie bywało. Środki przeciwbólowe schowałam głęboko do szuflady – choć przez kilka dni po pierwszym zabiegu pobolewała mnie głowa. Ale to podobno normalne: organizm się przestraja, więc mogą pojawić się tego typu efekty uboczne. Zaczęło mi też być niewygodnie w starej, przekrzywionej pozycji przed komputerem. To dobry znak: ciało samo wymusza zmianę postawy. Zwyczajnie nie pozwala mi siedzieć w szkodliwej pozycji. Cieszę się, że mam z nim kontakt.

  1. Seks

Tantra - obalmy mity na jej temat

Na czym polega Tantra? Czy wpływa korzystnie na związki i poprawia jakość seksu? (fot. iStock)
Na czym polega Tantra? Czy wpływa korzystnie na związki i poprawia jakość seksu? (fot. iStock)
Gdy pisałam ten tekst, mój komputer odmówił współpracy. Awarie się zdarzają, a tekst skończony być musi. Po raz pierwszy od wielu lat wzięłam do ręki ołówek i zaczęłam pisać na kartce papieru. Przyszło mi do głowy, że to znakomita analogia. Tantra wydaje się skomplikowana jak technologia stojąca za edytorem tekstu, a tak naprawdę jest równie naturalna jak pisanie ołówkiem po papierze.

Szczególnie nieprawdziwe są mityczne trudności, jakie stoją przed adeptami tantry. Podobnie nimb rozpusty i wyuzdania, i wszystkie wygibasy, jakie przychodzą na myśl o praktyce tantry, to raczej wyobrażenie niż prawda.

Współczesna tantra jest dla wszystkich ludzi

Specjalnie określam tantrę słowem współczesna, bo ma ona inny wymiar i formę niż ta dawna, pochodzącą z Indii, która miała w sobie więcej mistyki i dużo więcej nieumiarkowania. Tantra współczesna korzysta ze zdobyczy psychologii, jest prostsza, łatwiej przyswajalna. Może stanowić istotny element rozwoju wewnętrznego człowieka.

Pamiętam, jak ponad dekadę temu pisałam tekst o Hatha Jodze do popularnego magazynu dla kobiet, w którym starałam się wyjaśnić, że joga nie ma nic wspólnego ze szkodliwymi sektami, a pożytki z niej płynące są niezliczone. Minęło kilkanaście lat, a joga stała się tak powszednia, że moje dziecko ma takie zajęcia w szkole. I nikt rozsądny nie krzyczy, że to obrzędy okultystyczne. Wierzę, że tak samo będzie z tantrą, gdy upowszechni się wiedza, jak dobrze robi ona na związki i jakość seksu.

Na początek trzeba się oswoić z pojęciem „energia". Dla osób, które niezbyt wierzą, że mamy w sobie coś niematerialnego, a jednocześnie silnego i sprawczego, tantra rzeczywiście się nie przyda. Pozostali mogą przestać się obawiać, gdyż to, co można praktykować obecnie w Polsce, zostało wymyślone na potrzeby Zachodu i zachodniego człowieka. Z całym naszym niedowiarstwem, wstydem, wyparciem seksu i emocji. Prekursorem tego dostosowania był Osho, a kolejne szkoły i frakcje kontynuują dzieło. Po drodze badania psychologów (Reich, Lowen) i liczne odkrycia naukowe udowodniły to, co tkwiło u podstaw wschodnich systemów medycznych i filozoficznych.

Ludzkie ciało jest skarbnicą emocji i wspomnień, mamy w sobie energię, której właściwe użycie nie dość, że wzmacnia nas na poziomie emocjonalnym, to także poprawia kondycję naszego ciała. Lepszy i głębszy kontakt z ciałem, energią i emocjami jest niezbędny do odczuwania dobrostanu. Istnieją oczywiście bardziej konserwatywne ścieżki tantryczne, w tym np. buddyjska, które nie odeszły tak daleko od tradycji Wschodu. Jest im bliżej do Tantr, tekstów o miłości i duchowości Śiwy i Śakti niż do nowoczesnych technik pracy z ciałem. Każdemu wedle upodobania.

Po kilku warsztatach już wiemy jak dużo może zyskać z warsztatu tantry para z długoletnim stażem. Taki warsztat to czas tylko dla nas i bardzo cenimy sobie taką bliskość - podkreślała jedna z par.

Tantra i seks

Dla wszystkich, którzy boją się seksualnego aspektu tantry mogę powiedzieć, z perspektywy praktyki, że jej istota nie polega wcale na seksie. Albo inaczej - nie polega głównie na seksie. Po przyzwyczajeniu się do słowa „energia" kolejnym krokiem będzie poznanie, że nasze ciało jest równie duchowe jak to, co do tej pory uważaliśmy za duszę; że w zasadzie nasza dusza siedzi w naszym ciele i naszym zadaniem będzie łączenie tych pozornych przeciwieństw.

Po zaakceptowaniu myśli, że ciało jest równie doskonałe jak duch, wejdziemy na poziom, gdy trzeba będzie pojąć, że duchowość łączy się z seksualnością - jedna zasila drugą, a kochając się z partnerem, za przeproszeniem, uprawiamy święty akt. Praktyka rozwija się powoli i z użyciem prostych metod. Na przykład para siedzi naprzeciw siebie i patrzy sobie w oczy przez długie minuty. Rezultaty są zaskakujące.

Tantra jest wyjątkowa aktywnością, która głęboko dotyka naszej intymności. Pogłębia ją, dzięki czemu w magicznej przestrzeni jeszcze bardziej zbliżamy sie do siebie i wzmacniamy naszą więź. Tantra dla nas to też lekkość i naturalność. Troszczyć się o związek można na wiele sposobów, ale żaden nie jest tak przyjemny. - tłumaczyła para praktykująca tantrę z Zosią i Dawidem Rzepeckimi.

Na radosny seks czas przychodzi później. I jest ono naprawdę radosny. Od razu, ku rozczarowaniu amatorów orgii z udziałem trzydziestu osób, doprecyzuję, że nie ma co myśleć o wieloosobowej rozpuście. Nawet zaawansowane ceremonie tantryczne, przeprowadzane nago, gwarantują bowiem dyskrecję i poszanowania dla granic innych ludzi. Jedyny wywrotowy i naprawdę przekraczający granice aspekt tantry polega na zrozumieniu, że ciało jest równie cenne i święte jak duch i że praktykowanie seksu może być drogą do duchowości.

Skąd więc bierze się lecznicza właściwość tantry, która pomaga mieć szczęśliwe związki i udany seks? Ano z tego, że ludzie dobrze połączeni emocjonalnie i energetycznie zaczynają tworzyć relacje zupełnie innej jakości. Dzięki głębokiemu kontaktowi z ciałem, poszerzonej świadomości żyją spokojniej i szczęśliwiej. Poleżą sobie w jakiejś pozycji przed seksem, potem się kochają (albo nazwijmy to w dowolny inny sposób) i nagle okazuje się, że jakość tego seks jest dużo lepsza od czegokolwiek przedtem. Sporo rzeczy się w tantrze dzieje bez napięcia i naturalnie. Jak wspominałam - to proste jak pisanie ołówkiem po papierze.

I ważne - dlatego na końcu. Jeśli zainteresujecie się tantrą, szukajcie nauczycieli, którym można zaufać. To istotne, żeby trafić na ludzi, którzy będą dobrym przykładem, bo jak w każdej dziedzinie wiele zależy od tego, jaki poziom prezentuje nauczyciel i czy sam siebie ogarnia. Ja pracuję z twórcami tantralove, ze względu na zaufanie, jakie do nich czuję i znakomitą jakość ich warsztatów.

Jak podkreśla jeden z uczestników warsztatów tantrycznych: Dla mnie tantra to sposób na przejście przez życie w harmonii, zdrowiu i szczęściu. To pomocne narzędzie, zestawione z ćwiczeń umysłowych i fizycznych i duchowych, umożliwiające głębsze poznanie siebie i otaczającego cię świata z celem nadrzędnym - żyć w pełni, tu i teraz. I to od zaraz. Tantra odkrywa istotę naszej energii i uczy, jak o nią dbać i z niej korzystać dla dobra własnego i najbliższych, i to na co dzień. 

Marta Niedźwiecka: pierwsza w Polsce certyfikowana sex coach – pracująca z seksualnością, ciałem, emocjami i relacjami intymnymi.

  1. Styl Życia

Tam, gdzie pieprz rośnie - o podróży szlakiem króla przypraw opowiada Anna Janowska

Każda podróż otwiera na ludzi, nowe historie, smaki, zapachy, wydarzenia. (Fot. Getty Images)
Każda podróż otwiera na ludzi, nowe historie, smaki, zapachy, wydarzenia. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 13 Zdjęć
Można powiedzieć, że cały rok swojego życia podporządkowała jednej małej roślince. Do tego stopnia, że przyjaciele zaczęli nazywać ją spice girl.

Można powiedzieć, że cały rok swojego życia podporządkowała jednej małej roślince. Do tego stopnia, że przyjaciele zaczęli nazywać ją spice girl. Co skłoniło ją do podróży szlakiem pieprzu i napisania o nim książki "Monsun przychodzi dwa razy. Podróż szlakiem pieprzu przez Keralę, Oman i Zanzibar"? Anna Janowska opowiada nam o wyprawie przez Keralę, Oman i Zanzibar.

Artykuł archiwalny, książka "Monsun przychodzi dwa razy. Podróż szlakiem pieprzu przez Keralę, Oman i Zanzibar" została wydana w 2016 roku.

Wybrałaś się w podróż, której motywem przewodnim, a wręcz kompasem był pieprz. W swojej książce odkrywasz jego historię, kulturę z nim związaną. Jak zaczęła się twoja fascynacja tą drobną rośliną, którą większość z nas traktuje jedynie jako pospolitą przyprawę?
Zaintrygowało mnie, że pieprz, coś dziś tak codziennego i mało istotnego, kiedyś był niezwykle cenny i ważny. Sprawiał, że ludzie wsiadali na statki, przepływali oceany, walczyli z piratami, ruszali w nieznane, przemierzali pustynie. Był niesamowicie interesującym wyzwaniem. Europa długo nie wiedziała, gdzie i jak on rośnie. Marco Polo pisał, że pochodzi z wysp, których jest dokładnie 7444. Starożytni wierzyli, że rośnie na drzewach strzeżonych przez jadowite węże. A jedyny sposób, by go zebrać, to podpalić ten las i wygonić gady. Długi czas monopol na handel tą przyprawą mieli kupcy arabscy, a także ci z republiki Genui i Wenecji. Neron tak uwielbiał pieprz, że jako przysmak jadał posypaną nim pajdę chleba z... miodem. Cała masa fenomenalnych historii powstała tylko dlatego, że Europa rozsmakowała się w pieprzu. Lubię wydarzenia i rzeczy z pozoru mało ważne, ale po bliższym przyjrzeniu kryjące w sobie wiele ciekawostek. Dlatego ruszyłam śladem pieprzu, przez Keralę w Indiach, Oman i Zanzibar.

Od czego zaczęłaś zgłębianie jego tajemnic?
Od plantacji pieprzu. Już sam proces uprawy jest niezwykle ciekawy. Pieprz jest pnączem. Dobrym towarzyszem plantacji kawy i herbaty. Gdy pojechałam do Kerali, okazało się, że panuje tam kryzys pieprzowy. Uprawy z nieznanych przyczyn umierały. Trafiłam w sam środek dramatu. Ludzie, którzy trudnili się uprawą pieprzu od pokoleń, nagle musieli zmagać się z jego zanikaniem. Pieprz usycha, bo monsun przynosi coraz mniej opadów. A to efekt zbyt wielu upraw, wycięcia dżungli i ocieplenia klimatu, więc można powiedzieć, że sam człowiek do tego doprowadził.

Czyli już na początku temat okazał się bardziej złożony, niż można by przypuszczać. Jak to jest brać udział w wędrówce, która ma swój temat przewodni? Bardziej cię to ograniczało, czy wręcz przeciwnie – wciąż otwierało na nowe?
W takiej podróży historie same pączkują, a szlaki się rozgałęziają. Łapiąc jakiś wątek, nie wiesz, do czego cię doprowadzi. Na przykład temat zdrowotnych właściwości pieprzu i innych przypraw, ich zastosowania w medycynie ajurwedyjskiej – tradycyjnej, hinduskiej wiedzy opartej na ziołach i roślinach, doprowadził mnie do szpitala ajurwedycznego w Kerali. Inny wątek zawiódł mnie do Omanu – na początku wcale nie planowałam tam jechać. Ale im więcej dowiadywałam się o tym kraju, tym bardziej byłam przekonana, że jeśli tam nie pojadę, to ta opowieść i podróż będzie niepełna. To nie była moja pierwsza wyprawa, ale przyznam, zaczęło mnie już trochę nudzić podróżowanie bez celu. Kiedy interesujesz się wszystkim, to tak naprawdę nie poznajesz nic. Wracasz z głową pełną wszystkiego i niczego jednocześnie. Odkryłam, że dużo bardziej fascynujące są wyprawy po coś. Bo wtedy możesz się skupić na tej rzeczy. Paradoksalnie to ułatwia wyjazd, bo go porządkuje. Nie miotam się bez sensu, dużo więcej poznaję i głębiej przeżywam.

Cel pozwala lepiej sfokusować się na tym, co najważniejsze?
Właśnie. Podążasz drogą, w której odkrywasz, że temat ma drugie i trzecie dno. Na przykład dzięki temu podejściu trafiłam w mieście Sur na samym krańcu Omanu, na czubku Półwyspu Arabskiego, do ostatniego zakładu szkutniczego. Przekazywany z ojca na syna działał tu od pokoleń. Ich statki pływały do Chin, Ameryki, przez ocean. Dziś robią dwie łodzie dhow w ciągu roku dla bogatych szejków. Tradycyjnymi metodami. W Indiach też buduje się dhow. Drewniane, z trójkątnym żaglem wykorzystującym monsunowe wiatry. Tradycyjną metodą, bez gwoździ – elementy łączy się tylko kołkami. Szkutnicy pracują bez planów, szkiców, projektów. Ci ludzie mają ten fach we krwi. Konstruktor, którego poznałam w Kerali, nigdy żadnej łodzi nie narysował. Wszystko miał w głowie. Gdy tam byłam, czułam, że może właśnie obserwuję ostatnich przedstawicieli zawodu, który odchodzi do lamusa.

Jakie jeszcze perełki odkryłaś po drodze?
Na każdym kroku fascynował mnie zamrożony świat przeszłości. Oman był dla mnie wielką niespodzianką. Trochę obawiałam się tam jechać sama, a niepotrzebnie. Spotkała mnie niesamowita gościnność i serdeczność. W najlepszym wydaniu. Ujmująco ciepli i przyjaźni ludzie. Podążając starożytnym szlakiem w Omanie, ciągle czułam zapach rodem z katolickiego kościoła. W kraju muzułmańskim? Dziwne. Okazało się, że to tam rosną... kadzidłowce, których żywica wydziela woń znaną nam z kościołów w Polsce. Oman od dawien dawna handlował kadzidłem. Same kadzidłowce też są niezwykle interesujące. Poskręcane, rachityczne, rosną tam, gdzie już nic nie ma – na pustyni. Cierpią. Krzyczą. I płaczą żywicą.

W życiu Omańczyków kadziło jest obecne cały czas – zawsze gdzieś się tli. Gdy do domu przychodzą goście, gospodarze wrzucają na palące się drewno kilka grudek żywicy. Dymem z kadzidła perfumują sobie ubrania, na jego bazie komponują też niezwykłe pachnidła. Żują żywicę z kadzidłowca, gdy boli ich gardło, stosują też jako remedium na stawy i żołądek. Z każdym nowym wątkiem pojawiał się cały ocean zależności i powiązań.

Skąd to zamiłowanie do grzebania w historii?
Właściwie nigdy nie przepadałam za historią – wydawała mi się śmiertelnie nudna i na dodatek podbijana trudnymi do zapamiętania datami. Ale swojej książki nie mogłam stworzyć bez niej. Musiałam zdobyć wiedzę, przefiltrować ją i tak odkryłam w sobie... pasję historyczną. Można znaleźć sposób na ciekawe opowiedzenie przeszłości, na przykład przez jej uczłowieczanie. O Vasco da Gamie pisałam nie jako o wielkim odkrywcy, ale jako o człowieku ze wszystkimi jego słabostkami. Zdarzało mu się być okrutnikiem, ignorantem, ale i tak go polubiłam. Cieszyły mnie ciekawostki historyczne, do których udało mi się dotrzeć.

Zaciekawiło mnie, że podczas pobytu w Indiach przeszłaś terapię ajurwedyczną. Jak wspominasz to doświadczenie?
Do szpitala ajurwedycznego Kalari Kovilakom, a de facto ekskluzywnego hotelu, trafiłam na tydzień. Cały swój świat trzeba zostawić za drzwiami. I to dosłownie. Nie możesz nawet nosić swoich ubrań. Dostajesz białe szaty. Pozbawiają cię też twojej codziennej rutyny – i tworzą nową, na którą składają się medytacja, joga, zabiegi ajurwedyczne, a wieczorami wykłady albo pokazy tańca czy tradycyjnej muzyki. Zostajesz wyrwana ze swoich kolein i oddajesz zdrowie i swoje problemy w ręce lekarzy, którzy przeprowadzają panczakarmę, rytuał oczyszczania. To najwyraźniej działa, bo niektórzy wracają tam regularnie. Ja też po ajurwedycznej terapii czułam się świetnie. Dobrze rozumiem chęć powrotu do tego miejsca. Gdy zdarza mi się, że padam ze zmęczenia i piętrzą mi się problemy, to tęsknię za tym, jak się czułam po tygodniu pobytu w tym szpitalu.

Spotkałam tam wielu Europejczyków, którzy szukali uspokojenia po problemach z alkoholem, terapii onkologicznej czy poważnych operacjach. A niektórzy chcieli po prostu schudnąć albo znaleźć czas dla siebie. Przeróżni ludzie, których przywiodło na południe Indii nie tyle poszukiwanie taniej duchowości, co próba zadbania o siebie. Oraz znalezienia tego, czego nie ma w medycynie europejskiej, a jest w ajurwedzie – holistycznego spojrzenia na człowieka. Dusza, ciało, głowa, mózg i emocje – to wszystko jest w niej jednością. Nawet gdy boli cię kolano, to ajurweda i tak zaczyna od głowy.

Czy podróż śladami pieprzu spowodowała w tobie jakieś zmiany, pozostawiła trwały ślad?
Podróż zawsze na nas wpływa. Gdy jesteś w drodze, więcej się dzieje. Jeden dzień jest niepodobny do drugiego, nie ma rutyny, a czas w magiczny sposób się rozciąga. Niekiedy, wracając do domu po miesięcznej wyprawie, mam wrażenie, że trwała ona rok. Każda podróż to też eksperyment na własnym organizmie. Bo jesteś nagle sam. Musisz zmagać się ze sobą i ze swoimi problemami. Radzić sobie w nowych sytuacjach.

Ja sobie nie wyobrażam życia bez wędrówki po świecie. Dzięki niej wiele się dowiedziałam nie tylko o innych, ale przede wszystkim o sobie samej. Nie miałabym tej wiedzy, gdybym została w domu. Może to zabrzmieć banalnie, ale w moim odczuciu każda wyprawa zdejmuje z oczu jakieś klapki i poszerza horyzonty. Otwiera na ludzi, nowe historie, smaki, zapachy, wydarzenia. Ci, którzy nie podróżują, bardzo dużo tracą. Tak wiele, że moim zdaniem zajęcia z globtroterki powinny być obowiązkowe w szkole podstawowej.

  1. Psychologia

Co nas boli, kiedy bolą plecy? – wyjaśnia Wojciech Eichelberger

Co mówią o nas, o naszych problemach plecy? (fot. iStock)
Co mówią o nas, o naszych problemach plecy? (fot. iStock)
Plecy tego, kto doświadcza długotrwałego stresu, przypominają tarczę wojownika. Plecy żyjącego w wiecznym rygorze są proste jak deska. Słowa: „Wyprostuj się” lub „coś ty taki sztywny”, nic nie pomogą. By uleczyć plecy, potrzeba wglądu w siebie i zmiany przekonań na temat tego, kim jestem i kim mam prawo być, a nie tylko gimnastyki i zmiany nawyków ruchowych – mówi Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Kręgosłup i plecy mają w naszej kulturze i języku ważne znaczenie symboliczne, wskazujące na stan umysłu i uczuć danego człowieka.
Tak. To ważne, pojemne symbole i metafory. Na przykład, gdy mówimy, że ktoś ma zdrowy kręgosłup, to znaczy, że nie niesie ciężaru wyrzutów sumienia. Idzie przez życie z podniesioną głową, patrzy światu w oczy. Posiadanie kręgosłupa moralnego oznacza zdolność do przestrzegania zasad, bycia uczciwym, nieulegania chciwości i negatywnym emocjom. Silny kręgosłup znamionuje odporność na wyzwania, przeciwności i ciężary, które czasami trzeba unieść. Można mieć też złamany albo miękki kręgosłup, co oznacza brak siły woli, odwagi i autonomii, a także syndrom ofiary.

Kiedy myślę o swoich plecach, przypominają mi się trzy sytuacje. Pierwsza: mam dziesięć lat i lekarz mówi, że konieczna jest rehabilitacja. Matka jest wściekła, nie ma czasu prowadzać mnie na korekcyjną gimnastykę. Druga: matka biega za mną po domu z kijem, bo... mam się sama wyprostować. Jestem dorosła, ortopeda stwierdza: „Za późno, by uzdrowić ten kręgosłup...”.
Człowiek jest zintegrowanym systemem. Wszystko od wszystkiego zależy i każde zaniedbanie czy wada, które pojawiają się w jednym miejscu, z pewnością odbiją się w innym. To podstawowa teza, którą w tym cyklu propagujemy. A kręgosłup stanowi oś i zarazem nośny, integrujący filar całej górnej połowy naszego ciała. Tej połowy, w której znajdują się niezbędne do życia organy. Na samym jego szczycie umocowane jest najcenniejsze nasze wyposażenie, czyli głowa. Zdrowy, naturalny kręgosłup – gdy patrzymy na niego z boku – przypomina kształtem spłaszczone S. W osi symetrii tego S winna znajdować się oś grawitacji. Dzięki temu kręgosłup dobrze spisuje się jako elastyczny, sprężynujący słup wspierający tułów i głowę, a tułów i głowa nie doświadczają zbędnych napięć. Kręgosłup to jeden wielki staw – kręgi są jak nanizane na sznurek paciorki. A taka struktura nie nadaje się do tego, by przenosić długotrwałe i stałe jednokierunkowe obciążenia. Wręcz przeciwnie, jest stworzona do ruchu i w ruchu ma się najlepiej. I tak wiele niesie, ale woli nieść w ruchu niż w bezruchu. Obciążony jest głową, obojczykami, łopatkami, rękoma, żebrami i mostkiem, dźwiga płuca, serce, żołądek i przeponę, mięśnie klatki piersiowej, pleców i brzucha. Jeśli często może powracać do kształtu wyciągniętego S, to zapewnia wszystkim tym organom optymalną pracę i oszczędza im zbędnych napięć. Na subtelnym poziomie spełnia także funkcję anteny, bo współpracując z nogami i stopami, nieustannie uziemia pozytywne statyczne ładunki zbierające się w górze naszego ciała. Jednocześnie jest wielką skrzynką rozdzielczą, przekazującą zasilanie i polecenia do wszystkich narządów zmysłów, narządów ruchu i układów organizmu. Jeśli kręgosłup jest krzywy lub zgarbiony, to wszystkie jego funkcje się zaburzają, a to znaczy, że gorzej działa cały organizm. Trudniej ma serce i krążenie, trudniej mają płuca i organy jamy brzusznej, pogarsza się nasza wrażliwość i czujność, tracimy grację, lekkość ruchów, ale także odwagę, wolę działania i siłę. Nawykowe garbienie się uzewnętrznia, a zarazem kształtuje i utrwala niskie poczucie wartości, brak szacunku dla siebie, zwane też brakiem poczucia własnej godności.

Ponieważ okrągłe plecy uniemożliwiają nie tylko poruszanie się z gracją, lecz również noszenie głowy wysoko i godnie, więc inni odczytują taką postawę jako wyraz słabości, lęku, poddaństwa i adekwatnie do tego nas traktują. Przez co kulimy się jeszcze bardziej i jesteśmy jeszcze gorzej traktowani. Dlatego nigdy nie dość rodzicielskiej troski o kręgosłupy dzieci. Niestety, jest to znacznie bardziej skomplikowane niż ciągłe przypominanie: „Wyprostuj się!”. Większość rodziców wie, że dziecko musi trzymać się prosto. Ale nie wie, że często z ważnych, acz niewidocznych powodów ich dziecko trzymać się prosto nie jest w stanie. Dziecięce plecy są bardzo często świadectwem tego, w jaki sposób traktujemy nasze latorośle.

Wstrząsające było dla mnie to, co napisałeś w „Ciałku”, że zgarbione plecy to ślad po tym, że w dzieciństwie nie czuliśmy się bezpieczni i kochani, że byliśmy atakowani, że z nas drwiono, pogardzano nami albo wykorzystywano do swoich celów, czyli ktoś symbolicznie chciał nam wskoczyć na plecy...
Bo plecy w takich sytuacjach spełniają rolę tarczy. Odruchowo używamy ich jako osłony, odwracając się do agresora tyłem, kulimy się, by osłonić serce i brzuch. Dla zachowania ciała pozostaje bez znaczenia, czy atak ma charakter fizyczny, czy psychologiczny. Jeśli dziecko czuje się permanentnie zagrożone, odrzucone, zawstydzane, pogardzane, to później w życiu będzie mu bardzo trudno wyprostować plecy bez wykonania jakiejś pracy psychologicznej. Nie pomogą ani gimnastyka korekcyjna, ani hatha-joga, póki umysł nie pozbędzie się traumy i nie zmieni nastawienia do świata.

Dzieci nie stają się więc krzywe, bo za szybko rosną?
Nikły procent dzieci rodzi się z wrodzonymi wadami kręgosłupa czy kośćca. Ale nawet wtedy, jeśli się nimi wcześnie zajmiemy, wiele da się naprawić. Tak więc to na skutek oddziaływania środowiska plecy najczęściej zaczynają się krzywić, kurczyć albo nadmiernie prostować i usztywniać – co też jest formą obrony przed psychicznym dyskomfortem. Krótko mówiąc, zgarbione plecy na ogół bronią zranionego serca. Widać to też u dorosłych przeżywających zawód miłosny czy łamiącą serce nielojalność partnera. Chowamy wtedy serce pod bezpieczną tarczą pleców, żeby mniej bolało i by je chronić przed kolejnymi ciosami. Chcemy też przestać czuć miłość do naszych wrogów i oprawców, bo krzywda ze strony kochanych ludzi najbardziej boli. Lecz gdy uda nam się w końcu zatrzasnąć i odczuć ulgę, to jednocześnie sprawiamy sobie kłopot na resztę życia. Bo wraz z zatrzaśnięciem serca powstaje w nas przekonanie: „Ja się nie nadaję do tego, żeby mnie kochać”. Albo: „Ludzie nie potrafią kochać i prędzej czy później mnie zranią”. Więc nie otwieramy naszego serca nawet wówczas, gdy ktoś obdarowuje nas najprawdziwszą miłością. Natomiast zachwycają nas i fascynują niedostępni, którzy nas odrzucają i/lub wykorzystują. Jeśli serce zatrzasnęło się przed światem i innymi ludźmi, to trzeba długotrwałego, bardzo delikatnego procesu psychoterapii, by odważyć się kochać i pozwolić się kochać innym.

Na moich rysunkach z dzieciństwa wszędzie są ciężary... Może więc to nie mama i tata, ale geny, i już urodziłam się z takim bagażem, który krzywił mi plecy?
Myślę, że na strukturę ciała decydujący wpływ mają jednak doświadczenia pourodzeniowe. Wprawdzie ciało może być kształtowane również przez traumy i doświadczenia transpokoleniowe, czyli przez niepozałatwiane sprawy rodziców, dziadków itd., ale wpływ ten jest egzekwowany poprzez ich zachowanie, słowa, gesty oraz sylwetkę ciała, których dziecko doświadcza, a nie przez geny. Ciało ukształtowane przez geny w życiu płodowym przechodzi dalsze etapy kształtowania i transformacji odpowiednio do treści przekonań, doświadczeń i emocji tworzonych oraz przechowywanych przez umysł. Te umysłowe programy nazywa się czasami trwałymi nastawieniami. W tym znaczeniu zdanie: Ciało podąża za umysłem, trafnie opisuje relację ciało – umysł. Jeśli więc w umyśle dziecka powstanie np. przekonanie: Jestem tylko niepotrzebnym kłopotem dla moich rodziców, to przejawi się ono na poziomie ciała w postaci zahamowania, ograniczenia jego rozwojowego potencjału: wzrostu, rozwoju drugorzędnych cech płciowych, siły i chęci życia. Podobnie kulenie się, obejmowanie samego siebie ramionami, kołysanie się, obsesyjna masturbacja wskazują na tzw. chorobę sierocą. Niekoniecznie wiąże się ona z faktycznym sieroctwem. Jeśli osierocone dziecko znajdzie dobrą rodzinę zastępczą lub adopcyjną, to nie rozwinie takich objawów. Sieroctwo to nie stan cywilny, lecz opuszczenie emocjonalne.

A co o tym mówi nowa gałąź genetyki, czyli epigenetyka?
Epigenetyka odkryła m.in., że jeśli matka w okresie ciąży żyła w poczuciu zagrożenia, to jej stan umysłu wpłynie na rozwój płodu, rozbudowując jego tyłomózgowie. Urodzi się ktoś przygotowany do walki. Natomiast matka doświadczająca w trakcie ciąży spokoju i bezpieczeństwa urodzi dziecko z rozbudowanym przodomózgowiem, czyli szybciej uczące się, skłonne do refleksji i wyższych uczuć. Zbadano to w kontrolowanych eksperymentach na myszach. Dwie bliźniacze matki surogatki zapłodniono in vitro dwoma identycznymi zygotami, a potem jedną straszono i frustrowano, a drugiej zapewniono optymalne warunki. Jednak pourodzeniowe środowisko i doświadczenia też mogą decydować o tym, które geny rezerwowe zostaną odpalone, i dostosowywać nasze predyspozycje i zachowanie do sytuacji, w jakiej żyjemy. Tak więc ukształtowany epigenetycznie wojownik, jeśli trafi w środowisko bezpieczne i przyjazne, prawdopodobnie wygasi skłonność do przemocy i walki, bo nie będzie to do niczego potrzebne.

Są ludzie, którzy mają kłopot z plecami, gdyż są one za proste.
Jeśli ktoś żył w środowisku bardzo represyjnym, wymagającym, kontrolującym, to od tego plecy musiały mu zesztywnieć, musiał się bowiem cały czas trzymać. Nie było miejsca w jego życiu na radość, zabawę, przyjemność. Plecy mogą też zesztywnieć od doświadczeń przeciwstawnych, czyli nadmiaru chaosu emocjonalnego, poznawczego i moralnego w otoczeniu. W takich okolicznościach też musimy się trzymać i brać na plecy nadmiar odpowiedzialności za swoje otoczenie. W każdym razie sztywny kręgosłup znamionuje sztywność umysłu i charakteru, skłonność do kontroli, nietolerancję na zmiany i różnorodność. W takiej sytuacji uelastycznienie pleców musi się powiązać ze zmianą wielu przekonań i poglądów, by w końcu otworzyć się na świat, na nowe idee i perspektywy, a także na zabawę i miłość. Jak widać, dużo pracy nad swoim umysłem i sercem czeka kogoś takiego.

Często sposobem ludzi na bóle i dyskomfort kręgosłupa jest joga.
Gdy ofiarnie i regularnie poćwiczymy jakiś czas, a plecy nadal będą się nawykowo garbić, to znaczy, że trzeba się zabrać do treningu umysłu. W praktyce oznacza to systematyczne ćwiczenie się w koncentracji na wybranym fragmencie realnego zmysłowego doświadczenia (tj. oddech, ciało, dźwięk, zapach, fragment pola widzenia) tak długo, aż negatywne myśli i przekonania – o sobie, o ludziach, o świecie – stracą moc przyciągania naszej uwagi. Jeśli naprawdę się przyłożymy, to stracą również moc decydowania o naszych zachowaniach i o sposobie noszenia ciała – a więc i pleców. Abyśmy wyprostowali plecy i zaczęli iść przez życie z podniesioną głową, musi się w nas odbyć przemiana psychiczna i duchowa, która przywróci nam poczucie godności oraz prawo i wizję godnego życia. Samo wzmacnianie pleców niewiele pomoże.

Albo wprawdzie plecy się nam wyprostują, ale zamiast stać się elastyczne i pełne gracji, staną się proste, twarde i sztywne, a nasz umysł dogmatycznie uwikła się w jakąś nową ideologię.

Ciężar związany z historiami rodzinnymi stał się ważnym fragmentem mojej tożsamości.
Nie jesteś bardzo zgarbiona, więc musiałaś sobie z tym jakoś poradzić zarówno na poziomie przekonań, jak i ciała. Zapewne twoje otoczenie nadawało sprzeczne komunikaty. Z jednej strony: „Broń się i dźwigaj!”, z drugiej – „Wyprostuj się!”. Nie mogłaś się wyprostować, bo byłoby to odsłonięciem się. Wyprostowałaś się, gdy niebezpieczeństwo minęło.

Pewnie są czytelnicy, którzy pomyślą: „Banialuki! Prawdziwa przyczyna okrągłych pleców to nieergonomiczny warsztat pracy i siedzenie przy ekranie po naście godzin dziennie.
Prawdą jest, że 30 proc. ludzi już około 30. roku życia zaczyna mieć poważne kłopoty z kręgosłupem. Ale powody są różne. Szkodliwy styl życia, intensywna i długotrwała praca na siedząco, brak ruchu odgrywają, oczywiście, swoją negatywną rolę. Ale ten, kto w dzieciństwie chodził z podniesioną głową, nie pozwoli sobie złamać, a nawet skrzywić kręgosłupa nawet w pracoholicznej korporacji. Najwyżej z niej odejdzie i znajdzie sobie inną pracę. Łatwość, z jaką presja codzienności ugina nam i łamie kręgosłupy, musi mieć swoje ukryte powody gdzieś wcześniej. Ktoś poruszający się z gracją i podniesioną głową będzie też tak siedział przy biurku, bo to jest jego naturalna postawa i potrzeba zarazem. Tak się po prostu lepiej żyje.

Jak dbać o ten bezcenny słup naszego ciała?
Kręgosłup bardzo lubi ruch, nordic walking, pływanie, gimnastykę, jogę itp. Ale też warto odwiedzić od czasu do czasu specjalistę (ortopedę, osteopatę, specjalistę od terapii manualnej albo od integracji strukturalnej – rolfingu). Warta uwagi jest też japońska terapia manualna yumeiho, która poprzez korygowanie położenia kości miednicy, prawidłowe ustawienie kręgosłupa uruchamia samoleczący potencjał organizmu i usuwa strukturalne przyczyny wielu schorzeń. Uzdrowienie kręgosłupa może m.in. pomóc na otyłość, bóle menstruacyjne, migreny itd. Bioenergetyka Alexandra Lowena, czyli metoda pracy nad wypartymi traumami i emocjami poprzez odblokowywanie ekspresji ruchowej ciała, też może pomóc w wyprostowaniu pleców, a przy okazji otworzyć nas na miłość i czerpanie radości z życia. Jakość naszego życia w ogromnej mierze zależy od jakości kręgosłupa.