fbpx

Czuła obecność. Rozmowa z Tomaszem Srebnickim, autorem książki „Niezwykły rodzic”

Czuła obecność. Rozmowa z Tomaszem Srebnickim, autorem książki Niezwykły rodzic
Wspólnie spędzany czas buduje prawdziwą bliskość w rodzinie. (Fot. iStock)

Nigdy nie jesteśmy tak blisko naszych dzieci jak wtedy, kiedy mamy z nimi problemy. Pomagając im znaleźć i pokonać przyczynę ich złego zachowania, często pomagamy swojej własnej dziecięcej części. Bywa bowiem, że to nasze wewnętrzne dziecko przemawia do nas problemami naszych dzieci: że czegoś mu brakuje lub że coś je boli – mówi psychoterapeuta dr Tomasz Srebnicki.

W książce „Niezwykły rodzic” mówisz, że jeśli dziecko stwarza problemy, których nie można rozwiązać, to ich źródło niekoniecznie tkwi w dziecku. Rodzice mogą nie dawać mu tego, czego ono potrzebuje, bo sami tego w dzieciństwie nie dostali. A nawet krzywdzić podobnie, jak byli krzywdzeni, choć bardzo by tego nie chcieli…
Rodzice zawsze zgłaszają psychoterapeucie problemy dzieci. Te problemy ich bezpośrednio dotyczą, czyli poruszają coś bolesnego w nich samych. Dlatego tak niechętnie ojcowie i matki idą z dzieckiem do psychologa, bo czują, że kiedy ich syn bije kolegów albo się wcale nie uczy, a córka ma dużą nadwagę albo się okalecza, to oni coś źle zrobili. Przychodzą więc dopiero wtedy, kiedy już naprawdę nie widzą wyjścia, bo zachowanie dziecka utrudnia im życie, irytuje ich lub niepokoi. Ale to wcale nie świadczy o nich źle. Po prostu starają się sobie sami poradzić tak, jak potrafią, jak my wszyscy. Pewien ojciec przyprowadził do mnie dziesięcioletnią córkę, bo ta zaczęła go denerwować swoim dążeniem do perfekcjonizmu. Wszystko chciała robić doskonale, bezbłędnie. Kiedy zabawki stały krzywo na półce, dziewczynka nie potrafiła się bawić. Musiała je ustawić idealnie równo. Kiedy chciała coś zanotować, to wszystko wpisywała w tabelki. Dzieci różnie się lokują na osi porządek – bałagan, ale ta dziewczynka była niepokojąco blisko perfekcjonizmu. No i ojciec czuł, że coś dzieje się nie tak.

Dlaczego tak bardzo denerwowało go, że dziecko chce mieć wszystko poukładane?
Albo raczej dlaczego dziecko tak się denerwowało, kiedy coś było krzywo, kiedy popełniało jakiś błąd czy coś zrobiło nieidealnie? Ojciec szaleńczo kochał córkę, w żadnym wypadku jej nie odrzucał! Odrzucał część siebie! Dramatycznie nie akceptował własnej bezradności. To był człowiek czynu. Wychowany w zimnej rodzinie ludzi robotów, nastawionych na wykonanie zadania. Został w dzieciństwie zaprogramowany, żeby sam sobie ze wszystkim radził. W jego rodzinie nie było głębszych relacji – nie pomagano sobie nawzajem.

Nie miał szczęśliwego dzieciństwa…
Nie tylko dzieciństwa, przez całe życie nie pozwolił sobie na doświadczenie słabości. Przyznanie się do niej w jego odczuciu groziło unicestwieniem. Kiedy był dzieckiem, czuł, że rodzice zajęci swoim własnym życiem dostrzegali go tylko wtedy, kiedy mówił im, że rozwiązał jakiś problem, że sam dał sobie radę! Ponieważ nie mógł liczyć na ich pomoc, nie miał też poczucia bezpieczeństwa, jakie daje dzieciom świadomość, że rodzice je obronią. Dlatego postrzegał świat jako groźny, wrogi i tak bardzo zabiegał o to, żeby zawsze sobie z nim poradzić.

Wewnętrzne dziecko tego ojca było wciąż przerażone?
Właśnie. I tak długo, jak długo umiał sobie poradzić z problemami, które sygnalizowała mu córka, czyli naprawić jej zabawkę czy wkręcić żarówkę w jej pokoju, z empatią podchodził i do córki, i do tej sprawy. Ale dziecko rosło i coraz częściej zdarzały się sytuacje, z którymi nie dawał sobie rady, czuł więc przerażenie. Dlatego kiedy córce psuła się komórka czy coś zacinało się w komputerze, denerwował się i krzyczał. Nie na córkę – ale na tę rzecz: „Dlaczego te ch… tak robią telefony, że one się psują”.

ZAMÓW

E-WYDANIE

Wybuchowość taty budziła lęk dziecka?
Nieprzewidywalność. Dziewczynka zaczęła obawiać się sytuacji, w których miałaby szukać u niego pomocy. Nie wiedziała, kiedy pomoże, a kiedy się wścieknie. Przestała więc prosić o pomoc, zaczęła wszystko robić… perfekcyjnie.

Ojciec to dostrzegł?
Tak, i płakał… Tak bardzo nie chciał, żeby jego ukochana córka doświadczyła tego co on. Żeby czuła się samotna i przestraszona i żeby sama musiała sobie radzić. Mimo to, kiedy poczuł się bezradny, odtworzył schemat postępowania rodziców, czyli zaczął być agresywny i krytyczny. A to spowodowało, że córka wycofała się z relacji z nim, samotna i przestraszona zaczęła sama sobie radzić perfekcjonizmem! Musiałem skierować go na terapię indywidualną, żeby tam poradził sobie z lękiem przed bezradnością, przed przyznaniem się, że czegoś nie umie czy nie wie. Nie było to łatwe, bo nie tylko on sam, ale także inni cenili tę jego zaradność. Ludzie prosili go o pomoc, a on zawsze był gotów do działania. Na terapii udało mu się jednak zobaczyć i zrozumieć, że ta jego zaradność i gotowość do działania to strategie, które wypracował w dzieciństwie, aby poradzić sobie z poczuciem samotności i lękiem, których wtedy doświadczył.

A to wszystko ujawniło się dopiero w relacji z córką…
Tak, bo bardzo kochał córkę i miał ogromną motywację do pracy nad sobą. Na terapii indywidualnej zaopiekował się swoim wewnętrznym dzieckiem, dał mu to, czego ono nigdy nie dostało: zapewnienie, że – choć czegoś nie wie czy z czymś sobie nie radzi – jest warte miłości! No, a po takim dzieciństwie to jego wewnętrzne dziecko było jak mały komandos: w moro, z karabinem i scyzorykiem w plecaku. Dzięki terapii mężczyzna mógł córce powiedzieć, że nie umie czegoś naprawić, ale też uznać za naturalne to, że przedmioty się psują. Bo to już nie było dla niego zagrażające. Do czasu terapii starał się dawać córce pomoc i wsparcie totalne, uniemożliwiając jej rozwój. Podczas terapii nauczył się odczytywać sygnały, dostrzegać, kiedy córka potrzebuje jego pomocy, a kiedy warto powiedzieć: „Spróbuj poszukać rozwiązania”. Podsumowując, ten ojciec przyszedł do mnie z córką, bo jej zachowanie denerwowało jego wewnętrzne dziecko! Przypominało mu jego samego.

To niezwykłe, że pomagając dziecku, możemy pomóc sobie… Czy w historii, którą przytoczyłeś, mamy także do czynienia z tak dziś powszechną nadopiekuńczością?
Nadopiekuńczość to postawa charakteryzująca się chronieniem dziecka przed mało prawdopodobnymi lub zwyczajnymi sytuacjami. Jest powiązana z lękami rodziców. Starają się bowiem być obecni w sytuacjach zagrożenia – często wymyślonego lub przeszacowanego. Dziecko nie może go doświadczyć, nauczyć się sobie z nim radzić. A to wzmaga jego lęk. Na przykład kiedy dziecko pokłóci się z koleżanką o zabawkę, to usłyszy od taty, który sam boi się konfliktów: „Ludzie są jak wilki”. Albo od potulnej matki: „Ustąp, po co ci wrogowie”. No nie! Konflikty to część życia. Radzenie sobie z nimi jest niezbędne.

Jak rozpoznać swoją nadopiekuńczość?
To proste, jeśli ośmioro na dziesięcioro dzieci chodzi na basen czy uczy się jazdy konnej, to niech twoje dziecko też to robi. A ty masz poradzić sobie ze swoim lękiem. Nie zarażać nim dziecka. Masz zastanowić się też, czy to twój lęk, czy może także dostałeś go „w prezencie” od rodziców? Bo kiedyś ktoś się w rodzinie utopił czy spadł z konia i złamał nogę.

Często problemy z dziećmi to szansa na uzdrowienie całej rodziny? W książce mówisz o poczuciu samotności współczesnych dzieci, co jest zaskakujące choćby w kontekście tej nadopiekuńczości.
Samotnych wewnętrznie rodziców jest dziś wielu, tak jak i samotnych dzieci. To rodzice „wysokich wymagań” wobec siebie. Zmęczeni setkami spraw i rzeczy, skupieni na swoich priorytetach, którymi są pieniądze, pozycja i władza, na tzw. samorealizacji i samorozwoju. Można ich łatwo rozpoznać wśród kibicujących dzieciom na meczach piłkarskich czy turniejach tenisowych. Pozornie obecni, praktycznie wciąż w telefonie albo laptopie. Obecni tylko fizycznie, bo emocjonalnie są zanurzeni w swoich sprawach. Dla dzieci to za mało. Czują się porzucone, samotne. Ale też samotny jest rodzic skupiony na ważnych dorosłych zajęciach – nie wchodzi w relację z nikim, nawet ze sobą. I taka nieobecna obecność rodzica staje się polem samotności i dla dziecka, i dla niego samego.

A przecież są tak blisko…
Pozornie ci rodzice zapewniają dzieciom i sobie wszystko. A tak naprawdę zapewniają niewiele. Ich dzieci zostały otoczone mnóstwem zabawek, atrakcji, aktywności – dla ich rozwoju. Ale tak naprawdę te rzeczy często istnieją po to, żeby dzieci nie chciały od rodziców bliskości, bo samotni wewnętrznie ojcowie i matki nie potrafią im tego dać. A dzieci próbują za wszelką cenę przywołać tatę i mamę. Zaczynają więc stwarzać problemy. Chcą skłonić rodziców do bycia z nimi. Zaczynają zazwyczaj od kłopotów w nauce. Ale jeśli rodzic nie będzie razem z dzieckiem odrabiać lekcji, tylko kupi mu korepetytorów, to dzieciak będzie szukał bliskości dalej – zacznie np. bić kolegów. A jeśli znów nie dostanie od rodzica jego obecności, tylko trafi na kurs czy terapię umiejętności społecznych, to zacznie np. kraść. Jeśli i to nic nie da, bo rodzic zawiezie dziecko pod więzienie, żeby je nastraszyć konsekwencjami, to ono sięgnie nawet po środek ostateczny i np. zagrozi samobójstwem.

Taki rodzic potrzebuje terapii.
Potrzebuje, bo w relacji z dzieckiem odtwarza wzorzec samotności wyniesiony z dzieciństwa. Jeśli są kłopoty, to szuka szybkich rozwiązań. Nie widzi realnych potrzeb dziecka, takich jak zabawa czy bliskość. W jego domu rodzinnym zapewne podkreślano, że pozbawienie się przyjemności tu i teraz zaowocuje w przyszłości: „Jak będziesz się uczyć, a nie wygłupiać z kolegami, to dostaniesz się na medycynę albo na prawo i będziesz bogaty, szanowany”. Rodzice wychowani w taki sposób negują świat dziecięcych potrzeb, windują oczekiwania. Problemem ich dzieci jest to samo, co było problemem rodziców, kiedy byli dziećmi, czyli – porzucenie. Subtelne. Niedosłowne.

Porzucenie?!
Tak! Rodzice symbolicznie zostawiają dziecko, kiedy nie uczestniczą w jego świecie. Nie bawią się z nim, bo szkoda im czasu. Co gorsza, oceniają negatywnie to, co dziecko uważa za ważne, a więc na przykład mówią, że gry komputerowe są głupie. Praca z rodzicami polega na tym, aby zainteresowali się tym, jakie te ich dzieci są, jakie mają problemy, co lubią.

Rodzice muszą mieć czas, by być z dzieckiem.
Wcale nie chodzi o czas, tylko o to, że oni nie umieją być blisko nawet z samymi sobą. Pracują i mają: pieniądze, prestiż, władzę, ale nie mają tego, co najważniejsze – umiejętności bycia blisko z własnym dzieckiem. Dlaczego? Bo w dzieciństwie sami nie mieli prawa być dziećmi, czyli bawić się, nudzić, zwyczajnie spędzać czas z rodzicami. Dlatego kiedy rodzicom zadam proste pytanie: jak się lubili bawić, kiedy byli dziećmi – budzę ich zakłopotanie, bo nie wiedzą. Pamiętają tylko, że wciąż musieli się uczyć i zdobywać nowe umiejętności. I teraz wszystko, co dla ich dzieci ważne, dla nich jest bezcelowe. Ich wewnętrzne dziecko nigdy nie miało prawa do spontaniczności i zabawy, a więc nie rozumieją, że tego potrzebuje ich dziecko biologiczne. Ale kiedy dadzą prawo do bycia dziećmi swoim dzieciom (i biologicznym, i wewnętrznym), to prawdopodobnie skończą się ich problemy wychowawcze. Co więcej, sami znajdą wtedy w życiu więcej radości, poczują więcej luzu, a ich relacje z innymi dorosłymi także powinny się poprawić.

Tomasz Srebnicki, psycholog i terapeuta poznawczo-behawioralny. Trener i wykładowca w Szkole Psychoterapii Centrum CBT w Warszawie.

Beata Pawłowicz, dziennikarka. Autorka i współautorka książek, m.in. „Dekalog szczęścia”, „Życie w micie” (Wydawnictwo Zwierciadło).

Niezwykły rodzic
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
?>