Chcesz być żoną, a on zwleka. Jak sobie z tym poradzić?

fot. iStock

Umawiali się, że papierek im do szczęścia niepotrzebny, ale po 10 latach związku Agnieszka zmieniła zdanie. Chce wiedzieć, na czym stoi, a jaki może być większy dowód miłości i zaangażowania niż oświadczyny? Psycholog Ewa Klepacka-Gryz wyjaśnia, czemu kiedy w niesformalizowanym związku zaczyna się dziać źle, pojawia się myśl o ślubie.

Agnieszka poprosiła o sesję, bo „źle się dzieje w jej związku”. Dokładnie tak powiedziała, a ja zwróciłam uwagę na zwrot „dzieje się”. W mojej wyobraźni pojawił się obraz: Agnieszka i jej partner opuścili związek i zaczęło się w nim źle dziać. Porzucona miłość jest jak porzucony pies, który nawet źle traktowany, pozostaje wierny swojemu panu. Takie myśli towarzyszyły mi, kiedy czekałam na spotkanie z Agnieszką.

KROK 1.

W związku Agnieszki naprawdę źle się dzieje

– Dlaczego nie przyszliście razem? – zwykle zadaję to pytanie, kiedy kłopot dotyczy związku. Agnieszka w zasadzie nie potrafiła na nie odpowiedzieć. Powiedziała, że pewnego dnia poczuła, że to właśnie dziś chce do mnie zadzwonić. – Dlaczego akurat do mnie? – to kolejne pytanie, które sprawdza motywację pacjenta. Czasami jest ciekawy terapeuty, którego zna z mediów albo z opowieści znajomych. Bywa, że przypadkowo (jeśli wierzyć w przypadki) trafił na jego stronę internetową albo przeczytał post na Facebooku i coś go zaciekawiło. Coraz częściej właśnie tą drogą ludzie wybierają specjalistów. Nie oceniam tego, ale zawsze pytam, dlaczego ja, bo to pozwala zrozumieć, czego pacjent oczekuje. – Czytam SENS i Terapię Jednego Spotkania – powiedziała Agnieszka. – Czuję, że jedno spotkanie, podczas którego zrozumiem, co się stało z moim związkiem, to właśnie to, czego potrzebuję.

Zauważyłam, że Agnieszka kolejny raz używa zwrotu „mój” związek, zupełnie jakby brała całkowitą odpowiedzialność za relację. Być może właśnie dlatego nawet nie pomyślała o tym, żeby na sesję przyjść z partnerem.

Poprosiłam, by opowiedziała mi, jak się poznali, co ich do siebie przyciągnęło, dlaczego postanowili być/żyć (nie zawsze oznacza to to samo) razem. Okazało się, że spotkali się w pracy; była wczesna jesień i Agnieszka nie czuła się najlepiej.

– Totalnie nie miałam energii – zaczęła opowiadać. – Rano z trudem zwlekałam się z łóżka. Ktoś mi powiedział, że migdały są bardzo energetyzujące, zawierają dużo cennych składników i takie tam, więc każdego dnia przed pracą, w sklepiku na dole, kupowałam paczkę migdałów. Okazało się, że Mirek też je lubi. I tak się jakoś stało, że zaczął wpadać do mnie na te migdały.

Zauważyłam, że kiedy opowiada o migdałowym rytuale, jej twarz się rozjaśnia. Powiedziałam jej o tym. – Tak, wiem, nasze początki były cudowne. Miałam za sobą nieudany związek i bolesne rozstanie. Od pół roku byłam sama i nie planowałam niczego poważnego. Mirek nie rwał mnie po chamsku, jak niektórzy faceci, tylko siadał naprzeciwko, częstował się migdałami i patrzył na mnie. Miał takie ciepłe oczy… – Czy to miało jakiś wpływ na twoją energię? – Jaką energię? – czułam, że wyrywam ją z transu, najwyraźniej śniła o niebieskich migdałach. – A, brak energii, no, zdecydowanie mi się poprawiło. – Domyślam się, że po migdałach. Agnieszka wybuchła śmiechem: – Te migdały jeszcze nieraz pojawiały się w moim związku. Kiedy zamieszkaliśmy razem, tak się jakoś utarło, że po każdej kłótni to z nas, które czuło się winne albo chciało wyciągnąć rękę na zgodę, częstowało drugie migdałami.

Żałowałam, że nie mam w gabinecie migdałów. Takie związkowe rytuały są niezastąpione, kiedy w relacji pojawia się kryzys. Zwłaszcza rytuały z początku związku. – Kiedy ostatni raz częstowaliście się migdałami? – Tak dawno, że już nie pamiętam – Agnieszka smutnieje. – Ostatnio powiedziałam mu nawet, że nienawidzę migdałów, że rzygać mi się chce na ich widok. – To było bardzo mocne i bardzo raniące – mówię.

Dewaluacja ważnego związkowego rytuału przez jednego lub obydwoje partnerów jest bardzo niszcząca dla relacji. To jak cios poniżej pasa. Zwykle świadczy o tym, że w związku dzieje się naprawdę źle (Agnieszka dobrze zdiagnozowała swój kłopot). – Musisz być bardzo zła na Mirka. – Bardziej na siebie. To ja nawaliłam.

KROK 2.

Ujawnia się skrypt z przeszłości, który ożył w relacji

Czułam cierpienie Agnieszki, ale pomyślałam, że to znaczy, że nie wszystko stracone, że partner, związek są dla niej nadal ważne. Ciekawa byłam, które z nich pierwsze wyciągnie rękę, żeby „ukochać” porzucony związek. Nie znałam Mirka, Agnieszka niewiele o nim mówiła, właściwie od początku spotkania całą odpowiedzialność za relację, a także za kryzys brała na siebie.

Budowanie relacji jest jak budowanie domu. Fajnie, kiedy obydwoje partnerzy budują po równo: raz jedno, raz drugie kładzie swoją cegłę. Niekiedy któremuś z nich wydaje się, że to on sam wybudował ten dom: „Gdyby nie ja, ten związek już by nie istniał”. Najczęściej są to iluzje, a sprawczy partner cierpi na syndrom Atlasa (ma poczucie, że cały świat dźwiga na swoich plecach). Czasem są to rozczarowania wynikające z niedogadania, bo np. mężczyzna buduje związek, dbając o sferę materialną, emocjonalną zostawiając kobiecie, ale o tym nie rozmawiają, więc ona czuje się porzucona. We współczesnych związkach coraz częściej każdy sobie rzepkę skrobie – partnerzy żyją niby razem, a jednak osobno, każde dba o swoją karierę, o własne przyjemności, wspólnie dzielą jedną sferę, np. seks, podróże lub biznes. Jeśli obydwojgu to odpowiada, to jeszcze pół biedy. Gorzej, jeśli taki pomysł na związek ma jedna strona, podczas gdy druga robi wszystko, by zbudować część wspólną.

– Co tak naprawdę się stało? – pytam. – On mnie złości – mówi Agnieszka. – Wkurza z byle powodu. Agnieszka zaczyna wyliczać wszystkie „przewinienia” Mirka, a ja zastanawiam się, jakie emocje ukrywają się pod jej wkurzeniem. Złość ma ogromną energię, tym samym daje nam poczucie, że mamy moc, nie jesteśmy bezradni, potrafimy o siebie zawalczyć. Pod złością często ukrywa się ogromne cierpienie, rozczarowanie, smutek i lęk. Sama złość budzi poczucie winy, bo od dziecka kładzie nam się do głowy, że na bliskich niewolno się złościć, bo złość wyklucza miłość.

Proponuję Agnieszce proste ćwiczenie: daję jej szklane krążki i proszę, żeby zbudowała z nich piramidę: na samej górze znajduje się złość, a pod nią inne emocje. Agnieszka ma problem, by nazwać emocje znajdujące się pod złością. Widzę, że to dla niej trudne. – A może wiesz, jaka emocja jest na samym dnie piramidy? Agnieszka milczy. – Może przychodzi ci do głowy jakieś zdanie albo jakiś wyraz? – „Jesteś niesłowna” – widzę, że Agnieszka jest przerażona tym, co powiedziała. Pyta, czy może wyjść do łazienki. Czuję, że potrzebuje czasu, żeby zrozumieć, co się właśnie wydarzyło.

Okazuje się, że w dzieciństwie Agnieszka często słyszała zarzut, że nie dotrzymuje danego słowa. Uznając fakt, że dobieramy się w pary według deficytów, nietrudno odgadnąć, że w związku również nie dotrzymała słowa albo przynajmniej tak jej się wydaje. – Na początku umówiliśmy się, że nam żaden papierek do szczęścia nie jest potrzebny, nasza miłość nie wymaga potwierdzenia, a wesele to pieniądze wyrzucone w błoto.

Wszystkie pary wierzą, że ich miłość jest niepowtarzalna, a jedyny w swym rodzaju sposób wspólnego życia będzie tego potwierdzeniem. Najłatwiej jest oprotestować rytuał ślubu, bo to taki staroświecki zwyczaj. Nawet ci, którzy decydują się na małżeństwo, chcą to zrobić „po swojemu”, inaczej niż wszyscy.

Zdaniem Agnieszki, wspólnie z Mirkiem ustalili „żadnego ślubu”, ale ona nie dotrzymała obietnicy, bo ciągle o tym myśli. – On mi się nawet nie oświadczył, skąd mam wiedzieć, że nadal mnie kocha?

Pomyślałam, że może jest trochę prawdy w dowcipie, w którym kobieta pyta mężczyznę: ,,Czy ty mnie jeszcze kochasz?”, a on jej odpowiada: „Przecież się z tobą ożeniłem”.

KROK 3.

Tłumaczę, na czym polega dynamika związku

Jak zwykle podczas Terapii Jednego Spotkania pojawia się moment, w którym czuję, że kłopot pacjentki ma drugie dno. I jak zwykle jestem zła, że nie mamy czasu się tym zająć. Ale chwilę później czuję, że tak właśnie miało być, a pacjent zawsze ma możliwość umówienia się na kolejną sesję.

Tłumaczę Agnieszce, że miłość udaje się, kiedy rozwija się „po porządku”, chodzi głównie o to, że każda relacja ma swoją dynamikę: ludzie się poznają, decydują razem zamieszkać, budują coś wspólnie, mają plany na przyszłość, rozmawiają o powiększeniu rodziny itp. Ślub jest ważnym momentem wieńczącym wspólne budowanie relacji. Agnieszka i Mirek są razem od 10 lat, ale od pewnego czasu ich związek stoi w miejscu (może dlatego czułam, że związek został porzucony). Od początku mieszkają w tym samym mieszkaniu, wynajęła je Agnieszka tuż po wyprowadzce od rodziców, a Mirek się do niej wprowadził. Parę razy proponowała, żeby zamienili je na coś większego, bo dwoje w kawalerce to tłok, ale on twierdzi, że jemu to nie przeszkadza. Żyją w otoczeniu cudzych mebli, a kiedy Agnieszka chciała kupić łóżko, Mirek powiedział, że nie będzie inwestować w materię, lepiej wydać te pieniądze na wakacje. – Tylko my już od dawna nie spędzamy razem wakacji, bo miłość potrzebuje wolności i niezależności, co w praktyce oznacza, że Mirek wyjeżdża na męską wyprawę, a ja na działkę do przyjaciółki – mówi Agnieszka.

Nie planują dzieci, nawet o tym nie rozmawiają. Kiedy się poznali, ustalili, że kochają się i chcą się razem dobrze bawić, z dziećmi to raczej niemożliwe. Właściwie, poza deklaracją miłości, na nic konkretnego się nie umówili, nie wyznaczyli celów, nie rozmawiają na bieżąco o tym, co dzieje się między nimi i co będzie dalej. – Wiesz, ty nie złamałaś danej obietnicy, bo wy na nic konkretnego się nie umówiliście, poza oprotestowaniem instytucji małżeństwa, co jest mało dojrzałym posunięciem i wiele par decyduje się na nie na początku związku. To „coś złego”, co się dzieje w waszym związku, jest dowodem na to, że wasza miłość – rozumiana jako uczucie – zbladła, co jest zupełnie naturalne.

A miłość jako relacja wyje z głodu, bo obydwoje jej nie pielęgnujecie.

KROK 4.

Uświadamiam, że sama miłość nie wystarczy

– Czy zależy ci na ślubie? – pytam. – Chyba nie do końca, nadal uważam, że cała ta ceremonia to niepotrzebny wydatek. Nie marzy mi się biała suknia z trenem i welon. – Czy chciałabyś, żeby Mirek ci się oświadczył? – drążę dalej. Agnieszka długo nie odpowiada na moje pytanie. Czuję, że sama myśl o tym, że mogłaby chcieć w tym związku czegoś więcej, budzi w niej lęk, bo to takie niedzisiejsze.

Dziś nie ma podziału na męskie i żeńskie, ale na świat mój, twój i każdego z nas. Bycie pępkiem świata i wykorzystywanie innych do własnych celów: z tobą będę mieszkać, z tobą wyjeżdżać na wakacje, a z tobą umawiam się na seks – tak dziś żyje większość młodych ludzi. Ja i ty – OK, może być, ale „my” to już za blisko. Ślub, małżeństwo, wspólne nazwisko kojarzy nam się z ubezwłasnowolnieniem, zamachem na „ja” – pępek świata. Obietnice w stylu: „My będziemy żyli inaczej, ślub nie jest nam do niczego potrzebny” to często tak naprawdę komunikat: „Teraz jesteśmy razem, a potem się zobaczy”, „Miłość jest OK, ale jakiekolwiek zobowiązania są niefajne”. A tymczasem sama miłość to za mało. Związek ma swoją dynamikę, nie może stać w miejscu, a rozwój wymaga zmian, renegocjacji ustaleń, wyznaczania nowych celów itp. A może ślub, wspólne własne mieszkanie, obietnica złożona przed ołtarzem czy urzędnikiem to wcale nie relikt kultury, ale ważne rytuały wynikające z natury miłości i gwarantujące jej powodzenie?

– Chciałabym, żebyśmy wreszcie mieli coś swojego, coś, co byłoby tylko nasze – dochodzi wreszcie do wniosku Agnieszka. – To po prostu mu o tym powiedz. – Myślisz, że mam też prawo powiedzieć mu, że mi się odmieniło i chciałabym przeżyć ten wyjątkowy dzień, no wiesz: suknia, welon, sakramentalne: tak? – Oczywiście, zawsze masz prawo zmienić zdanie, zwłaszcza w tak ważnej kwestii. – A jeśli on powie: nie? – Agnieszka patrzy na mnie niepewnie.

No właśnie, wolność w związku, życie na tzw. kocią łapę ma swój urok na początku, ale mijają lata, znajomi się pobierają, bawicie się na kolejnym weselu i pojawiają się wątpliwości: „Może on nie kocha mnie na tyle, żeby się ze mną ożenić?”. Pewnego dnia rzucasz niby żartem: „A może my też byśmy się hajtnęli?”, a on patrzy na ciebie jakbyś się z choinki urwała: „No coś ty, przecież ustaliliśmy, że to nie dla nas”. Ty, po takim dictum, chcesz tego ślubu coraz bardziej. Czy masz prawo postawić mu ultimatum: ślub albo z nami koniec? No właśnie. Sama musisz odpowiedzieć sobie na to pytanie. Pamiętaj o jednym, że on może powiedzieć: „Czyli koniec, bo ja zdania nie zmienię”. Jeśli pragnienie ślubu nie jest jedynie chwilowym kaprysem, dziecięcym marzeniem o białej sukni z trenem, podyktowane zazdrością o to, że wszystkie przyjaciółki noszą obrączki – nie odpuszczaj. Ale pamiętaj, że małżeństwo nie jest gwarancją, że wasz związek będzie udany i trwały.

Nie wiem, czy Mirek chciałby tego samego co Agnieszka, mam nadzieję, że tak. Proponuję, żeby zanim podejmą jakąkolwiek decyzję, przyszli do mnie na sesję edukacyjną na temat budowania związku.