fbpx

Bezpieczny styl przywiązania – wyposażenie na całe życie

Bezpieczny styl przywiązania - wyposażenie na całe życie
Dzieci z bezpiecznymi stylami przywiązani mają mocniejszy układ immunologiczny. (Fot. Getty Images)

Dlaczego tak ważna jest opieka rodziców nad noworodkiem, czyli o budowaniu więzi w rozmowie z psycholożką dziecięcą Teresą Jadczak – Szumiło. 

Dość powszechnie sądzi się, że małe dziecko niewiele potrzebuje: wystarczy je karmić i przewijać.
Trzeba pamiętać, że w każdym okresie rozwojowym człowiek ma pewne istotne zadania do wykonania jeśli chodzi o rozwój psychospołeczny. W okresie od urodzenia do 3 roku życia dziecko ma dwa zadania: nawiązanie więzi z rodzicami oraz rozwijanie tak zwanej inteligencji sensomotorycznej (ruchowej). Natura na uruchomienie tych zadań przewidziała trzy lata i to nie bez  przyczyny, bo psychologia rozwojowa potwierdza, że właśnie taki okres jest do tego potrzebny.

Skupmy się na więzi. Dlaczego to tak istotne?
Chciałabym najpierw zwrócić uwagę, że więź ma o wiele szersze konotacje niż wynika to z potocznego myślenia, wedle którego więź utożsamiana jest z bliskością, miłością, relacjami emocjonalnymi. A to są efekty, owoce więzi. Natomiast więź – z punktu widzenia rozwoju człowieka – to pewien mechanizm biologiczno-społeczny, który aktywuje mnóstwo reakcji, również w układzie nerwowym małego dziecka. Patrząc od strony biologicznej, więź jest mechanizmem, który pomaga przetrwać gatunkowi ludzkiemu. Potomek naszego gatunku wymaga długoletniej opieki dorosłych. Abyśmy chcieli zajmować się nim bezinteresownie przez tyle lat, biologia wyposażyła go w pewne „chwyty”, które mają nas oczarować, uwieść, a w konsekwencji – zbudować głębszą relację, bo tylko wtedy jesteśmy w stanie znieść trudy związane z opieką i wychowaniem.

Mądra ta natura…
Oj mądra. Dziecko rodzi się z tak zwanym neurobehawioralnym wyposażeniem ku przywiązaniu. Potrafi odpowiednio głośno płakać, żeby wezwać opiekuna, by ten zareagował. Potrafi dawać sygnały, że chce jeść, chwytać, jest wyposażone w odruch przywierania. Potrafi patrzeć skoncentrowanym spojrzeniem, uśmiechać się. Mało kto analizuje dokładnie te odruchy, które dziecko częściowo ćwiczy już prenatalnie, a większość bardzo szybko po porodzie. Na przykład odruch skoncentrowanego spojrzenia możemy obserwować już 10 minut po przyjściu na świat. Noworodek oczywiście wtedy jeszcze nie rozpoznaje, ale już trenuje ten odruch, który budzi u rodziców reakcje zachwytu: o, on mnie poznał, on mnie wyróżnia.

Czemu takie zachowania mają służyć?
No właśnie temu, żeby dorośli zechcieli się opiekować dzieckiem na wyłączność, bo tylko dzięki ich opiece ono będzie mogło stać się dorosłym osobnikiem tego gatunku. Zabiegi dziecka nie zawsze są skuteczne. Gdyby były, nie mielibyśmy tyle dzieci porzuconych. Jesteśmy więc bardzo trudnym partnerem dla przyrody.

A jakie zadania ma w procesie budowania więzi matka?
Jej zadaniem głównym, jak mówi teoria przywiązania Bowlby’ego, jest to, żeby była respansywna, czyli czuła, wrażliwa, empatyczna, rozpoznająca potrzeby dziecka i zaspokajająca je. Dziecko tylko przy stałym opiekunie jest w stanie wytwarzać coś, co nazywamy bezpieczną więzią, czyli taką, która pozwoli mu w pełni wykorzystać wszystkie swoje możliwości. Bo nie można mówić, że dzieci, u których styl przywiązania został zaburzony, będą na pewno nienormalne, ale na pewno nie będą wykorzystywały wszystkich swoich możliwości.

Bezpieczna więź rodzi się tylko w relacji z jednym opiekunem?
Im mniej opiekunów, tym lepiej. Oczywiście ważny jest ojciec, który wspomaga matkę. Jeżeli od czasu do czasu pojawia się także babcia, czy niania, to nic złego się nie dzieje. Ale świat dziecka to nie ruchliwe skrzyżowanie. Jeżeli wokół malca będzie się przewijać wielu opiekunów, nie będzie on w stanie wydzielić tego jednego i aktywizować wszystkich zadań, które są związane z mechanizmem przywiązania.

To głównie dlatego jest tylu przeciwników żłobków?
Tak. W żłobkach zaplanowano jednego opiekuna na ośmioro dzieci. Jeżeli w dodatku będą one przebywały tam 10 godzin dziennie, to z kim stworzą więź, skoro rodziców będą widziały dwie godziny dziennie? Opiekunki w żłobku, choćby chciały dać każdemu dziecku uwagę, nie są w stanie. Nie dadzą rady do końca ukoić jedno dziecko, gdy inne płacze. A krótkotrwałe ukojenie, niezaspokojona uwaga, niepełne nasycenie pokarmem – wszystko to sprzyja powikłaniom w zakresie więzi.

Ale czasem nie ma wyjścia z powodów ekonomicznych. Mówi się także, że żłobki stymulują rozwój społeczny dzieci.
Co do argumentów ekonomicznych – rozumiem je. W pewnych sytuacjach nie ma wyjścia. Nie można jednak ze żłobków uczynić remedium dla całego pokolenia. A szermowanie argumentem, że dzieci w żłobkach lepiej się  rozwijają to nieprawda. Żeby dziecko mogło się czegoś nauczyć, musi mieć  gotowe możliwości, choćby w układzie nerwowym. Nie da się nauczyć tabliczki mnożenia dwumiesięcznego dziecka, bo ono nie jest na to gotowe. Nie można też trenować niemowlęta w relacjach społecznych, to nie ten czas.

Wielu rodziców i opiekunów uważa: Nakarmione i przewinięte? Niech płacze.
Płacz to komunikat. Niemowlę w ten sposób mówi: Chodź tutaj i zobacz czego potrzebuję, bo ja nie mogę tego zrobić. Wielu rodziców zapomina o tym, że dziecko wymaga nie tylko jedzenia i spania, potrzebuje również dotyku, przytulenia, patrzenia na dorosłych. Kontakt twarzą w twarz pobudza płaty czołowe do przyrastania. Rodzice powinni nauczyć się większych kompetencji. Bo jak na ogół reagują na płacz? Dają smoczek, a więc zatykają komunikat i już niczego nie mogą się dowiedzieć. Albo bujają w wózku lub na rękach. A dziecko potrafi ukoić się na bardzo wiele sposobów. Reaguje na głos i dotyk. Nie trzeba go bujać, gdy tylko się poruszy. Jak coś zakłóca dziecku sen, na przykład hałas, rusza się, głębiej oddycha, a wszystko po to, aby mózg dostarczył dodatkowych dawek serotoniny, dzięki którym głębiej zaśnie.

Czego jako rodzice nie wiemy, a wiedzieć powinniśmy?
Że rozwój dziecka to taka sinusoida: okresy kryzysu i po kryzysie. Około 9  miesiąca nasila się lęk separacyjny, dziecko jest na tyle ustabilizowane, że odróżnia bliskie i obce osoby. Między 15 a 18 miesiącem pojawia się reakcja  wstydu, a więc opuszczanie głowy, czerwienie. Aby dziecko nauczyło się regulować tym afektem, potrzebna jest obecność stałego opiekuna, który potrafi albo ten afekt przedłużać albo go wyciszyć. Dopiero około 3 roku życia, kiedy dziecko utrwali sobie nabyte umiejętności, jest gotowe na krótkie rozstanie z matką i pójście na przykład do przedszkola. Ale nie wcześniej.

Niektóre dzieci, te śmiałe, są chyba gotowe na to rozstanie wcześniej.
Mówimy: „dzieci śmiałe”, ale trzeba się zastanowić, czy to nie są dzieci o zmienionym stylu przywiązania, którym jest już wszystko jedno, kto się nimi zajmuje, które nie odczuwają zażenowania, strachu ani wstydu. To dobrze widać  u dzieci długo separowanych, na przykład w domach dziecka. Tam wszystkie dzieci się uśmiechają. Ktoś powie: Im to służy. No nie, one wykazują  coś bardzo niepokojącego – nie różnicują obcego i swojego. Różnicowanie swoich i obcych to podstawowy mechanizm, który pozwala przetrwać w grupie społecznej.

Co się dzieje z dzieckiem pozbawionym stałego opiekuna?
Jeżeli dojdzie u niego do zaburzeń w zakresie bezpiecznego stylu przywiązania, to może też dojść do powikłań rozwojowych w zakresie  rozwoju psychoemocjonalnego. Część dzieci, owszem, przywiązuje się do jakiegoś opiekuna, być może do matki, która jest obecna po południu, ale to przywiązanie może być albo lękowo – unikające albo lękowo – ambiwalentne.

To znaczy?
Posłużę się metaforą autora pewnego poradnika, który pisze, że bardzo łatwo jest poznać styl przywiązania dziecka obserwując rodziców i dziecko w galerii handlowej. Dziecko bezpiecznie przywiązane podąża za rodzicami, oni nie muszą go pilnować. Dziecko z lękowo – unikowym stylem przywiązania oddala się od rodziców i na przykład bawi się gdzieś w kąciku.

Dziecko „ambiwalentne” widziałam niedawno: Tata pchał wózek z zakupami, za nim szła kilkuletnia dziewczynka i zwalała wszystko z półek, a za nią mama wszystko to zbierała. Na koniec dziecko rzuciło się na podłogę i zażądało natychmiastowego kupienia zabawki. Takie zachowanie naprawdę nie bierze się znikąd.

Można dać dziecku za dużo uwagi?
Odpowiedź tkwi w określeniu „responsywność”. To nienarzucanie się, empatia, rozumienie potrzeb dziecka, właściwe ich odczytywanie i zaspokajanie. Ponieważ  rodzice często nie mają wiedzy o wczesnym rozwoju, to wydaje im się, że trzeba albo dziecko cały czas nosić albo druga skrajność – nakarmić, zostawić, niech się drze, niech ćwiczy płuca. I jedno i drugie podejście nie jest dobre. Matki wiszące nad łóżeczkiem, nie dające dziecku odetchnąć, też mu nie służą. Mechanizm bezpiecznego przywiązania jest wzbudzany w następującym rytmie: Dziecko sygnalizuje, że ma jakąś potrzebę, matka przychodzi, zaspokaja ją, dziecko odczuwa ulgę. Odtąd wie, że ulga płynie od matki. Jeżeli ma kłopot to gdzie potem pójdzie? Do ludzi. A jak wisi się nad łóżeczkiem i nie daje dziecku szansy poczuć tego braku, to ono nie umie potem rozpoznać, co się z nim dzieje. Pamiętam kilkuletnią dziewczynkę, która nie umiała rozpoznać u siebie głodu. Żeby dziecko poczuło brak, nie musi godzinami płakać, tylko ma poczuć, zasygnalizować, a my musimy się stawić. Nie możemy robić tego w odroczeniu, bo dziecko nie wiąże reakcji z przyczyną.

Przywiązanie we wczesnym dzieciństwie rzutuje na całe życie?
W społeczeństwie pozwalają nam funkcjonować dwa podstawowe regulatory –  przy pomocy strachu i wstydu. Badania dotyczące więzi pokazują, że do mechanizmu przywiązania podłączone są inne mechanizmy, na przykład głodu. Przy matce niemowlę przestaje płakać, nawet jak jest głodne i nie dostanie jeść. Dziecko z gorączką dotknięte przez matkę, potrafi zareagować obniżeniem temperatury. Dzieci z bezpiecznymi stylami przywiązani mają mocniejszy układ immunologiczny. To wyposażenie na całe życie. Dochodzą do tego mechanizmy wyższe, jak motywacja wynikająca z więzi – na przykład dla matki malec potrafi zmobilizować się do wysiłku.

A jak brak więzi wpływa na rozwój?
Dzieci porzucone często uczą się poniżej swoich możliwości, są bardziej chorowite, a jako dorośli niechętnie wchodzą w związki. W 2001 roku w Rumunii przeprowadzono dość drastyczne badania. Wynika z nich, że u dzieci, które urodziły się zdrowe, w wyniku separacji od matki doszło do uszkodzenia systemu nerwowego w płatach czołowych, w ośrodkach mowy. Te dzieci stały się upośledzone! Oczywiście nie twierdzę, że grozi to niemowlętom oddanym do żłobka. Chcę tylko podkreślić, że mechanizm przywiązania jest naprawdę pierwszą potrzebą człowieka.

A co mają zrobić samotne matki, obciążone kredytami?
Trzeba minimalizować czas pobytu dziecka w żłobku. A w domu dawać mu maksimum uwagi. Jeżeli często choruje, warto przeanalizować zyski i straty. Być może w wyniku separacji ucierpiał układ immunologiczny dziecka. Może należałoby rozważyć inne formy opieki, które proponuje ustawa – choćby nianię albo sąsiadkę, która też ma małe dziecko i mogłaby zaopiekować się naszym. Nie może być jednak tak, że dzieckiem opiekują się babcie, ciotki, kuzynki, sąsiadki. Znam tak wychowywane dziecko. Ma półtora roku i nie potrafi ukoić się w żaden sposób – ani w ramionach mamy ani taty – tylko poprzez kompulsywne szorowanie szczotką od podłogi. Czy chcemy wychować takich dorosłych, którzy kompulsywnie rozładowują napięcia?

Teresa Jadczak – Szumiłopsycholożka, trenerka Polskiego Towarzystwa Psychologicznego, specjalistka diagnostyki neurorozwojowej i neurostymulacji.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze