fbpx

Co rodzicielstwo w nas zmienia?

Co rodzicielstwo w nas zmienia?
Rola rodzica stwarza nowe wyzwania, ponieważ zmusza nas do sięgnięcia do wewnętrznych zasobów, których w innych warunkach w ogóle byśmy nie używali. (Fot. Getty Images)

Kiedy masz dziecko, doświadczasz ciągłych zmian. A zmiana jest podstawą rozwoju. Wystarczy tylko być na niego otwartym. Jak zobaczyć siebie w rodzicu, jakim się staliśmy – mówi psycholożka Agnieszka Wróblewska.

Co w nas zmienia rodzicielstwo? W nas jako ludziach?
Rola rodzica stwarza nowe wyzwania, ponieważ zmusza nas do sięgnięcia do wewnętrznych zasobów, których w innych warunkach w ogóle byśmy nie używali. Nie ma możliwości, żeby stając się rodzicem, pozostać takim, jakim się było wcześniej. To zwykle bardzo dynamiczny proces, na który mamy znikomy świadomy wpływ. Jest w nim duża przestrzeń na twórczość i własny rozwój. Czasami trudno powiedzieć, czy bardziej rozwija się przy nas nasze dziecko, czy to my przy nim nieustannie jesteśmy popychani do rozwoju.

Pod warunkiem że nie podejdziemy do roli rodzica zbyt sztywno.
W psychologii zorientowanej na proces uważamy, że każda rola jest płynna. Rodzicem się nie jest, rodzicem się bywa. Czasami jesteśmy w tej roli w 100 procentach, czasami natomiast tylko w paru, a bywa i tak, że możemy o niej całkowicie zapomnieć, gdy inne są w danym momencie ważniejsze. Istotne, żeby z rolą rodzica nie „skleić się” na dobre, bo może ona zabrać nam inne tożsamości i spowodować kryzys, gdy zmienią się okoliczności. Bycie rodzicem nie zawsze jest potrzebne. Możemy przecież, rysując ze swoim dzieckiem, też być dzieckiem. A nie nauczycielem, który przy okazji zabawy uczy malucha kolorów.

Warto mieć też świadomość, w którym miejscu powielamy schematy rodzicielskie wyniesione z domu lub ulegamy normom społecznym.
Dobrze zauważać, kiedy te schematy nas ograniczają. Dzieje się to wtedy, gdy bardziej reagujemy na deficyty z własnej młodości niż na potrzeby naszego dziecka. Gdy na przykład w dzieciństwie brakowało nam spontanicznych zabaw, będziemy wymyślać dla dziecka zabawy edukacyjne, chociaż mielibyśmy ochotę poprzewracać się z nim po dywanie.

Dlaczego wchodzimy w stare koleiny?
Z różnych powodów. Choćby dlatego, że działa na nas pole społeczne. W szkole prywatnej są inne oczekiwania niż w publicznej, rodzice z dużego miasta różnią się od tych z małego. W różnych miejscach obowiązują inne systemy wartości, inne są oczekiwania wobec dzieci i rodziców, i my temu ulegamy. A jeśli mamy ochotę zrobić coś odmiennego, natrafiamy na wewnętrzne ograniczenia. Obecnie jest też olbrzymia presja na materialne inwestowanie w dzieci, spod której bardzo trudno się wyłamać. Ograniczają nas nieświadome przekonania przeniesione z systemów rodzinnych, które automatycznie powielamy, albo chcemy stworzyć relację z dzieckiem odwrotną do tej, jaką mieli z nami nasi rodzice. Chociaż działamy w dobrej intencji, dalej jesteśmy ograniczeni, bo coś sobie narzucamy i nie mamy dostępu do potencjału naszego i dziecka. Lepiej poszukiwać własnej ścieżki rodzicielstwa. W naturalnym rozwoju wynikającym z roli rodzica przeszkadza także porównywanie się, za którym stoi postać Wewnętrznego Krytyka. Mówi on na przykład: „Zobacz, Małgosia piecze ciasteczka dla swojej córeczki na urodziny, a ty kupujesz w cukierni” albo: „Jaś wyjeżdża na superwakacje, a my znowu na Mazury”.

Co tracimy, kiedy ulegamy schematom lub modnym trendom?
Sporo radości z rodzicielstwa. Posiadanie dziecka staje się obowiązkiem, a my zakładnikami roli rodzica. Zachowujemy się, jakbyśmy mieli wewnętrznego szefa, który ocenia: „Teraz dobrze, bo sprawdziłaś lekcje, teraz źle, bo zapomniałaś o wywiadówce, teraz super, bo układałaś z dzieckiem puzzle przez cały wieczór”. Bycie na takim cenzurowanym jest bardzo męczące. Ale co najgorsze, nie możemy cieszyć się bezpośrednią relacją z dzieckiem. Jesteśmy usztywnieni i nie podążamy za tym, co się wydarza. Jeśli koncentrujemy się na realizowaniu zadania bycia rodzicem, trudno nam uznać, że to, co dziecko czuje, jest ważne.

W jaki sposób wykorzystać rolę rodzica do rozwoju?
Postarać się otworzyć i przyjąć zwłaszcza to, co nam się w dziecku lub w jego zachowaniu nie podoba, wydaje dziwne albo niepokojące. Zrozumieć potrzeby związane z danym zachowaniem dziecka, a nie tylko oceniać je jako dobre lub złe. Tu jest potencjał twórczego rozwoju. Gdy będziemy zmuszać dziecko do chodzenia pod linijkę według naszych zasad, niczego nowego się o sobie nie dowiemy. Trzeba mieć świadomość, że z dzieckiem w nasz świat wdziera się inna rzeczywistość. Możemy ją przykroić do naszych wymiarów, ale możemy też z niej korzystać i potraktować jako szansę do rozwoju.

Niegrzeczny nastolatek może nas nauczyć odpuszczania kontroli, wolności, buntowania się.
Trzeba zaufać, że to, co trudne, jest rozwojowe, zobaczyć, że to ma sens. Zauważmy, jak dzieci naciskają na naszą tożsamość i zmuszają nas do zmiany. Czasem popychają do tego, żebyśmy z nieskończenie kochającej matki stały się kimś, kto bardzo jasno stawia granice, uczą nas też konsekwencji, tolerancji, wrażliwości. I przede wszystkim elastyczności, bo jak już stworzymy sobie jakiś obraz relacji rodzic–dziecko i nawet mamy poczucie, że przez chwilę jest nawet nieźle, to za moment i tak wszystko się zmienia. Sposoby komunikacji, ustalenia, postawa dziecka – wszystko jest już nieaktualne. To bardzo twórczy aspekt rodzicielstwa, który powoduje, że żadne mądre książki ani dobre rady nam nie pomagają. Uczmy się do samego końca. Rodzice czasem na jakimś etapie utykają i nie są w stanie przejść do nowego. Bywa, że kiedy dzieci są już dorosłe i potrzebują relacji przyjacielskiej, oni nadal pouczają, rozkładają parasol ochronny. To znak, że w tożsamości rodzica wygrywa część opiekuńcza, z którą trudno się rozstać. A gdzie inne aspekty? Na przykład bycie towarzyszem zabaw?

Czego mogą nas nauczyć konflikty z dzieckiem?
Konflikty są postawą rozwoju. Od tych z dzieckiem nie bardzo można uciec. Z nim się nie rozwiedziemy. Dobrze by było, żeby te konflikty uczyły nas stawania się kimś innym niż dotąd, żebyśmy sięgali po inne aspekty nas samych. Zwróćmy uwagę na to, co nas w zachowaniu dziecka drażni, co nam najtrudniej zaakceptować. O to właśnie próbuje poszerzyć się nasza tożsamość. Jeżeli na przykład jestem kobietą, która wstaje rano z planem na cały dzień, szybko wkłada dżinsy i bluzę, i biegnie wykonać zadania, a moja córka staje przed szafą i robi awanturę, że ona zielonych rajstopek nie włoży, bo jej nie będą pasowały do niebieskiej spódniczki, pomyślmy sobie w wolnej chwili, że może do nas dobija się jakaś inna wersja kobiecości. Albo jeśli moje dziecko nie pozwala sobie w piaskownicy zabrać łopatki i foremkami się nie podzieli, a ja za to zawsze jestem kompromisowa, to może sama potrzebuję mocniej stawać za sobą w różnych sytuacjach? Warto też wiedzieć, że duża potrzeba robienia czegoś dla dzieci jest ważnym sygnałem, żebyśmy zrobili to też dla siebie.

Czego jeszcze może nas nauczyć bycie rodzicem?
Zgody na bezsilność. W naszej kulturze jest ona trudna do przyjęcia. Tak bardzo chcemy być zawsze sprawczy, ze wszystkim sobie umieć poradzić. A zwłaszcza dzieciom chcemy wszystko zorganizować, przekazać, zapewnić… Myśl, że dziecko musi z czymś zostać samo, jest dla rodziców przerażająca. To z kolei w dzieciach buduje poczucie braku sprawczości. Tymczasem są takie sytuacje, zarówno życiowe, jak i wewnątrzpsychiczne, przez które dziecko musi przejść bez rodzicielskiej asekuracji. Jako rodzice uczymy się też empatii, tolerancji dla inności i różnych od naszej form indywidualizmu.

Jak to wpływa na inne sfery życia?
Mówi się, że kobiety, które mają dzieci, są lepiej zorganizowane w pracy. Tak naprawdę, jeśli jesteśmy elastyczni, rola rodzica może wpłynąć na wszystkie inne sfery życia. Bo gdy przy dziecku nauczymy się być bardziej konsekwentni, empatyczni czy stawiający zdrowe granice, w innych relacjach też tacy będziemy. Bycie rodzicem może motywować nas do rozwijania sfery społecznościowej, bo będziemy spotykać się z innymi rodzicami, organizować wspólne wyjazdy, przyjęcia urodzinowe.

Dziecko poszerza też naszą paletę uczuć, uwrażliwia na świat.
Uczucie, które płynie od dziecka, nie jest zagrażające. Nie wiąże się z lękiem przed zranieniem, oceną, odrzuceniem. Dzięki dziecku można zobaczyć świat jego oczami, patrzeć na śnieg, jakby się go widziało pierwszy raz, pluskać się w wodzie podczas kąpieli, wąchać kwiaty na łące… I to już od pierwszych chwil po jego narodzeniu.

Dla niektórych to moment poważnego przewartościowania, zmiany zawodu, sięgnięcia po twórczość, artyzm, nieznaną dotąd kreatywność.
Pojawienie się dziecka kontaktuje nas z podstawowymi wartościami w życiu. Miłość, szczęście, poświęcenie, ale też gniew, niecierpliwość i inne trudne uczucia często mieszają się z refleksjami na temat przemijania, osi: życie–śmierć. Odkrywamy w tej kruchej istotce sens człowieczeństwa. Zaczynamy mieć inne spojrzenie na to, co robimy, co jest dla nas najistotniejsze. Ta nowa obecność nadaje inny wymiar naszej codzienności.

Agnieszka Wróblewska psycholożka, psychoterapeutka.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze