fbpx

Akceptacja rzeczy takimi jakie są daje ukojenie i siłę. Rozmowa z psycholożką Ewą Woydyłło-Osiatyńską

Akceptacja rzeczy takimi jakie są daje ukojenie i siłę. Rozmowa z psycholożką Ewą Woydyłło-Osiatyńską
Ewa Woydyłło-Osiatyńska - doktor psychologii i terapeutka uzależnień. (Fot. Maciej Zienkiewicz/Forum)

Są sprawy, z którymi się nie zgadzamy, ale i tak musimy z nimi żyć. Tylko od nas zależy, czy w nowej i niekorzystnej sytuacji ujrzymy coś pozytywnego.

Akceptacja zwykle kojarzy nam się z poddaniem się, rezygnacją, z – jak pisze pani w jednym z rozdziałów swojej najnowszej książki – kapitulacją. Dopóki się z czymś nie godzimy, dopóty chce nam się walczyć, starać się, buntować. Wydaje się to o wiele bardziej aktywna postawa niż pasywna akceptacja.
Dlatego właśnie chciałam, by powstał ten rozdział. Chciałam się w nim frontalnie spotkać z tym niedojrzałym rozumieniem i rozbroić je. Kto tak myśli, po prostu nie ma racji. Akceptacja jest czynna, to bunt jest bierny i bezwładny. Weźmy to na ludzki rozum: bunt wymaga zużycia energii, a akceptacja pozwala tę energię zachować, daje nam więc większą sprawność życiową, elastyczność i gotowość do podejmowania nowych wyzwań. Przecież jeżeli zaprotestuję przeciwko czemuś i uda mi się osiągnąć cel, to już się nie buntuję. Bo dalsza walka nie ma sensu. Natomiast jeśli sprawa jest przegrana i niezależnie od tego, jak bym się starała, to tego nie zmienię – wtedy zużycie energii jest jałowym biegiem. W gruncie rzeczy zatrzymuje człowieka w miejscu, a nawet cofa, bo życie płynie do przodu, a ja nadal się zmagam z tym, że mam tyle a tyle lat; że ktoś, kogo kocham, mnie porzucił; że zmienił mi się kolor włosów i teraz mam matowy, siwy i brzydki; że mam dziecko, które odmawia postępowania zgodnie z moim systemem wartości…

Jak widać różne sprawy – nie tylko śmierć – powodują żałobę, z którą mnóstwo ludzi nie chce się pogodzić. W książce przywołuję bardzo ciekawy przykład kogoś, kto popełnia samobójstwo z miłości, bo został kiedyś porzucony. Co to znaczy? To znaczy, że został porzucony, ale się z tym nie pogodził. I zużył całą życiową energię na rozpacz i brak akceptacji. To, co teraz mówię, może brzmieć dla niektórych bardzo skrótowo, trzeba by wziąć jakiś przykład prosto z życia…

Może obawa o utratę zarobków czy pracy wskutek pandemii?
To jest wielce prawdopodobne, ale co pomoże, jeżeli zacznę się przeciwko temu buntować? Czy swoim buntem to zmienię? Gdybym mogła, odzyskałabym za chwilę z powrotem swoją pracę. Albo okazałoby się, że się obudziłam ze snu i to wszystko jest nieprawdą. Ale to nie uda. Dlatego lepiej zaakceptować, że stało się to, co się stało. A zaoszczędzoną w ten sposób energię skupić na rzeczach, na które mam jakiś wpływ.

Niektórym ludziom się wydaje, że kiedy coś zaakceptujemy, to przestaniemy mieć swoje zdanie. Oczywiście można powiedzieć: „Nie akceptuję tego, że ktoś umarł”. Albo: „Nie akceptuję tego, że wybuchła pandemia”, tylko to nie zmieni faktów. Bo to, czego nie akceptujesz, już się stało.

Zacytuję fragment z pani książki: „Akceptacja jest zaprzestaniem nieracjonalnej walki i obróceniem odzyskanej energii oraz wszystkich oszczędzonych dzięki temu zasobów fizycznych, psychicznych i społecznych na nasz własny pożytek”. Pisze pani o nieracjonalnej walce, czyli nie o zaniechaniu jakichkolwiek działań. Jedynie tych bezsensownych.
Pamiętajmy, że kiedy coś akceptujemy, to znaczy, że się musimy dostosować. Bo akceptujemy coś, czego jeszcze przed chwilą nie było. Czasami „akceptuję” oznacza, że muszę teraz stać się inną osobą. Znów przełóżmy to na prosty język: zmiana to jest rozwój, zmiana to jest życie. Jeśli nie zmieniam swojego poglądu, postawy czy stosunku do jakiejś sprawy, to znaczy, że stoję w miejscu.

Wyobraźmy sobie, że wsiadłam do pociągu, który już rusza z peronu, a ja wprawdzie wskoczyłam na stopień, ale jednocześnie ręką złapałam się za słupek ogłoszeniowy na peronie. Czyli pociąg już ruszył, a ja go chcę powstrzymać, zahamować. Oczywiście nie mam takiej siły, co najwyżej mogę razem z ręką wyrwać się z pociągu i zawisnąć na tym słupku, nadal go nie puszczając. Bo kiedy nie chcemy zaakceptować nowego, to kurczowo trzymamy się starego. Pociąg sobie pojechał, ja zostałam. Tak właśnie mają ludzie, którzy nie akceptują pewnych rzeczy: zmiany swojej sytuacji życiowej czy upływu lat. Często to kosztuje ich nawet duże pieniądze, no i pochłania mnóstwo energii, także tej psychicznej, która idzie na zakłamywanie rzeczywistości. Oczywiście to nie znaczy, że akceptacja jest prosta i bezwysiłkowa, ale kiedy nam się już uda, samoistnie następuje w nas zmiana.

Jeśli ktoś myśli, że nigdy nie spotka go żadna dotkliwa strata: ukochanego, zdrowia, urody czy pieniędzy – zwyczajnie się łudzi. Dlatego powinniśmy się nauczyć akceptacji.

Uważa pani, że nie potrafimy radzić sobie ze stratą?
Jedni potrafią, inni nie. Przeważnie umiemy się pogodzić z większością strat, ale mamy jakąś słabość do czegoś ulokowaną w naszym systemie wartości – i właśnie strat dotyczących tej słabości nie jesteśmy w stanie zaakceptować. Ja w swojej pracy mam bardzo często do czynienia z takimi osobami. One mówią to otwarcie już podczas pierwszej rozmowy. Na przykład, że największą ich tragedią jest to, że syn okazał się gejem. Niedawno właśnie miałam taką parę rodziców w terapii. No ale co można z tym zrobić? Już się okazało, że jest gejem, już wyjechał do Anglii i zamieszkał ze swoim chłopakiem. Jak widać, jedyne wyjście, jakie znalazł, to zerwać z rodziną, która go nie akceptowała, ale też z krajem, który nie akceptował jego tożsamości seksualnej i wyborów, bo spotykały go tu szykany. I on postanowił to zmienić. Rodzina zaś jest w szoku i zaprzeczeniu. Tłumaczą znajomym, że syn wyjechał do narzeczonej. Kompletnie nie chcą uznać faktu, jaki nastąpił, ale jednocześnie szukają pomocy, skoro przyszli do psychologa.

Co może zrobić terapeuta w takiej sytuacji?
Przede wszystkim powinien powiedzieć: „Wiem, że to jest dla państwa trudne, bo żyjemy w kulturze, która nie pomaga w takich sytuacjach, nie uczy mądrych rzeczy, a rzeczy archaicznych, niezdrowych, szkodliwych, a nawet patologicznych”. Moja rozmowa, zwłaszcza z matką, bo ojciec siedział milczący, polegała na tym, że poświęciłam chwilę na historię jej życia. Okazało się, że kiedy miała kilkanaście lat, jej rodzice się rozwiedli. I ona długo nie mogła wybaczyć ojcu, że odszedł z jakąś młodą kobietą. Jednocześnie kiedy ojciec chciał sfinansować jej wyjazd na kurs językowy za granicą, przyjęła to. Z czasem, gdy jej samej się urodził syn, pozwalała, by zabierał wnuczka na żaglówkę czy na wakacje. Czyli kiedy zobaczyła, że ojciec nie robi jej krzywdy, a nawet szuka z nią kontaktu, zaczęła uspokajać swoje młodzieńcze pretensje o jego odejście.

„No dobrze, czyli jak pani by nazwała to, co się wydarzyło?” – spytałam. I ona sama powiedziała: „Ja po prostu to zaakceptowałam. Zwłaszcza że moja mama też znalazła sobie partnera”. „No dobrze, a co trzeba było zrobić, żeby pani to zaakceptowała?”. Otóż doszła do wniosku, że ponieważ nie da się zmienić tego, co się stało, nie ma sensu ograniczać swoich możliwości i szans, tym bardziej że tata był gotów być dobrym ojcem i dziadkiem. Więc mówię: „I dokładnie to samo trzeba zrobić z pani synem. Jeżeli pani mogłaby zmienić to, że jest gejem, gdyby on mógł to zmienić, bo pewnie już dawno widział pani łzy – toby się już stało. Bo to było dobre dziecko: kochające, wrażliwe. Ale ani on ani pani nie możecie tego zmienić. Dlaczego? Możemy o tym porozmawiać, mogę pani powiedzieć, co wiem na ten temat, mogę dać pani do przeczytania artykuł, podesłać link w Internecie”.

Wreszcie przestała widzieć tę sprawę jako niewybaczalny cios od losu. Powiedziałam jej też: „Pani nie musi się cieszyć, chodzić i mówić: ach, jaka jestem szczęśliwa – to nie o to chodzi. Ale między zaakceptować a nie zaakceptować jest ocean”. Dostałam potem od niej SMS. Jeździ teraz do syna, który razem z chłopakiem prowadzi restaurację i dobrze im się powodzi, i jest szczęśliwa, może gdzieś tam łzę uroni, ale to wtedy syn da jej chusteczkę i powie: „Rozumiem, mamo, rozumiem”.

Czyli w przejściu na tryb akceptacji pomaga, kiedy zobaczymy w owej sytuacji jakąś szansę?
Zobaczenie szansy na pewno ułatwia akceptację. Czasem jednak nie widzimy żadnej jasnej strony. Są sprawy, z którymi się nie zgadzamy i których możemy nigdy nie zaakceptować. Ale i tak musimy z tym żyć. Na przykład ja mam psa, chodzę z nim na spacery i codziennie widzę, jak bardzo wielu ludzi nie sprząta po swoich zwierzętach – jest to dla mnie potworne. Uważam, że świadczy to o nas bardzo źle. Czy ja to mogę zmienić? Nie. Mogę jedynie, sprzątając po moim psie, usunąć dwa inne ekskrementy, które widzę w pobliżu. I robię to, ale nadal tego nie akceptuję. Jeśli czegoś nie mogę zmienić, a się z tym nie zgadzam, to ja tego nie akceptuję, ja to toleruję. A to jest wielka różnica. Często mówi się o tym, jak ważna jest tolerancja na przykład wobec osób LGBT. Nie podoba mi się to – bo czy chciałaby być pani tolerowana? Przecież to jest okropne.

Mnie „toleruję” kojarzy się z taką postawą: nie uznaję tego, ale wiem, że to jest, więc przechodzę obok, odwracam od tego wzrok.
Odwracam wzrok, nie chcę mieć z tym do czynienia, nie podaję ręki…

Ale taka tolerancja osobie, która ją odczuwa, nie daje spokoju i ukojenia, prawda?
No tak, ale czy tylko o ukojenie chodzi w życiu? Dla niektórych spokój to tortura. Teraz dziennikarze mnie często pytają o pandemię: jak to będzie, kiedy będziemy tak siedzieć w domu tygodniami i nie będziemy już tego wytrzymywać? Bo dla człowieka aktywnego przebywanie w otoczeniu, które jest niezmienne, jak jego własny dom, i słuchanie newsów, które każdego dnia są takie same – jest nudą, zastojem, brakiem bodźców. Miałam wielu pacjentów, którzy wyłącznie z nudy się rozpili czy biorą narkotyki. Jeśli ktoś ma taki system nerwowy, że niespecjalnie sam wyłapuje bodźce i w dodatku nie umie sobie najbliższego środowiska aktywizować, bo nie podąża za celami, tylko czeka, aż się same pojawią, a do tego przyzwyczai się, że bodźce mają być wyłącznie przyjemne – to nie uruchamia swoich sił witalnych.

Sytuacją, w której czegoś nie akceptuję, tylko toleruję, jest w końcu to nasze zamknięcie w domu, czyli kwarantanna. Może przez chwilę uznam: „No dobrze, zostanę w domu – mniej ludzi się zakazi, mniej umrze, będzie służba zdrowia wydolniejsza”, ale im dłużej to trwa, to tym bardziej wiem, że coś takiego jest strasznie męczące. Czyli: nie podoba mi się to, ale uznaję, że tak musi być. Akceptacja to jest pozytywne przyjęcie stanu rzeczy. Tolerancja to przyjęcie negatywne. No chyba że będę tak długo myślała, aż wymyślę, w jaki sposób mogę to obrócić na coś dobrego. Niektórym się udaje, na przykład mnie.

Najpierw sobie pomyślałam: „Jaka ta kwarantanna jest okropna! Ja tak bardzo lubię biegać, chodzić do kina i tak lubię spotykać się z ludźmi; jaki ten wirus jest straszny, tyle osób się zaraża i tak dużo umiera”, a potem przyszło olśnienie. Przecież jestem szczęściarą! Jedyną rzeczą, jakiej się boję, jest niedołęstwo, demencja, alzheimer. Więc mając koronawirusa pod ręką, raczej chyba nie doczekam się demencji.

Rozumiem, że obróciła to pani w żart…
Chodzi o to, że nie lubię się bać. Oczywiście przestrzegam zasad, jestem ostrożna, z nikim się nie witam, ale już nie omijam ludzi takim szerokim łukiem, bo co najgorszego może się stać? Uniknę demencji! Moje dzieci też się z tego śmieją i mówią, że świetnie do tego podchodzę. To jest mój sposób na zaakceptowanie tej okropnej sytuacji. Dostrzegłam dla siebie pewną korzyść, tę szansę, o której pani mówiła.

Poczucie humoru przyspiesza akceptację?
Bardzo cenię poczucie humoru i uważam, że to jest fenomenalny pancerz na wszystko. Nie szyderstwo, nie kpina, nie ironia złośliwa, a patrzenie na życie w sposób daleki od tragedii. Bo w życiu człowieka zdarzają się góra dwie albo trzy tragedie. Tymczasem są ludzie, którzy bez przerwy mówią: „Ja tego nie wytrzymam”. Jak to nie wytrzymasz? Pękniesz? „Ja tego nie zniosę” – jajka tylko nie zniesiesz. Ludzie Oświęcim przeżyli, co ty wygadujesz?!

Może to „nie zniosę” czy „nie wytrzymam” mówimy trochę odruchowo, bezmyślnie.
Ale przecież, jeśli coś ubieramy w słowa, to się staje częścią naszego światopoglądu, naszych przekonań. Posługując się konkretnym słowem na określenie jakiejś sytuacji, zaczynamy tę sytuację tak widzieć.

Za wzór społeczeństwa pełnego akceptacji uważa pani Japonię. W książce podaje pani przykład: kiedy Japończyk prosi o coś w świątyni i jego prośba zostanie spełniona, kłania się w podzięce. Jeśli jednak prośba nie zostanie
spełniona, też się kłania….
…bo to znaczy, że prośba była dla niego niedobra. Piękne! Tu jest właśnie to ziarenko, to jądro postawy akceptującej. Japończycy – choć zajęło im to dziesiątki lat – byli ostatecznie w stanie przyjąć bomby zrzucone na Hiroszimę i Nagasaki jako dar, lekcję. Nauczyło ich to, że przemoc się nie opłaca. Niech mi pani pokaże inny kraj, który by tak odrobił lekcję oduczającą przemocy. No może dzisiejsze Niemcy, wprawdzie nie podeszli do tego tak filozoficznie jak Japończycy, ale dydaktycznie – zaczęli prowadzić wychowanie młodych pokoleń w tym kierunku. W Japonii dzieci uczą się o świecie, w którym mapy to tylko kontury kontynentów, ponieważ świat, o jakim marzą, nie ma granic. W takim świecie nie byłoby wojen.

Może te korzyści, te szanse już są, tylko my tego jeszcze nie widzimy?
Pewna kobieta powiedziała mi kiedyś: „Nie mogę sobie darować, że nie skończyłam studiów, tylko całe życie przeżyłam jako sprzątaczka”. Poleciłam jej: „Proszę sobie wyobrazić, że poszła pani na studia, a że pięknie pani śpiewała, skończyła pani konserwatorium i lecąc samolotem na tournée po świecie, zginęła pani w wieku 24 lat. Skąd pani wie, co by było gdyby…?”

Moja najstarsza córka już jako małe dziecko miała głęboko filozoficzne przemyślenia. Kiedy dawno temu pisałam felieton o akceptacji, spytałam Magdę: „A co ty robisz, kiedy dzieje się nie tak, jak chcesz?”. Miała wtedy 14 lat i odpowiedziała mi: „Mamo, jest jak jest, jakby miało być inaczej, toby było”. Większej mądrości nie słyszałam.

Ewa Woydyłło-Osiatyńska – doktor psychologii i terapeutka uzależnień. Autorka wielu książek i przekładów. Najnowsza to „Żal po stracie. Lekcje akceptacji” (Wydawnictwo Literackie)

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze