Czy dotyczy cię syndrom VTS?

"Samotnie urodzeni uważają, że mieli więcej szczęścia. Albo, co gorsza, że za bardzo rozpychali się w macicy, za szybko rośli, byli zbyt łakomi, zbyt ekspansywni." (fot. Getty Images/Gallo Images)

Czy wiesz, że mniej więcej co dziesiąta ciąża jest bliźniacza? Często jeden z bliźniaków obumiera w pierwszych miesiącach życia płodowego. Na zewnątrz objawy są niewidoczne – chyba że brzuch matki obserwowany był wcześniej przez nowoczesną technologię. Są jednak ludzie, którzy czują, że nie byli tam sami. I że stracili coś najcenniejszego. Terapeuci Alfred i Bettina Austerman zajmują się takimi przypadkami.

Nikt już chyba nie kwestionuje tego, jak ważny dla naszego obecnego życia był okres prenatalny. To, jak czuła się w tym czasie nasza matka, czego doświadczała, jak się żywiła, ma na nas ogromny wpływ. A co, gdyby miało się okazać, że przebywając w jej brzuchu, rozwijając się, badając otoczenie, mieliśmy tam towarzystwo? I że któregoś dnia to serce tuż obok przestało nagle bić? Trudno to świadomie pamiętać, ale dla systemu nerwowego, który czegoś takiego doświadczył, prawdopodobnie był to szok. Zostaje po nim niezaspokojona tęsknota, smutek, złość, poczucie winy, nieufność…

Znaczenie utraty bliźniaka w okresie prenatalnym odkrywane jest od niedawna i nie do końca. „Zawsze na nowo porusza nas, jak bardzo ta wczesna strata wpływa na całe późniejsze życie człowieka” – wyznają w książce „Dramat w łonie matki. Utracony bliźniak” (wyd. Virgo) niemieccy terapeuci, psycholog Alfred Austermann i pedagog społeczna Bettina Austermann, założyciele Instytutu Ustawień Systemowych i Terapii Traumy. Temat utraconego bliźniaka towarzyszy im od dwudziestu lat. W tym czasie spotkali wielu ludzi, którzy rozpaczliwie czegoś szukali – zanim odkryli, że chodzi o bliźniacze rodzeństwo. „Według najnowszych badań ultrasonograficznych niemal co dziesiąta osoba przeżyła ten niepodważalny dramat” – piszą.

Bliźnięta w łonie matki łatwo wchodzą w interakcję. Słyszą się jeszcze przed upływem szóstego tygodnia ciąży – szum krwi, bicie serca, odgłosy trawienia. Odbierają bodźce przez skórę, mogą się dotykać. Podczas badań można nawet zobaczyć, jak się obejmują. Kiedy jedno z bliźniąt umiera, jego ruchy stają się coraz słabsze, wreszcie zanikają. Ten, który przetrwał, może odczuwać jego ciało jako martwą bryłę. Bywa, że odsuwa się, niemal przestaje się poruszać. Zwykle matka niczego nie zauważa – krwawienie występuje rzadko, poziom hormonów się nie zmienia. Jeśli płód dożyje co najmniej do czternastego tygodnia ciąży, po porodzie w łożysku widoczny będzie wrośnięty zarodek. W przeciwnym razie zostanie on wchłonięty – przez łożysko, może nawet przez ciało bliźniaka, który przeżył.

Tyle medycyna, która, owszem, potwierdza zjawisko, niekoniecznie jednak uznając jego wagę dla psychiki. Tymczasem – twierdzą autorzy „Dramatu w łonie matki” – mowa o traumie. Do tego nieuświadomionej, zważywszy na to, że nasza świadoma pamięć nie obejmuje tak odległych obszarów. Choć niewykluczone, że jako małe dzieci mogliśmy coś jeszcze pamiętać.

Bezradność i nienasycenie

Jak więc przekonać się o tym, czy dotyczy nas syndrom VTS (Vanishing Twin Syndrom – znikającego bliźniaka), czy raczej, jak go nazywają Alfred i Bettina Austermann, „samotnie urodzonego”? Cóż – jeśli nie potwierdziły tego badania USG, ślady na łożysku, przekazana przez matkę historia i inne, mniej czy bardziej „twarde” przesłanki – pozostaje nam intuicja. I kilka podpowiedzi ze strony Austermannów. Mówią oni o samotnie urodzonych, że trudno im zaistnieć w świecie, zająć właściwe miejsce.

Często nie czują się pełni („jakbym istniał w połowie i miał do dyspozycji tylko połowę mojej siły życiowej”), doświadczają głębokiej samotności (nawet w towarzystwie przyjaciół), wciąż im czegoś brak. Zdarza się, że krążą po dalekim świecie w poszukiwaniu tego „brakującego elementu”. Mocno reagują na stratę (na przykład zwierzęcia), trudno im się z nią pogodzić. Nie pozwalają innym zbliżyć się do siebie, bardzo boją się porzucenia. Miewają napady paniki (np. w windzie, tunelu).). Nierzadko żyją w odrętwieniu, odcięci od swoich uczuć, apatyczni. Nie dają sobie prawa do wysokich zarobków czy cieszenia się swoją pracą (i w ogóle życiem), mają poczucie winy, że coś komuś zabierają. Trudno im konkurować, osiągać sukcesy – takie sytuacje, opcje mogą w nich wywołać silny lęk. Bo a nuż zajmą za dużo miejsca, ktoś na tym ucierpi… Często „wybierają” porażkę, czują się bezradni (nawet wobec niewielkich, codziennych wyzwań), nie potrafią brać od życia, są tu jedną nogą. Na nieświadomym poziomie mogą pragnąć śmierci.

Szczególnie trudno jest takiej osobie funkcjonować w bliskich relacjach, zachować równowagę między bliskością a oddaleniem. „Bliźniak, który urodził się sam, doświadczył w łonie matki największej możliwej bliskości, która została gwałtownie przerwana” – czytamy u Alfreda i Bettiny Austermannów. Po tak szokującym doświadczeniu może zrezygnować z bliskości, z założenia rodziny, wycofać się (jak wtedy, do kąta macicy). Może nawet odczuwać paniczny lęk przed dotykiem. Ale zdarzają się też reakcje odwrotne: nienasycony głód dotyku, desperackie poszukiwanie bliskości, pragnienie stopienia się z partnerem, wchodzenie we współuzależnienia, chorobliwa zazdrość, wreszcie – szukanie „bliźniaczej intymności” w relacji z własnym dzieckiem.

Oczywiście, obecność wymienionych symptomów nie świadczy jeszcze o tym, że na początku twojego życia był z tobą bliźniak – opisane odczucia czy wzorce mogą być skutkiem wielu innych traum. Być może jednak, kiedy będziesz czytać o „znikających bliźniakach”, coś się w tobie poruszy. Może poczujesz ból, którym zechcesz się zaopiekować. Niezależnie od tego, że masz wątpliwości, kwestionujesz, nie potrafisz tego objąć rozumem… Co możesz zrobić?

Od braku do głębi

Jest wiele sposobów pracy własnej – możesz odwołać się do terapii systemowej, technik regresywnych, rebirthingu, metod uwalniania traumy (np. EMDR), czy praktyk relaksacyjnych w ciepłej wodzie. Autorzy książki podkreślają, że sama wiedza na temat posiadania bliźniaka nie wystarcza do uzdrowienia. Ważne, by poczuć z nim więź, wejść w kontakt z uczuciami, które zostały wyparte w momencie oddzielenia, wreszcie – zaakceptować konsekwencje związane z tym doświadczeniem. „Tym, co leczy, jest wewnętrzny kontakt z utraconym bliźniakiem” – zapewniają. Doceniają też uzdrawiającą moc rytuałów. Ich klienci piszą uwalniające listy do nieobecnego brata czy siostry, nadają im imię, odprowadzają rodzeństwo w uroczysty, symboliczny sposób do świata zmarłych, oddając ogniowi, wodzie albo powierzając przodkom. To nie jest łatwy proces. Trzeba skontaktować się z poczuciem, że doznanej straty nikt nigdy nam nie wynagrodzi. I że mimo to mamy prawo zwrócić się w stronę naszego życia i czerpać z niego, co najlepsze.

Już samo uwolnienie poczucia winy może przynieść ogromną ulgę. Uznanie, że ten drugi miał po prostu mniej siły, że taki był jego los. Samotnie urodzeni zazwyczaj postrzegają to inaczej – uważają, że mieli więcej szczęścia. Albo, co gorsza, że za bardzo rozpychali się w macicy, za szybko rośli, byli zbyt łakomi, zbyt ekspansywni. Że pochłonęli bliźniaka. Albo że są „do niczego”, bo nie zdołali go uratować. Jest też wysoce prawdopodobne, że teraz próbują ratować innych, jednocześnie nie ufając we własną moc. Austermannowie podkreślają jednak, że ze szczerych, żarliwych poszukiwań, jakie prowadzi wiele samotnie urodzonych bliźniąt, płynie wielka siła: „Poszukiwacz zaczyna się otwierać, nabywa wiele nowych umiejętności, z zapałem podejmuje rozliczne próby, odwiedza obce kraje i dąży do spełnienia na poziomie duchowym. Bywa, że pierwotne poczucie braku zmienia się w doświadczenie głębi, a długotrwałe radzenie sobie z bolesnymi przeżyciami może pomóc wykształcić szczególny rodzaj mądrości”.

Na pewno ocalałe bliźnięta nie mają łatwo. Ich życie zaczyna się od bólu, przerażenia, pomieszania, przytłoczenia. By sobie z tym poradzić, muszą wykonać potężną pracę. I najczęściej wykonują, wzrastając i rozwijając swoje kompetencje. Zdaniem autorów „Dramatu w łonie matki” są to bardzo wrażliwe, uduchowione osoby, o wysokim poziomie inteligencji emocjonalnej. Często wyróżniają się dużą empatią i intuicją, w trudnych chwilach okazują się nieocenionymi towarzyszami. No i bywają niezwykle twórczy. A – kiedy przekroczą próg traumy – potrafią otworzyć się na miłość i radość życia. Na siebie. Ważne, by potrafiły też docenić doświadczenie, które stało się ich udziałem już na starcie. By podziękowały bliźniakowi za czas spędzony razem – za tę wyjątkową intymność, którą tak trudno odtworzyć. A przecież była. I niech to wystarczy.