Altruiści: święci czy samolubni?

fot. iStock

Czy Mark Zuckerberg, który 99 procent majątku przeznaczył na rozwiązywanie globalnych problemów świata, tak naprawdę zrobił to dla siebie?! Coś w tym jest. Naukowcy mówią, że bezinteresowna hojność nie istnieje. Pomagamy innym, bo czerpiemy z tego zyski. I nic w tym złego.

Blisko miliard złotych wrzuciliśmy w ciągu 25 lat do puszek Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Skorzystał na tym prawie każdy polski szpital, a i my sami, bo mogliśmy czuć się współfundatorami sprzętu medycznego ratującego życie. Osobę bez przyklejonego na klapie kurtki czerwonego serduszka w dniach zbiórek spotkać trudno. Czujemy się z jakichś powodów zobowiązani, ale też lubimy i chcemy pomagać. Czy obficie? Niekoniecznie. Według badań międzykulturowych Roberta V. Levine’a plasujemy się na tle świata w grupie średnio filantropijnie zorientowanych, a od najbardziej dobroczynnej, a wcale niebogatej Ameryki Południowej dzieli nas spory dystans. Z badania TNS Polska wynika, że na cele pomocowe najchętniej przeznaczamy jednorazowo 5 zł. Z tego powodu tak dużym powodzeniem cieszą się charytatywne SMS-y, a ostatnio też zbieranie społecznościowe przez takie serwisy, jak np. www.siepomaga.pl. Wkrótce hitem okaże się zapewne tzw. payroll – przekazywanie potrzebującym „końcówki”, czyli niewielkiego ułamka pensji, czym co miesiąc skrupulatnie zajmować się będą działy księgowości.

Dobroczynność jest cenioną i ważną wartością. Według ostatniego sondażu CBOS 78 proc. Polaków stara się w jakiś sposób pomagać potrzebującym. Prawie dwie trzecie co najmniej raz w roku przeznacza pieniądze na cele charytatywne, ponad połowa przekazuje dary w postaci ubrań, środków czystości czy książek, a co szósty Polak oferuje własną pracę bądź usługi. Filantropia, nawet jeśli okazyjna i na niewielką skalę, ma swój smak. A to dlatego, że przynosi ofiarodawcom profity, których rzadko są świadomi.

Chwila odurzenia

Austriacka autorka książek dla dzieci Margarete Seemann pisała: „Branie napełnia ręce, a dawanie – serce”. Zdarza się, że obdarowujący zyskuje znacznie więcej niż obdarowany. I ma to swoje potwierdzenie naukowe. Warm-glow giving to zjawisko zdefiniowane 28 lat temu przez ekonomistę dr. Jamesa Andreoniego z Uniwersytetu Kalifornijskiego w San Diego. Wyjaśnia on, z jakich powodów w konsumpcyjnym świecie potrafimy odsunąć na bok wyścig po osobiste cele i z otwartym sercem przeznaczyć czas czy pieniądze na działania charytatywne. Okazuje się, że za każdym razem, gdy to robimy, zalewa nas uczucie ciepła i błogiej lekkości (warm-glow). Tę gratyfikującą emocję opisujemy często jako błogostan, poczucie nagłej słodyczy czy harmonii oraz ładu, co wyraźnie wskazuje na stan łagodnego odurzenia. Potwierdzają to behawioryści.

Na poziomie biologicznym akt dzielenia się aktywizuje ośrodek nagród w mózgu. Organizm zaczyna wzmożoną produkcję neuroprzekaźników odpowiedzialnych za uczucie szczęścia (m.in. serotoniny i endorfin) oraz ukojenia (dopaminy) – wyjaśnia psycholog Mauro Bertolazzi z Uniwersytetu w Padwie. – Dodatkowo badania wykazały, że wdzięczność ze strony obdarowanego aktywizuje produkcję oksytocyny u darczyńcy, co dodatkowo jeszcze wzmacnia jego szczodrość, uczucie troski i związku z osobą, która otrzymała pomoc. Substancja ta, zwana też hormonem opiekuńczym lub hormonem uspołecznienia, radykalnie obniża poziom hormonów stresu, m.in. kortyzolu. Dawanie jest więc uspokajające i wywołuje poczucie szczęścia.

Ale… nie każde. W ubiegłym roku francuska ekonomistka prof. Stefania Minardi dowiodła, że warunkiem wystąpienia efektu warm-glow jest sytuacja, w której filantrop ponosi osobiste koszty w związku z darowizną, ale miał możliwość wybrania bardziej samolubnej opcji. I tego nie zrobił. Z badań profesor wynika też, że siła uczucia błogości jest wtedy wprost proporcjonalna do skali wyrzeczenia. Choć pozornie większa niewygoda powinna raczej wywołać dyskomfort.

Ścisły związek dobrostanu z aktami szczodrości potwierdzili też ostatniego lata Philippe Tobler i Ernst Fehr z Wydziału Ekonomii Uniwersytetu w Zurychu, obserwując aktywność mózgu badanych za pomocą EEG. Okazało się, że pobudzenie obszaru mózgu odpowiedzialnego za zachowania prospołeczne stymulowało wzmożoną aktywność rejonów związanych z odczuwaniem szczęścia. – Hojni są niewspółmiernie bardziej zadowoleni od skąpych, nawet jeśli przekazują potrzebującym niewielkie pieniądze czy drobniutkie dary. Wielkość datku nie ma przełożenia na siłę przyjemności, która jest podobna przy ofiarowaniu tak 10 groszy, jak i 10 tysięcy dolarów. Co więcej – choć to może zagrażać filantropii – wystarczy sama intencja dobroczynności, połączona z wyobrażeniem sobie zadowolonego obdarowanego, byśmy wpadli w nastrój lekko euforyczny. A zrealizowanie tego zamiaru to już dla naszego dobrostanu sprawa drugorzędna.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »