Czy rodzina patchworkowa może być szczęśliwa?

Współczesne rodziny złożone z dzieci "moich, twoich i naszych" nie są już unikatowym zjawiskiem. (Fot. Getty Images)

Tym, którzy twierdzą, że rodzina patchworkowa to bajka, przypomnijmy: to właśnie w bajkach macocha jest wredna, a pasierbica jej nie znosi. W życiu wcale nie musi tak być.

Jeśli żyjesz w patchworku, to według danych Głównego Urzędu Statystycznego, jesteś w grupie około miliona polskich rodzin. Współczesne familie złożone z dzieci „moich, twoich i naszych”, a także z ich mam i ojców, czyli byłych partnerów, i ich nowych potomków – nie są już unikatowym zjawiskiem. Być może taka „pozszywana” rodzina to współczesny następca tradycyjnego systemu? Z taką tezą spotkałam się w książce dziennikarki Aliny Gutek i psychologa Wojciecha Eichelbergera „Patchworkowe rodziny. Jak w nich żyć?”. No właśnie – jak?

Nie palić kładek

Co się stało, to się nie odstanie. Most runął: dwoje dorosłych ludzi postanowiło się rozejść, chcą założyć nowe rodziny, robią tak i otwierają następny rozdział w życiu. W ich relacji zmienia się wszystko, obojętne, czy rozstaną się za obopólną zgodą, czy z niechęcią i wzajemnym obwinianiem. Ale gdy umilkną działa, okazuje się nieraz, że poboczne wątki – przyjaźnie, znajomości i wzajemne sympatie, które powstały w czasie trwania ich związku, nie muszą radykalnie się zmieniać. I że są bardzo cenne. „To ważna zasada patchworkowej rodziny: nie ingerujemy w związki i decyzje innych dorosłych, szczególnie gdy służą utrzymaniu pierwszych relacji, tych sprzed rozpadu naszego związku” – podkreśla Wojciech Eichelberger we wspomnianej książce. Moje rozmówczynie potwierdzają, że istotnie rozstanie wcale nie musi oznaczać spalenia za sobą wszystkich mostów.

Alicja, nauczycielka, od dawna rozwiedziona, często spotyka się ze swoją byłą teściową. Razem chodzą do teatru, kina albo na zwykłe plotki przy kawie. – Rozwiodłam się z mężem, nie z jego matką – mówi Alicja – dlaczego miałyśmy przestać się widywać, skoro się zaprzyjaźniłyśmy? Mamy wspólne zainteresowania i podobne podejście do życia. W dodatku podczas rozwodu sama teściowa mówiła: „Widzę, że nie jesteście dla siebie stworzeni. Alu, odejdź od niego, ale zostań ze mną!”. I zostałam. Rodziny nie mogły tego pojąć: moja podejrzewała, że w ten sposób nie chcę do końca rozstać się z mężem, jego – że czyham na mieszkanie teściowej. Nic podobnego: po prostu się lubimy. Co więcej, była teściowa bardzo lubi mojego drugiego męża i naszą córkę, jest dla niej przyszywaną babcią.

– A moja córka przyjaźni się ze wszystkimi moimi byłymi facetami. I oczywiście z tym obecnym też – opowiada z kolei Małgosia, redaktorka. – Nie wiem, jak ona to robi, ale autentycznie utrzymuje z nimi stały kontakt i każdy z nich daje jej coś wartościowego. Z jej ojcem rozstałam się, gdy była malutka, ona tego nie pamięta, ale on od zawsze naturalnie istnieje w jej życiu. Mój pierwszy partner zaraził ją pasją kulinarną, drugi – wędrówkami po górach, trzeci i obecny – mam nadzieję już ten właściwy – zabiera ją na pokazy lotnicze w Góraszce. Być może część sukcesu tkwi w tym, że od początku nikt niczego nie udawał ani nikt się pod nikogo nie podszywał. Córka mówi „tato” tylko do swojego biologicznego ojca, a do jego partnerki i moich mężczyzn – po imieniu.

Słuszność tej zasady potwierdza Wojciech Eichelberger: „Nie wolno podszywać się pod tatę, mamę ani nawet pod wujka. Niech dzieci partnera mówią nam po imieniu, to najbardziej naturalne. Nie udawajmy, że jesteśmy z nimi spokrewnieni, bo to może mieć absurdalne konsekwencje. Bo jak dziecko ma sobie poukładać to, że mama śpi teraz z jego wujkiem?”.

Dbać o dobro dzieci

Nie zawsze jest tak miło jak w powyższych przykładach. „Patchworkowi partnerzy budują na gruzach, wchodzą w nowe związki z niezagojonymi ranami” – twierdzi Alina Gutek. Potrzeba czasu, by dorośli poradzili sobie z emocjami, ale przecież podstawowym elementem spajającym patchwork są dzieci. A one mają prawo kochać oboje rodziców bez względu na to, co tata zrobił mamie. I vice versa. To być może najtrudniejsze wyzwanie w patchworkowym życiu, bo każde z rodziców pragnie mieć w dzieciach sojuszników.

– Moje dzieci wracały ze spotkań z ojcem smutne albo wręcz obrażone na mnie – mówi Edyta, rozwódka od ośmiu lat. – Ich ojciec jest uroczym facetem, energicznym, wygadanym, córka zawsze była w niego wpatrzona jak w obraz, z kolei dla syna był wzorem męskości. Ale to on mnie zdradził i przez jakiś czas oszukiwał, krążąc między mieszkaniem kochanki a naszym domem. Może trwałoby to do dziś, gdyby nie to, że ona zaszła w ciążę i wzięła sprawy w swoje ręce. Jemu jednak nie przeszkodziło to udowadniać dzieciom, że jestem okropna i to go usprawiedliwia. Kiedy wracały z całym pakietem zarzutów wobec mnie, bardzo bolało, widziałam, jak córka cierpi, więc z kolei ja wykładałam swoje racje i wyzywałam byłego męża od kłamców i zdrajców. Czułam, jak syn kurczy się w sobie, ale chciałam, by murem stały za mną. Stały, ale bardzo nieszczęśliwe. W końcu pogadaliśmy z byłym mężem i wprowadziliśmy zakaz rozmów z dziećmi o naszych wadach i winach. Nie nastąpiło żadne obopólne wybaczenie, ale wszyscy odetchnęliśmy.

Bardzo łatwo wciągnąć dzieci w wojnę, pod pozorem mówienia prawdy zarzucić je falą własnej goryczy i uczynić powiernikiem. I dlatego nie należy tego robić! Nawet gdy mamy poczucie krzywdy. „Jeśli matka w obecności syna atakuje jego ojca, to jednocześnie atakuje syna – bo on ma ojca w sobie. Jeśli ojciec przy córce mówi źle o matce, to tak jakby mówił źle o córce. Bo ona ma w sobie matkę” – wyjaśnia Wojciech Eichelberger. Dzieci mają prawo do tego, by nie kochać nowego partnera mamy czy taty. A czasem muszą z nim być na co dzień.

– Moje życie zawodowe ułożyło się tak, że musiałam wyjechać na rok za granicę – opowiada Edyta. – Dzieci zamieszkały z mężem i jego drugą żoną, mają duży dom na przedmieściach. Po moim powrocie pozostały tam ze względu na szkołę, wygodę i mój tryb pracy. Teraz ja jestem rodzicem „dochodzącym”. Cierpiałam z tego powodu, zwłaszcza że nie chcę znać drugiej partnerki męża, a to ona teraz ma codzienny kontakt z moimi dziećmi. Najtrudniejsze jest nie pytać ich, jaka ona jest, z nadzieją, że będą się skarżyć. I jak je traktuje ojciec. Może źle? Zobaczyłyby wtedy, jakim jest draniem… Zrozumiałam jednak, że to moja projekcja, a dla nich naprawdę lepiej, żeby on nie był draniem, a ona wiedźmą.

Przepracować ukryte problemy

Kiedyś człowiek miał prócz dwojga rodziców i czworga dziadków zastępy wujków, cioć, stryjecznych sióstr i braci – teraz, w epoce jedynaków i modelu dwa plus dwa, takie rozbudowane struktury familijne mamy w zaniku. „Rodziny patchworkowe mogą zapełnić tę lukę, ale pod warunkiem że nauczą się integrować i korzystać z tego, co mają, zamiast tęsknić na próżno za tym, co bezpowrotnie minęło” – czytam słowa Wojciecha Eichelbergera. Ba! Jak się integrować, kiedy pierwsza żona nie znosi nowej? Albo kiedy ta druga jest zazdrosna o dzieci partnera z pierwszego związku?

– Najchętniej zrobiłabym coś, żeby w ogóle się nie widywali – mówi szczerze Ola, która jest drugą żoną swojego męża. Jego historia należy do tych z mniejszości: żona zostawiła go dla innego mężczyzny. – Dziewczynki są wobec mnie niegrzeczne, ostentacyjnie mówią wciąż o mamie, a kiedy on jest z nimi, mam wrażenie, że go tracę.

Co na to autorzy książki o patchworkowych rodzinach? „Jeśli zauważymy u siebie zazdrość o dzieci, to powinniśmy zadać sobie pytanie: o co chodzi? Dlaczego jestem przeczulona na tle uczucia partnera do jego dzieci? Jakie jest drugie dno tej zazdrości, może sama nie miałam dobrej relacji z rodzicami? Może to ja mam problem? Albo: co mi u licha odbiło, że nie pozwalam dziecku na kontakt z rodziną ojca (lub matki), do której ma takie samo prawo jak do kontaktów z moją?” – odpowiada Wojciech Eichelberger. „To paradoks, ale rozwód, tworzenie rodziny patchworkowej, choć to bolesne procesy – są jednak dobrą okazją do przepracowania problemów od lat spychanych do piwnicy” – konkluduje Alina Gutek.

Przestać walczyć

Mimo że Ola powoli radzi sobie z zazdrością o relacje męża z dziećmi z poprzedniego związku (doczekali się też swojego), pokój nie nastąpił. Była żona wciąż walczy o podniesienie alimentów, Ola uważa, że mąż pracuje tylko na dawną rodzinę. Każda z nich ma swoje racje: pierwsza ponosi wysiłek wychowania dzieci, a poza tym nie życzy sobie, by obca kobieta wskazywała jej błędy wychowawcze; druga boi się, że tamta zawalczy o powrót męża. Pieniądze stają się przedmiotem wiecznego sporu i narzędziem walki. Zamiast zintegrowanej rodziny, mamy trudne do zniesienia piekiełko. Dlaczego jest im tak ciężko? Zdaniem Wojciecha Eichelbergera problem bierze się stąd, że rozstający się ludzie często postrzegają siebie jako wrogów i na wojnę ruszają nie tylko sami, ale i wykorzystują w niej dzieci. „A całe przyszłe życie tych ludzi zależy od tego, czy się opamiętają, czy zdobędą się na uczciwość, odpowiedzialność i racjonalne myślenie” – podkreśla terapeuta.

Rok po ukazaniu się książki „Patchworkowe rodziny” zapytałam Alinę Gutek, jakie refleksje jej się przez ten czas nasunęły. – Że patchworków i ich problemów przybywa, więc potrzebna będzie kolejna książka…. – odpowiedziała. – Natomiast dobra informacja jest taka, że coraz więcej rodziców w podobnej sytuacji szuka pomocy i chce się dzielić z innymi swoimi doświadczeniami. Jedną z takich inicjatyw wartą polecenia jest portal założony przez patchworkową mamę Jadwigę Włodarczyk.

Polecamy książkę „Patchworkowe rodziny”. Książka stanowi swoisty podręcznik poruszania się po wspólnocie, którą tworzą byli i obecni partnerzy wraz z dziećmi oraz krewnymi.