Czy osoby transpłciowe mają prawo być sobą? Rozmowa z psycholożką Hanną Samson

Victor Polster w roli transpłciowej Lary w filmie "Girl" Lukasa Dhonta. (Fot. materiały prasowe Gutek Film)

Dziewczynka czy chłopiec? Proste pytanie, ale już odpowiedź niekoniecznie, bo wątpliwości co do płci przypisanej przy narodzinach mają tysiące osób. I nawet jeśli to tylko ułamek procenta populacji, to jak wszyscy inni te osoby mają prawo być sobą – przypomina psycholożka Hanna Samson.

Nie wiem, dlaczego jesteśmy tacy sztywni w swoich poglądach i postawach. No dobrze, może nie wszyscy, ale większość. Strzeżemy kulturowo tworzonej normy, a wszelkie odchylenia od niej traktujemy z niechęcią, agresją, drwiną. Nasza empatia kończy się tam, gdzie pojawia się Inny, choćby w niczym nam nie przeszkadzał. Za to my potrafimy zrobić wiele, żeby jemu utrudnić bycie sobą.

Właśnie skończyłam czytać książkę Laurie Frankel „Tak to już jest”. Ta opowieść o transpłciowej dziewczynce i jej rodzinie jest fikcją literacką, inspirowaną jednak doświadczeniem autorki, której córka była wcześniej synem. Jak to jest być matką dziecka, które nie utożsamia się z płcią przypisaną mu przy narodzinach? Jak to jest być tym dzieckiem? Czy wszyscy mamy prawo do własnej tożsamości, czy tylko ci, którzy mieszczą się w kulturowo przyjętej normie? I komu wolno o tym decydować?

„Wiecie, kiedyś nie było transgenderowych dzieci. Chłopak przyszedłby do was w sukience, a wy byście powiedzieli: <To nie mój syn! >. Albo: <Chłopcy nie noszą sukienek!> , i koniec tematu. Taki dzieciak dorastałby sobie, a gdyby przetrwał dzieciństwo, gdyby przeżył okres dojrzewania, gdyby dał sobie radę jako młody dorosły, to może – o ile dopisałoby mu szczęście – w końcu odnalazłby grono ludzi, którzy rozumieją to, czego nikt inny nigdy nie rozumiał, i wtedy powoli zacząłby zmieniać ubrania i fryzurę, imię i zaimki, stopniowo sprawdzałby, jak to jest być kobietą, w końcu po latach albo dziesięcioleciach, <on> zmieniłby się może w <nią>. Albo zabiłby się na długo przedtem. Odsetek samobójstw u takich dzieciaków wynosi czterdzieści procent, wiecie?” . To słowa terapeuty, który w powieści „Tak to już jest” pomaga Rosie i Pennowi, rodzicom Claude’a, który zmienia się w Poppy, wspierać ich dziecko. Tak, kiedyś nie było transgenderowych dzieci, ponieważ nie pozwalano im się ujawniać. Jeśli robiły coś niezgodnego z przypisaną im płcią, były natychmiast przywoływane do porządku. Nie wolno im było być sobą.

Bądź sobą!

To chyba jedna z najważniejszych wskazówek, jakie dostajemy od świata na drodze do szczęścia. Nie dotyczy to jednak dzieci transgenderowych. One wiedzą, że nie wolno im być sobą, bo wywołuje to popłoch lub agresję dorosłych i bezlitosne drwiny rówieśników. Niemożność bycia sobą rodzi cierpienie, jego dramatycznym wyrazem jest przytoczona przez terapeutę liczba. Czterdzieści procent! Czterdzieści procent tych dzieci popełnia samobójstwo, na które w gruncie rzeczy skazują je nasze postawy.

Wyobraźcie sobie, że z jakichś powodów musicie udawać osobę innej płci. Przez miesiąc, dwa to może być niezła zabawa, ale przez całe życie? Przez całe życie nie móc ujawnić, kim się jest? Pilnować się na każdym kroku, żeby się nie zdradzić? Żeby się nie zachować niezgodnie z wzorcem płci obowiązującym w danym społeczeństwie? Te wzorce na szczęście się rozluźniają, ale i tak dla wielu z nas udawanie osoby innej płci byłoby trudne do wykonania, a już na pewno trudne do zniesienia. I czy takie życie miałoby sens? Czterdzieści procent świadczy o tym, że trudno go znaleźć.

Claude ma wyjątkowe szczęście. Jego rodzice kochają go bezwarunkowo, akceptują takim, jaki jest. Pozwalają mu nosić sukienki i spinki we włosach, a nawet bikini, które wywołuje poruszenie na basenie, chłopiec w bikini to sensacja i każdy musi skomentować. W końcu pozwalają mu stać się Poppy, choć oczywiście nie jest to łatwe, muszą się przeprowadzić do innego stanu, gdzie nikt nie znał Claude’a, ale przed ludźmi nic się nie ukryje i radosna Poppy zmieni się znów w nieszczęsnego Claude’a, który wolałby zniknąć niż żyć.

Trudna droga

Rodzice Claude’a, jeszcze nim stał się Poppy, byli świadomi swoich i jego praw. Szkoła też znała przepisy prawa amerykańskiego, które wychodzą naprzeciw takim dzieciom. Jeśli dziecko czuje się dziewczynką, nauczyciele powinni je tak traktować. Ale to jeszcze nie oznacza, że współpraca między rodzicami a szkołą jest prosta. Szkoła domaga się jednoznaczności, chce włożyć Claude’a w sztywne ramy, choć pięcioletnie dziecko nie wie jeszcze, kim jest i kim będzie. Pozornie sprzyjający system okazuje się opresyjny.

„Jeśli on uważa się za dziewczynkę, to ma dysforię płciową, a wtedy się do tego odpowiednio dostosujemy” – stwierdza przedstawicielka władz szkolnych. – „Jeśli jednak po prostu chce przychodzić w sukience, to wtedy zakłóca porządek i musi zacząć ubierać się normalnie. (…) Dzieci dzielą się na chłopców i dziewczynki. Szkoły nie są gotowe na takie niejasności. – Więc może powinny się przygotować – powiedział Penn. – Świat nie jest jednoznaczny”. I może warto to uznać. Może warto wyjść poza sztywne wzorce płci i zobaczyć, że kobiecość i męskość może się różnie przejawiać, że to wcale nie jest albo-albo, że ludzie mogą znajdować się też gdzieś pomiędzy i mają prawo być sobą.

Historia Claude’a/Poppy pokazuje, jak trudno być rodzicem takiego dziecka. Trzeba podejmować wiele ważnych decyzji, które nie wiadomo, co przyniosą, i przede wszystkim chronić to dziecko przed światem, dla którego jest ono sensacją. Ale pokazuje też, że transpłciowość dziecka nie musi być postrzegana jako tragedia ani jako coś wstydliwego, lecz jako indywidualny sposób istnienia w świecie, który warto wspierać i obdarzać szacunkiem.

Widzieliście film „Girl” Lukasa Dhonta? To opowieść o Larze, kilkunastoletniej uczennicy szkoły baletowej, uwięzionej w ciele chłopaka. Rzecz dzieje się w Belgii, środowisko jest sprzyjające, Lara, przechodzi kolejne procedury prowadzące do korekty płci, ma wspierającego ją ojca i mimo to jej życie jest strasznie trudne. Dzięki Larze i jej walce o siebie możemy zobaczyć, jak ważne jest poczucie własnej tożsamości i jego zgodność z naszym ciałem. Możemy zrozumieć determinację ludzi, którzy dążą do bycia sobą, choć ich droga jest bardzo trudna nawet w krajach, które uznały ich istnienie i prawa.

Niszowy temat?

Kilka miesięcy temu w Gazecie Wyborczej ukazał się wywiad z matką Emilii, która stała się Marcinem p.t. „Straciłam córkę, odzyskałam syna. Gdy dziecko zmienia płeć”. Lepiej mówić o korekcie płci niż zmianie, ale najważniejsze, że matka ją zaakceptowała. Jest szczęśliwa, że Marcin już nie cierpi, w końcu zaczął cieszyć się życiem. Ale między słowami wywiadu możemy wyczytać, jak długo chłopak był sam ze swoim problemem, nikt z nim nie rozmawiał, o tym, co się z nim dzieje, bo w polskich domach chyba nie rozmawia się o „takich” sprawach. Dopóki rzecz jest nienazwana, to jej nie ma. Zastępca dyrektora szkoły śmiał się z Marcina i przy uczniach nazywał go „transem”. Co taki człowiek myśli? Nie mam pojęcia. W sprawie Marcina szkoła nie zrobiła nic. W końcu chłopak sam otworzył temat.

„Kiedyś wchodzę do niego do pokoju, Marcin leży na łóżku. Pytam, co się dzieje, a on mówi: <Mamo, nie wiem, kim jestem>. Tego nie zapomnę. Do dziś słyszę to w głowie. Marcin był wtedy w drugiej klasie liceum, miał 18 lat” – wspomina matka, która wtedy zaczęła szukać psychologa i namówiła Marcina, żeby do niego poszedł. Dopiero w wieku 18 lat Marcin miał szansę, żeby porozmawiać z kimś dorosłym o sobie.

Kiedy w sądzie podczas rozprawy dotyczącej korekty płci przychodzi pora na zeznanie ojca, ten na pytanie sędzi, czy zauważył, że coś się dzieje z dzieckiem, odpowiedział, że nie, bo był w pracy. „Nie chciał się przyznać” – wyjaśnia matka. – „Pewne rzeczy obchodzi dookoła. Taki już jest”. Czy w wielu domach też nie tak obchodzi się ze „wstydliwymi” problemami? Dalej czytamy: „Teraz jak Marcin przyjeżdża do domu, jest normalnie, ale był czas, że nie przebywali z mężem w jednym pomieszczeniu. Nie rozmawiali ze sobą, a teraz robią sobie nawet wspólnie kawę”. Uff. Transseksualizm Marcina traktowany początkowo jako rodzinna tragedia w końcu udaje się wszystkim zaakceptować. Przed Marcinem jeszcze długa i trudna droga, ale nie jest na niej już sam.

Pod wywiadem z matką Marcina pojawiły się komentarze, z których kilka ma wspólny mianownik: czytelnicy zarzucają Gazecie Wyborczej, że zajmuje się niszowymi, zamiast ważnymi problemami, które dotyczą nas wszystkich. Jeden głos stanowi piękną przeciwwagę: „Tak, o tych sprawach trzeba pisać i mówić. Trzeba krok po kroku robić wyłom w sztywnych poglądach na istotę męskości i kobiecości. Ludzie nie są albo kobietami, albo mężczyznami. Ludzie mają w sobie cechy i kobiece, i męskie. Ludzie, którzy nie znajdują się na jednym z dwóch biegunów, którzy są gdzieś pośrodku, mają pełne prawo do własnej tożsamości – nawet jeśli stanowią tylko niewielki ułamek procenta”. Ten ułamek procenta to przecież tysiące ludzi, którzy mają takie samo prawo do bycia sobą jak my, ale ich droga jest znacznie trudniejsza. To chyba oczywiste, że warto i należy ich wspierać.