fbpx

Czy małżeństwo jest nam do czegoś potrzebne?

Automatycznie zapisany szkic
Ilustracja: Arobal

Przyrzekać sobie miłość do grobowej deski, a potem się ranić, zdradzać, oszukiwać? Wiązać się ślubem, żeby po jakimś czasie się rozwodzić? O nie, dziękujemy, małżeństwo nie jest nam do niczego potrzebne. To przeżytek. Tak mówi coraz więcej par i stosuje się do tych słów. Czy rzeczywiście małżeństwo nic dzisiaj nie daje?

Sylwia i Filip, menedżerka w dużej korporacji i programista (ma swoją firmę), obydwoje po trzydziestce. Razem od siedmiu lat. Mają wspólne mieszkanie na kredyt, psa, oddzielne konta i auta. Rodzice (jej w długoletnim związku, jego rozwiedzeni) od jakiegoś czasu dopytują, kiedy ślub, a nawet delikatnie naciskają: bo babcia długo nie pożyje, bo wypadałoby zaprosić rodzinę, przecież oni też nas zaprosili. Oferują pomoc finansową. Ale młodzi są nieugięci. Odpowiadają: „Ślubu nie planujemy. No, może wtedy, gdy uznamy, że jest nam do czegoś potrzebny”.

– Rzeczywiście, dzisiaj małżeństwo nie oznacza tak jak kiedyś przepustki do znaczących profitów: wspólnego zamieszkania, społecznej akceptacji związku, do kredytu – mówi socjolożka, doktor Marta Bierca z Uniwersytetu SWPS w Warszawie. – To wszystko można dzisiaj mieć i bez ślubu. Nic więc dziwnego, że liczba małżeństw spada. Dekadę temu zawierano ich 200 tys. rocznie, obecnie – około 180 tys. I ta tendencja jest zniżkowa nie tylko w Polsce, podobnie jest w Europie Zachodniej.

Żeby tradycji stało się zadość

Według socjolożki przyczyn tego zjawiska należy upatrywać także w indywidualizacji stylów życia. Pokolenie lat 70. żyło dość przewidywalnie – ślub po dwudziestce, dzieci, praca w jednej firmie. Teraz, między innymi pod wpływem wzorców z Zachodu, nie spieszymy się ze ślubem – według GUS polski pan młody ma średnio 29 lat. To i tak nie najgorzej, bo w Niemczech i we Francji ma on 33 lata, a w Szwecji 36! Panny młode są średnio o dwa lata młodsze.

Psychoterapeuta Michał Pozdał z Wydziału Psychologii Uniwersytetu SWPS: – Decyzja o zamążpójściu przesunęła się o całą dekadę. To część szerszego zjawiska, które psychologia nazywa wschodzącą dorosłością. Polega ono na tym, że młodzi długo szukają swojego miejsca w ponowoczesności i wobec zmian na rynku pracy, dotykających w sposób szczególny osoby w wieku od 18 do 30 lat. Ludzie z tego pokolenia eksperymentują z rolami w sferze zawodowej, rodzinnej, uczuciowej. Przeciąganie decyzji o małżeństwie to tylko jedna z ich postaw w zmiennym świecie, w jakim przyszło im żyć.

Spadek liczby zawieranych małżeństw w Polsce ma też związek z malejącą rolą Kościoła. Wprawdzie około 80–90 proc. Polaków deklaruje się jako wierzący, ale dane dotyczące uczestnictwa w nabożeństwach są dużo niższe, zwłaszcza wśród młodych i w środowiskach wielkomiejskich. Tradycja wygrywa jednak, gdy na świat przychodzi dziecko: ludzie decydują się na ślub, chrzest.

– Społeczne oczekiwanie, żeby wszystko odbyło się po bożemu, bierze górę na wsiach i w południowo-wschodniej Polsce – mówi socjolożka Marta Bierca. – Ślub jest potrzebny, żeby zadośćuczynić silnie zakorzenionej tam tradycji. Co ciekawe, coraz więcej jest małżeństw powtórnych. Kiedyś stanowiły 10 proc. wszystkich zalegalizowanych związków, teraz – prawie 20. Wygląda na to, że małżeństwo nie jest już wydarzeniem na skalę życia. Można mieć ich kilka albo nie mieć wcale. Wydaje mi się, że ludzie nie legalizują związków także dlatego, że zbrzydła im nie tyle sama instytucja małżeństwa, ile dominujące wzorce z nią związane: kościelna ceremonia, wystawne wesele. Są praktyczni. Jeżeli ślub – to ze względu na konkretne korzyści.

Bo prawo chroni rodzinę

Zofia (nauczycielka angielskiego) i Błażej (ekonomista), lat 31, są ze sobą od liceum. Mają synka (dwa latka) i przekonanie, że nawet w Polsce da się spokojnie żyć bez ślubu. Błażej: – Bez większych problemów dostaliśmy kredyt na mieszkanie. Każde z nas ma swoje konto, a ja założyłem trzecie, na które oboje wpłacamy co miesiąc określoną sumę (taką samą) na codzienne wydatki, stałe opłaty. Zofia: – Wszystko da się ustalić, jak się tego naprawdę chce. Do tego niepotrzebny jest ślub.

Przyjrzyjmy się zatem, jakie korzyści formalno-prawne wynikają z małżeństwa.

– Dotyczą one wielu praktycznych kwestii – wyjaśnia radczyni prawna Lidia Radlińska – jak możliwość działania w imieniu małżonka bez konieczności udzielania pełnomocnictwa w sytuacjach określonych w kodeksie rodzinnym i opiekuńczym. Jednym z ważniejszych skutków zawarcia małżeństwa jest uporządkowanie spraw majątkowych. Kodeks precyzyjnie reguluje, co jest objęte małżeńską wspólnością majątkową, a co nie. To istotne nie tylko w trakcie trwania małżeństwa, ale też ułatwia podział majątku w przypadku rozstania. Należy również pamiętać o obowiązku alimentacyjnym, który spoczywa na małżonkach nawet po rozwodzie. Mąż i żona dziedziczą po sobie z mocy prawa i przy spełnieniu odpowiednich formalności są zwolnieni z podatku od spadków (podobnie zresztą jak i podatku w przypadku darowizny). Konkubenci zaś mogą dziedziczyć tylko na podstawie testamentu i nie przysługuje im zwolnienie od podatku. Małżonkowie mogą ponadto wspólnie rozliczać się z fiskusem, co w określonych sytuacjach wiąże się ze znacznymi oszczędnościami. Do małżeństw adresowanych jest ponadto wiele programów społecznych, jak na przykład Rodzina na swoim czy Rodzina plus.

Korzyści formalno-prawne są więc niebagatelne.

Ale chodzi o coś więcej, o korzyści, nazwijmy je – więziotwórcze. Czy małżeństwo ma tu przewagę nad wolnymi związkami?

Ewa Chalimoniuk, psychoterapeutka z Laboratorium Psychoedukacji: – Małżeństwo stabilizuje związek, co widać szczególnie wtedy, gdy para przechodzi kryzys. Formalna więź sprawia, że nie da się go skończyć z dnia na dzień, daje czas do namysłu, co z tym kryzysem zrobić. Można pójść na terapię, rozwiązać problem i przejść na inny etap związku albo podjąć decyzję o separacji, a może w końcu o rozwodzie. Ale jest czas na przemyślenie, na ochłonięcie, opanowanie emocji, na uporządkowanie umysłu, który podpowiada różne scenariusze. Na zastanowienie się, co rozstanie oznacza dla naszego poczucia bezpieczeństwa, komfortu, naszych dzieci, a także nad bardziej praktycznymi sprawami: jak podzielić się majątkiem, opieką nad dziećmi, gdzie mieszkać. Formalny związek utrudnia nieprzemyślane decyzje, bo trudniej tak po prostu spakować walizki i wyjść. Działa jak taki zwalniacz, hamulcowy.

Podobnie uważa Michał Pozdał: – To taki naturalny bufor, zapora przed pochopnym rozstaniem. W momencie kryzysu może wzbudzić refleksję: „To po co było to wszystko, te przysięgi, obietnice, plany?”.

Czy małżeństwo jest nam do czegoś potrzebne?
Ilustracja: Arobal

Daje poczucie bezpieczeństwa

Anna (lekarka, mama sześcioletniej córki, lat 37) i Wojtek (właściciel firmy z branży spożywczej, ojciec trójki dzieci, lat 42), razem od dwóch lat. Ślub? W życiu! Już brali, Wojtek nawet dwa razy. Kochają się, a papier może tylko wszystko zepsuć. Anna: – Po tym, co przeszłam, nie chcę deklarować się na całe życie. Wojtek: – Nie oszukujmy się, nie można ufać nawet sobie, a co dopiero drugiemu człowiekowi.

Z tym właśnie mamy dzisiaj problem. Ewa Chalimoniuk w swoim gabinecie słyszy często: „Nie chcę małżeństwa, bo nie jestem w stanie zawierzyć mu do końca”. Mówią to na ogół ludzie, którzy nie mają doświadczenia, że bliska więź daje poczucie bezpieczeństwa, albo ci, dla których wzorzec małżeństwa okazał się niestabilny, dramatyczny. – Problem zaczyna się wtedy, gdy druga osoba z tej pary ma inne doświadczenie, chce formalizacji związku, bo w nieformalnym nie czuje się bezpiecznie. Wtedy frustracja jednej ze stron atakuje związek. I zaczyna się walka. Jedna osoba naciska, druga się broni.

Według psychoterapeutki ta walka nic nie da. Zwłaszcza jeśli ktoś wyniósł z dzieciństwa doświadczenie, że bliska więź z rodzicami była zniewoleniem, nadużywała go jako osobę. Nawet jeśli ten ktoś jest tego świadomy – a większość na ogół nie jest – to naciskanie na niego może spowodować, że będzie bał się małżeństwa jak ognia. Ma bowiem wdrukowany lęk, że znowu ktoś będzie miał nad nim taką władzę, jaką mieli rodzice. Zależność kojarzy mu się z czymś okropnym i rodzi chęć ucieczki. Propozycja ślubu jest dla niego często nie do przyjęcia. Czasem jednak bywa, że zrozumienie i uszanowanie lęków partnera z równoczesną deklaracją: „Poczekam, aż będziesz gotowa, bo ja jestem” – może zmniejszyć te obawy. Zrozumienie, miłość i czas służą zmianie. Presja natomiast wzmacnia mechanizm ucieczki lub uległość, co dobrze nie rokuje.

Ewa Chalimoniuk: – Ludziom, którzy boją się ślubu, mówię: „Przecież istnieją rozwody”. To zdanie otwiera im oczy, przynosi ulgę. Gdy na siebie nie naciskamy, tylko rozmawiamy, dajemy sobie czas, to możemy pomalutku budować zaufanie i w rezultacie stworzyć stabilny, kochający się związek. Znam dojrzałych ludzi, którzy wzięli ślub na wieść o tym, że ślub bierze ich córka. Na pytanie: „Po co?”, odpowiedzieli: „A właściwie dlaczego nie? Przecież i tak jesteśmy razem”.

Według psychoterapeutki decyzja tej pary jest takim symbolicznym powiedzeniem: „Już się ciebie nie boję. Już mi nie zagrażasz. Już ci ufam”. Budujemy razem coś stabilnego, stałego, dającego poczucie bezpieczeństwa. Z jej praktyki terapeutycznej wynika, że taka deklaracja bywa bardzo trudna dla części osób nastawionych konsumpcyjnie, wybierających życie od przygody do przygody, od ekscytacji do ekscytacji. Okazuje się jednak, że gdy naprawdę się zakochują, to nie myślą o swojej wolności, tylko mają nadzieję, że ukochany odwzajemni uczucie i nigdy ich nie opuści. A jak opuszcza, to wpadają w depresję.

– Paradoksalnie odchodzą często te osoby, które na początku chciały małżeństwa, ale postawa asekuracyjna drugiej strony utwierdza je w przekonaniu, że partnerowi na nich nie zależy. Mówią: „Całe życie słyszałem, że sama sobie radzisz, więc odchodzę, bo spotkałem fajną dziewczynę, której jestem potrzebny, a ja chcę być potrzebny”. Świadoma i przemyślana decyzja o małżeństwie kończy iluzję, że za rogiem czeka ktoś fajniejszy, kto mnie bardziej uszczęśliwi. To akt odpowiedzialności za drugą osobę i za związek. Oznacza nie tylko miłość, ale też zgodę na pewne ograniczenia wolności. Niedojrzałością jest bowiem utożsamianie szczęśliwego związku tylko z motylami w brzuchu, dobrym seksem, ekscytacją. I oczekiwaniem, że masz mi dać przyjemność, a jak nie, to do widzenia.

Ważny punkt odniesienia

Kasia i Piotr, 30-latkowie, kostiumografka i dziennikarz. Zarzekają się, że ślubu nigdy nie wezmą. Jedno przed drugim wylicza dlaczego: – Bo to czysta hipokryzja – przysięganie, że cię nie opuszczę aż do śmierci, a potem zdrady, rozwód. Bo nie chcemy robić czegoś tylko dlatego, że tak wypada. Bo nikt nam nie będzie mówił, jak mamy żyć. Bo ślub to konwenans, który nic nie zmienia, a w dodatku dużo kosztuje.

Czy aby na pewno ślub nic nie zmienia?

– Ślub to rytuał przejścia, czyli wydarzenie, które rozpoczyna i kończy jakiś etap w życiu – mówi Michał Pozdał. – Niesie w sobie informację dla osób z danej społeczności: dziadków, rodziców, przyjaciół, znajomych, że od tego momentu mają inaczej nas traktować. Wbrew pozorom bardzo tego potrzebujemy. Inną funkcją takiego rytuału jest to, że staje się punktem odniesienia, pozwala patrzeć na życie z tej perspektywy, wracać do tego wydarzenia, celebrować je, jednoczyć wokół kolejnych rocznic wspólnotę rodzinną.

Michał Pozdał pracuje jako terapeuta ze starszymi osobami (po 65. roku życia). Zauważył, jak pod wpływem rozmów z tymi ludźmi zmieniło się jego myślenie na temat małżeństwa. Oni, opowiadając mu o swoim życiu – a są na etapie podsumowań – często mówią: „Aha, to było ileś lat przed ślubem, a to ileś lat po”. Ślub staje się dla nich ważnym momentem granicznym, do którego się odwołują, który nadaje strukturę ich życiu.

– Myślę, że jako młodzi ludzie nie zauważamy, że potrzebujemy takich punktów odniesienia. Znam wiele osób, które w młodości deklarowały, że nie chcą zawierania małżeństwa, a po jakimś czasie zaczynają się o to upominać w swoich związkach. Wychodzi to często w terapii par, które się nie pobrały, a które po latach tego żałują.

To paradoks, że prawa do legalizacji związków domagają się w Polsce pary homoseksualne, które nie mają takiej możliwości, a pary heteroseksualne, mogące wziąć ślub w różnej formie, przed tym się wzbraniają.

– Pary homoseksualne walczą w ten sposób o równe prawa, ale myślę, że formalny ślub to dla nich coś więcej. To symboliczny moment na poziomie indywidualnym: złączenia się, i społecznym: nadania znaczenia swojemu związkowi – mówi Michał Pozdał. – Po to większość z nas formalizuje związki. Choć może nie brzmi to najlepiej, małżeństwo to też forma długofalowej inwestycji w nasze bezpieczeństwo, przyszłość. Zataczamy w życiu koło: jako dzieci potrzebowaliśmy opieki i tej opieki będziemy potrzebować jako seniorzy. Dobrze jest mieć się na kimś oprzeć. A my tak bardzo tę prawdę wypieramy.

Osłabia samotność, wzmacnia bliskość

– Po co małżeństwo katolikom? – pytam księdza i terapeutę par Jacka Prusaka. – Jeśli przez małżeństwo rozumiemy trwały związek, to katolikom małżeństwo jest potrzebne do tego samego co niekatolikom i wszystkim innym osobom – żeby nie być samemu ze swoją samotnością. Bo wspólnie dzielona samotność staje się wspólnie przeżywaną bliskością. Dla katolików, którzy przyrzekają sobie nawzajem przed Bogiem wierność w związku, małżeństwo to także ich wspólny sposób na uświęcanie się i przeżywanie wiary. Małżeństwo jest więc z jednej strony drogą do bycia z drugą osobą i gotowością do założenia rodziny, ale z drugiej strony – drogą do bycia w więzi z Bogiem.

Dopytuję, czy katolikom ślub potrzebny jest do tego, żeby nie żyć w grzechu.

– To niewłaściwe podejście do małżeństwa, bo sprowadza ten sakrament do licencji na seks. Oczywiście, Kościół naucza, że seksualność powinna być przeżywana w związku małżeńskim ze względu na to, co w ten sposób ludzie mogą sobie dać. Seks to jednak nie rozrywka i przerywnik między innymi aktywnościami, tylko akt cementujący i pogłębiający związek. A sprowadzanie małżeństwa katolickiego do sankcjonowania seksu jest niezrozumieniem teologii małżeństwa. Bóg nie jest przeszkodą w miłości, tylko jej potwierdzeniem.

– To o czym świadczy fakt, że około 40 proc. wierzących bierze rozwód?

– O tym, że ludzie, nawet jeśli są wierzący, mają nierealistyczne oczekiwania związane z małżeństwem. Chcą, żeby dało im prawo do wolności, do przeżywania intensywnych uczuć, a nie chcą wziąć wynikającej z małżeństwa odpowiedzialności za drugą osobę oraz za własne ograniczenia.

– Ale też oczekują, że ślub kościelny zwiąże ich bardziej niż cywilny.

– To magiczne myślenie, wynikające z tego, że ludzie nie wiedzą, w czym biorą udział. Przysięgają sobie nawzajem, a nie Bogu czy księdzu. Boga proszą o pobłogosławienie tego związku, biorąc Go na świadka złożonej sobie obietnicy. Nie można swoich spraw przerzucić na Boga, myśleć: „Mamy papier i wszystko samo się ułoży”. Albo że papier wszystko zabiera. Małżeństwo, nawet kościelne, nic samo nie da i niczego nie odbierze. Może pomóc ludziom, a nie ich wyręczać.

Czy małżeństwo jest nam do czegoś potrzebne?
Ilustracja: Arobal

Coś stałego w zmiennym świecie

Ewa Chalimoniuk zaznacza, że małżeństwo nie jest dla wszystkich. Wymaga – po pierwsze – świadomości, że problemy w związkach mogą wynikać także z dziecięcych traum lub przeszłych destrukcyjnych związków. Po drugie – uporania się z destrukcyjną przeszłością. I po trzecie – ciągłej uważności i wysiłku, by nie przenosić starych wzorców i oczekiwań na małżonka.

– Są ludzie, którzy zawsze zostawiają drzwi uchylone, żeby w razie czego móc uciec. A to nie rokuje dobrze relacji, ponieważ bardzo trudno ją budować, kiedy jedna osoba wciąż się asekuruje. Trudniej nawet na poziomie materialnym, bo ludzie wtedy nie inwestują w część wspólną, tylko każdy w swoją.

Michał Pozdał: – Żyjemy w czasach bardzo dużej wolności, niezależności i to jest wspaniałe. Właściwie nic nas nie wiąże, nawet małżeństwo, bo może się rozpaść i często się rozpada. Ale mimo wszystko na poziomie symbolicznym i emocjonalnym potrzebujemy więzi z drugim człowiekiem. Nie jestem wielkim fanem ślubów, ta wizja do mnie nie przemawia, ale wiem, że wielu osobom ten akt jest bardzo potrzebny. Daje poczucie czegoś stałego w tym zmiennym świecie.

Marta Bierca: – W Polsce, gdzie nie ma ustawy o związkach partnerskich, małżeństwo to dobre rozwiązanie, bo reguluje prawa dwojga ludzi. Ale myślenie, które dominowało jeszcze kilkadziesiąt lat temu, że będziemy ze sobą do grobowej deski, odchodzi do lamusa, ustępuje myśleniu praktycznemu. Zmienia się rola kobiet i mężczyzn, zmienia się charakter małżeństwa. Nie zatrzymamy tych procesów. Trzeba więc poszerzyć definicję małżeństwa, bo w dzisiejszych czasach to już nie musi być związek sakramentalny ani związek kobiety i mężczyzny. To ciekawy moment. Zakwestionowaliśmy stare wzorce, a nowych jeszcze nie wypracowaliśmy. A może jedynym nowym modelem będzie dowolność?

●●●

Sylwia i Filip właśnie spodziewają się dziecka. Synek odziedziczy imię – Wincenty – po dziadku Sylwii. A nazwisko? Po mamie? Tacie? A może jednak bardziej sprawdzi się dwuczłonowe? Tu rodzice mają spory problem. Więc chyba jednak zdecydują się na ślub. Przecież mówili, że wezmą, jak będzie im potrzebny.

ZAMÓW

E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
?>