Co daje nam świadomość przemijania?

Jeśli dobrze przeżywasz każdy dzień, nie musisz bać się śmierci. (Fot. iStock)

W listopadzie częściej niż zwykle myślimy o przemijaniu. Zaduma nad kruchością ludzkiej egzystencji nie musi być jednak smutna. Lekarka Elisabeth Kübler-Ross podkreśla, że najważniejszy wniosek, jaki wypływa z jej badań nad śmiercią, dotyczy wielkiego znaczenia życia. Bo jeśli dobrze przeżywasz każdy dzień, nie musisz bać się śmierci.

W pewnym koanie zen, który przytacza Ken Wilber w „Śmiertelnych nieśmiertelnych” uczeń pyta mistrza: – Co stanie się z nami po śmierci? – Nie wiem – odpowiada nauczyciel. – Jak to nie wiesz? Przecież jesteś mistrzem zen! – oburza się uczeń. – Tak, ale nie martwym.

Na tym polega paradoks śmierci: dopóki jesteśmy w tym wymiarze, tamten zawsze pozostanie tajemnicą. A tajemnica onieśmiela, niepokoi. I może dlatego jest spychana na margines, wypierana. Zaprzeczamy śmierci. Zachowujemy się, jakbyśmy byli nieśmiertelni. Ale w głębi serca wiemy, że tak nie jest. To powoduje rozszczepienie, czyni ze śmierci coś przerażającego, tabu. A przecież nie ma nic równie naturalnego jak śmierć. Nic równie pewnego…

Królewskie przesłanie

Czy można być ekspertem od śmierci? Za taką specjalistkę uchodzi niewątpliwie pochodząca ze Szwajcarii lekarka Elisabeth Kübler-Ross. Zanim została doceniona jako autorka książek o umieraniu, znana była w środowisku medycznym z pracy ze śmiertelnie chorymi pacjentami, z seminariów z ich udziałem. Zrozumiała, że ludzie stojący w obliczu śmierci (przynajmniej w większości) nie chcą ukrywać tego faktu. Chcą mówić, dzielić się swoim doświadczeniem. Zauważyła, że personel medyczny ma skłonność do negowania obecności takiego pacjenta na oddziale – często odmawia się mu prawa do podejmowania decyzji, do własnego zdania. Traktuje jako „ciężki przypadek” – czyli tak naprawdę kłopot. Jako wynik, wskaźnik w jakimś sprzęcie. Zresztą czy tylko o personel tu chodzi? „Czy nasze skoncentrowanie się na skomplikowanej aparaturze, na ciśnieniu krwi nie jest rozpaczliwą próbą, żeby zaprzeczyć nadchodzącej śmierci, która tak nas przeraża i przyprawia o taką niepewność, że całą naszą wiedzę przelewamy na maszyny, gdyż mniej się ich obawiamy niż cierpiącej twarzy innej istoty ludzkiej, która raz jeszcze przypomina nam o naszej bezsilności, o naszych ograniczeniach i błędach i co ważniejsze – o naszej śmiertelności?” – pyta Kübler-Ross.

Znam osobę, która panicznie boi się śmierci. Nigdy nie widziała nieboszczyka. O śmierci dziadka dowiedziała się dopiero kilka miesięcy po pogrzebie. Była w innym mieście, na studiach. Matka uznała, że nie będzie jej informować o zgonie, że zaoszczędzi jej stresu. Elisabeth Kübler-Ross podkreśla, jak ważne jest spotkać się z realnością śmierci, dotknąć jej. Temu służy m.in. ceremonia pogrzebowa – pożegnanie ciała. Unikanie bólu to ślepa uliczka. On nie zniknie, a odsuwany będzie rósł, dobijał się do nas na różne sposoby. Oczywiście, każdy ma prawo wybrać, jak będzie przeżywać żałobę – jeśli potrzebuje wycofania, negacji, jego prawo. Kobieta, o której mowa, została pozbawiona tego wyboru. Jeśli wierzyć Kübler-Ross, również izolowanie dzieci od śmierci to – bardziej niż ochrona przed zranieniem – pozbawianie ich cennego doświadczenia. „Dzieci, którym pozwolono zostać w domu, kiedy ktoś z rodziny umarł, i które są włączone w rozmowy i dyskusje, mają poczucie, że nie są osamotnione w żalu i wspólnie z dorosłymi dzielą odpowiedzialność i żałobę” – pisze Szwajcarka. „W ten sposób przygotowują się stopniowo do tego, by śmierć traktować jako część życia”.

Dawniej Chińczycy trzymali w domu trumnę, która przypominała im o własnej śmiertelności. Niektórzy kładli się w niej przed podjęciem ważnej decyzji. Świadomość śmierci, przyjęcie jej daje całkiem nową perspektywę. Pozwala w pełni objąć życie. A nawet ukoić lęk – jak w przypowieści o pierścieniu króla Salomona. Ów król – mimo swej potęgi i bogactwa – nie znajdował spokoju. Gdy wpadał w tarapaty, zadręczał się szukaniem rozwiązania. Kiedy wydawało się, że ma już wszystko, bał się, że to straci. Wreszcie przyśnił mu się pierścień zapewniający mądrość i spokój umysłu. Zażądał, by go dla niego odnaleziono, ale zadanie okazało się niezwykle trudne. Najwięksi złotnicy ani nawet czarnoksiężnicy nigdy nie słyszeli o takim pierścieniu… Wreszcie w najbiedniejszej dzielnicy miasta znalazł się starzec, który wygrawerował na prostej obrączce tekst – z zapewnieniem, że to jest właśnie pierścień dla króla. Napis brzmiał: „Jak każdy, umrzesz niedługo”.

Zrób to teraz

W „Śmiertelnych nieśmiertelnych” czytamy o tym, że zaprzeczenie śmierci prowadzi do mniej aktywnego życia. „W istocie jest to zaprzeczenie życia, gdyż życie i śmierć idą ramię w ramię. Boję się śmierci, więc będę niezwykle ostrożnie żyć, bo coś może mi się przydarzyć. Im bardziej zatem boję się śmierci, tym bardziej boję się życia – i tym mniej żyję”. Podobną refleksję znajdziemy u Kübler-Ross: negacja śmierci jest w dużym stopniu odpowiedzialna za pustą, pozbawioną celu egzystencję. Jeśli funkcjonujesz, jakby twoje życie tutaj nie miało końca, zbyt łatwe staje się odkładanie wszystkiego na później, unikanie ryzyka, straty. Szwajcarka przypomina, że życie jest tak naprawdę pasmem strat – mniejszych i większych. Na koniec tracimy wszystko. Rzeczy, ludzi, marzenia. Ciało. Póki jednak tu jesteśmy, codziennie odbieramy lekcje dotyczące rozstań, pożegnań, oddawania, tracenia. Notabene to Kübler-Ross po raz pierwszy opisała pięć etapów, przez które przechodzą śmiertelnie chorzy i umierający: zaprzeczenie, gniew, targowanie się, depresja i akceptacja. Te doświadczenia stają się zresztą naszym udziałem również przy błahych epizodach – na przykład kiedy coś gubisz. „Nie wierzę, że to się stało!” (zaprzeczenie). „Cholera, jak mogłem się tak zagapić!” (gniew). „Obiecuję, że jeśli to znajdę, będę uważał” (targowanie się). „Nie mogę tego odżałować…” (depresja). „Trudno, stało się” (akceptacja).

Zdaniem Elisabeth Kübler-Ross bez strat nie możemy się rozwijać. W książce „Śmierć. Ostatni etap rozwoju” utrzymuje, że śmierć jest kluczem do ewolucji: „Tylko kiedy zrozumiemy prawdziwy sens śmierci w egzystencji człowieka, będziemy mieli odwagę, by stać się tym, do czego jesteśmy powołani”. Christopher Landon, syn amerykańskiego aktora Michela Landona, twierdzi, że śmierć ojca była najważniejszym wydarzeniem w jego życiu. Miał 16 lat, gdy bohater „Autostrady do nieba” zmarł na raka. Do tej pory Christopher żył w cieniu ojca gwiazdora – był nieśmiały, wycofany, zalękniony. Kiedy zrozumiał, że śmierć może nadejść w każdej chwili, paradoksalnie przestał się bać. Zaczął podejmować ryzyko. Wyjechał na studia do Wielkiej Brytanii. „Nauczyłem się rzucać w wir wydarzeń” – wyznaje w książce „Lekcje życia” (Kübler-Ross, David Kessler). „Tak, to był niewątpliwie wielki krok. Osobiście wierzę, że ból zawsze przekłada się na rozwój”.

Psychiatra Antoni Kępiński u kresu swych dni pisał: „Bez śmierci życie straciłoby sens, swoje dynamiczne napięcie, stałoby się jakąś bezkształtną, czterowymiarową plazmą”. Brak ograniczeń, priorytetów… Co za nuda! Kübler-Ross podkreśla, że najważniejszy wniosek, jaki wypływa z jej badań nad śmiercią, dotyczy wielkiego znaczenia życia. „Jeśli istnieją rzeczy, które uczyniłyby twoje życie pełniejszym, zrób je teraz” – zachęca. Później może być po prostu za późno. „Myśl o swojej śmierci” – sugeruje. „Jak dużo czasu poświęciłeś na zrobienie rachunku swoich uczuć, przekonań, nadziei i obaw dotyczących końca twojego życia? Co stanie się, jeśli usłyszysz, że zostało ci go niewiele? Czy zmieni to sposób, w jaki kierujesz obecnie swoim życiem? Czy są sprawy, które chciałbyś załatwić, zanim umrzesz? Czy boisz się umierania? Śmierci? Czy możesz określić przyczynę swoich obaw?”.

Na tym pytania się nie kończą. Są też te dotyczące umierania bliskiej osoby: Jak spędzilibyście ostatnie chwile? Co byś jej powiedział? Czy są sprawy (uczuciowe bądź praktyczne), które powinieneś omówić z najbliższymi przed ich odejściem?

Umrzeć za życia

Elisabeth Kübler-Ross sporo pisze o miłości. Że to ona jest naszą najważniejszą lekcją. I ona zostaje. W biograficznej książce „Koło życia” wspomina swoją wizytę na Majdanku, tuż po wojnie. W barakach, w których więźniowie obozu koncentracyjnego spędzali ostatnie noce przed trafieniem do komory gazowej, dostrzegła na ścianach rysunki motyli. Dopiero po 25 latach, obserwując spokojnie umierających pacjentów, zrozumiała to przesłanie: śmierć jest porzuceniem ciała-kokonu. Ale pozostaje coś pięknego, ulotnego… Jeśli wierzyć innym świadectwom – również niezniszczalnego. Śmierć pozwala to „coś” rozpoznać – to jedno z najważniejszych przesłań przywoływanych wcześniej „Śmiertelnych nieśmiertelnych” Kena Wilbera – książki napisanej w dużej mierze na podstawie pamiętników jego chorej na raka żony, Trei. Jest tam tyle akceptacji – siebie, choroby, tyle radości z każdego dnia. „Zrównoważyć wolę życia z akceptacją śmierci. Obie ważne. Muszę się tego nauczyć” – pisze Treya niedługo po diagnozie. A w ostatnich dniach, całkowicie pogodzona ze swoim odejściem, mówi o tym, jaka jest szczęśliwa.

Świadectwa osób odchodzących w ten sposób to niezwykle cenny dar dla tych, którzy zostają. Reporter i dziennikarz Tiziano Terzani w autobiograficznej książce „Nic nie zdarza się przypadkiem” opowiadał o swoich bliskich spotkaniach z rakiem, ze śmiercią. O podróży przez kontynenty, która miała służyć znalezieniu lekarstwa na nowotwór, a w której tak naprawdę chodziło o poszukiwanie remedium na chorobę, dotykającą nas wszystkich – śmiertelność. Na koniec przyznał: wszystkie wysiłki, jakie podjąłem, by znaleźć cudowny lek, spełzły na niczym. I wszystko, włącznie z chorobą, czemuś służyło. Zmianie życia, zmianie siebie. U kresu swej podróży, w jednej z rozmów z synem („Koniec jest moim początkiem”) stwierdził, że gdyby nagle znaleziono pigułkę, która pozwoliłaby mu żyć kolejne 10 lat, nie przyjąłby jej. W książce pisał, że śmierć wydaje mu się atrakcyjna – to coś zupełnie nowego. Idzie więc na to spotkanie „z lekkim sercem, z ogromną, niemal dziennikarską ciekawością”.

Pisał, że życie i śmierć są jednym. Pisał o poczuciu jedności i zatopieniu się we wszechświecie – kiedy porzucamy nasze role, kiedy godzimy się być nikim. „Powodem, dla którego tak bardzo boimy się śmierci, jest konieczność rezygnacji ze wszystkiego, na czym nam tak bardzo zależy, konieczność rezygnacji z posiadania. Z marzeń. Z tożsamości” – twierdził. „Ja już to zrobiłem. Przez ostatnie lata wszystko to wyrzucałem na śmietnik i nie ma już nic, do czego byłbym przywiązany. Przecież człowiek nie jest swoim imieniem! Nie jest swoim zawodem. Nie jest domem, który ma nad morzem. Jeżeli więc nauczy się umierać za życia, tak jak tego uczyli mędrcy z przeszłości, sufi, Grecy, wspaniali ryszi z Himalajów, nauczy się nie rozpoznawać siebie w tych rzeczach, pozna ich ograniczoną, przemijalną, śmieszną, nietrwałą wartość”.