Czy warto ryzykować? Tak!

Odwaga zawsze się opłaca. Bo nawet przy najgorszym obrocie spraw coś zyskujemy – nie żałujemy, że nie spróbowaliśmy.(Fot. iStock)

Psycholog Wojciech Eichelberger mówi, że warto wziąć przykład z ludzi u schyłku życia. Choć żałują wielu rzeczy, to nie tego – że ryzykowali. Skoro badania i mądre książki podają, że ludzie pod koniec życia najbardziej żałują rzeczy, których zaniechali albo nie zrobili – to czemu wcześniej, kiedy to życie się toczy, tak trudno zebrać się na odwagę, by robić to, na co mamy ochotę, zaryzykować?

Odpowiedź jest prosta – stajemy się bardziej odważni wtedy, kiedy zdajemy sobie sprawę z tego, że życie nie trwa wiecznie. Myślimy: „Skoro i tak za chwilę nas nie będzie, szkoda czasu i energii na wahanie i roztrząsanie – można wreszcie zaszaleć”. Podobnie politycy pod koniec ostatniej kadencji są odważniejsi niż kiedykolwiek przedtem – bo nie mają nic do stracenia.

Dopóki żyjemy i wydaje nam się, że będziemy żyć jeśli nie wiecznie, to z pewnością bardzo, bardzo długo – jesteśmy bardziej nastawieni na bezpieczeństwo, wygodne urządzenie się, na unikanie silnych wiatrów i dużych fal. I jest to poniekąd zrozumiałe. Miotani przez oczekiwania innych: partnera, dzieci, szefa, państwa, systemu oraz kaprys losu – staramy się za wszelką cenę zachować równowagę i wystarczające poczucie bezpieczeństwa. Jednak im więcej czasu mija, a tym samym im więcej go mamy na wspominanie przeszłości – orientujemy się, że być może graliśmy z życiem zbyt ostrożnie. Powracają więc do nas te wszystkie zmarnowane, obiecujące okazje, z których nie skorzystaliśmy, na które machnęliśmy ręką albo których się przestraszyliśmy. Myślimy: „Czemu ja wtedy nie zaryzykowałem?! Może moje życie potoczyłoby się ciekawiej i dostarczyło mi więcej satysfakcji”.

Ciągle nas ciekawi, co by było, gdybyśmy podjęli inną decyzję, poszli inną drogą… Ale przecież tego nie wiemy. I się nie dowiemy.

To prawda. Ale gdy takie myśli się w naszej głowie pojawiają, to z pewnością oznacza, że nie jesteśmy zadowoleni z jakości dotychczasowego życia. Być może hołdowało ono wartościom i przekonaniom owocującym obsesją bezpieczeństwa i powiązanych z nim konformizmem i tchórzostwem. A to często znaczy, że na to, co naprawdę stanowiło dla nas wartość, dotychczas nie znaleźliśmy dość miejsca. Podobnie bywa, gdy u schyłku dnia oglądamy się za siebie z poczuciem frustracji, zawstydzenia i niesmaku, bo nie obroniliśmy czegoś, co było dla nas ważne, nie sięgnęliśmy po to, co było nam potrzebne, bo wstydziliśmy się wyrazić to, co domagało się wyrazu. Myślimy: „Mogło być tak mocno, ciekawie i kolorowo, a znowu wybrałem to, co bezpieczne, nudne i frustrujące”.

Niekiedy podobne myśli przychodzą u schyłku życia, a czasem w sytuacji granicznej: w chorobie, niebezpieczeństwie. Wtedy niejednokrotnie obiecujemy sobie, że jak uda nam się wyjść z tego cało, to będziemy więcej, częściej, bardziej… Nie zawsze dotrzymujemy tych obietnic.

Bo gdy niebezpieczeństwo minie, wracamy do kalkulowania, co się bardziej opłaci: sięgnąć po upragnione, ryzykując porażkę i utratę tego, co mamy, czy odpuścić i zachować niesatysfakcjonujące status quo. A najbardziej nam się marzy, by móc zjeść ciastko i nadal mieć ciastko – co, jak wiemy, nikomu się dotąd nie udało. Kończy się na tym, że przez całe życie chodzimy, a potem umieramy, z nienapoczętym ciastkiem w ręku, bo choć w ostatniej chwili nabraliśmy odwagi, by ugryźć spory kęs, to, niestety, zabrakło nam już sił, by je podnieść do ust.

Smak życia można poznać jedynie, wychodząc ze strefy komfortu?

Oczywiście. Jest nawet takie powiedzenie: „Lepiej spróbować i żałować, niż żałować, że się nie spróbowało”.

„Kto nie ryzykuje, nie pije szampana”…

„Do odważnych świat należy” i „Odważnym szczęście sprzyja”…

Czyli odwaga się opłaca?

Odwaga zawsze się opłaca. Bo nawet przy najgorszym obrocie spraw coś zyskujemy – nie żałujemy, że nie spróbowaliśmy. W najlepszym wypadku – rozbijamy bank, choć często okazuje się, że nagroda jest wypłacana w innej postaci niż ta, na którą liczyliśmy.

Podam może trywialny przykład, ale adekwatny do tego, o czym mówimy. W popularnym teleturnieju „Milionerzy” gracz ma możliwość wycofania się z dalszej gry – wtedy zachowuje wcześniej wygrane pieniądze, niezależnie od tego, czy na kolejne pytanie udzieli dobrej, czy złej odpowiedzi. Jeśli jednak zaryzykuje, może podwoić to, co do tej pory wygrał. I powiem ci, że po reakcjach publiczności i prowadzącego widzę, że bardziej szanuje się tych, którzy ryzykują. Ja też wolę, kiedy mówią: „Przyszedłem tu dla zabawy” albo „Raz się żyje”. Sądzisz, że tak samo jest w życiu?

Podobnie, choć nie tak samo. Ważna różnica polega na tym, że tu odwaga mniej kosztuje. Bo w „Milionerach” zawsze zyskujesz. Ryzyko polega tylko na tym, że możesz wygrać mniej, niż było do wygrania. Nie ryzykujesz więc straty. Strata jest tylko wirtualna. W życiu natomiast bywa tak, że jedyną, trudną do docenienia nagrodą za odwagę jest to, że wszystko tracisz i nie żałujesz, że spróbowałaś.

Można powiedzieć, że przychodząc na ten świat, też możemy tylko coś zyskać.

To prawda. Na fundamentalnym poziomie zawsze zyskujemy, bo nawet gdy zaryzykujemy i stracimy, to zyskujemy ważne doświadczenie odwagi podjęcia ryzyka, a także doświadczenie straty. Ale prawdę mówiąc, tracimy najwięcej, nie realizując naszych talentów, czyli możliwości umysłu, serca i ducha. I taką sytuację dramaturgia „Milionerów” trafnie ilustruje, gdy prowadzący mówi: „Możesz wybrać pozostanie przy tym, co do tej pory osiągnęłaś, ale i tak odczytam ci kolejne pytanie warte drugie tyle”. Jeśli okaże się, że odpowiedź na pytanie, z którego zrezygnowałaś, była ci znana, to tak jakbyś w grze z życiem nie wykorzystała swojego talentu. Z tym że w przeciwieństwie do teleturnieju, prawdziwe życie nigdy ci nie pokaże kolejnego pytania. Nie będziesz więc wiedzieć, czy dobrze, czy źle zrobiłaś, nie podejmując ryzyka. Wtedy zapewne na długie lata staniesz się neofitką swojej konserwatywnej i rozsądnej wiary, by u schyłku życia zwątpić w jej sens i słuszność, nazwać ją tchórzostwem i konformizmem i żałować tego, czego nie wybrałaś. Ale twój żal i tak karmić się będzie w najlepszym razie tym, co będziesz nazywać przeczuciem lub intuicją, choć tak naprawdę będzie to tylko życzeniowe myślenie i fantazje – bo przecież nadal nie będziesz wiedzieć, jakie było następne pytanie i czy znałaś na nie odpowiedź.

Gra z życiem jest o wiele trudniejsza niż gra o milion złotych. Ale mimo to ludzie kibicują tym, którzy dużo ryzykują – grają o wszystko nie tylko w „Milionerach”, ale też grają o wszystko w życiu. Kibicują, bo sami tęsknią za ryzykiem.

Warto stawiać wszystko na jedną kartę?

Wygląda na to, że warto. Tak jak w przypowieści o biednym rolniku Malinowskim, który tak długo modlił się o wielkie pieniądze, że w końcu zniecierpliwiony Bóg wychylił się zza chmur i huknął: „Malinowski, daj mi szansę! Przynajmniej kup, do cholery, los na loterii!”. W każdym razie warto pamiętać, że życie, los czy Bóg nie codziennie proponuje nam taki deal jak w „Milionerach”. W najlepszym wypadku – raz na jakiś czas. Warto więc uważać, żeby go nie przegapić.

Na przykład jesteś w jakimś związku i nagle się zakochujesz w kimś innym. Myślisz: „Kurcze, co tu zrobić? Na co postawić? Mogę iść za głosem serca i stracić to, co mam, ale nie mam gwarancji, że wygram tamten związek, a jak wygram, to nie wiadomo, czy będzie lepszy od dotychczasowego. Mogę zostać tam, gdzie byłam do tej pory, przecież było jako tako, ale co robić, skoro moje serce jest gdzieś indziej? Ryzykować więc czy nie ryzykować?”. Bywa, że angażujemy się w nowy związek, definitywnie zamykamy dotychczasowy, a po jakimś czasie okazuje się, że ten nowy jest jeszcze gorszy niż poprzedni. Myślimy wtedy: „Jaka byłam głupia! Po co mi to było?”. Ale nie wiesz i nigdy nie będziesz wiedzieć, co by się stało ze starym związkiem, gdybyś w nim została. Gra z życiem bywa okrutna jak poker, gdy rezygnujesz z podwyższania stawki nawet do poziomu „sprawdzam” i przegrywasz dużą sumę, nie wiedząc, co przeciwnik miał w kartach. Z drugiej strony często wolimy nie wiedzieć, by móc żyć w złudzeniu, że zachowaliśmy się rozsądnie.

Mówimy o relacjach miłosnych, ale niezależnie od sfery życia – odwaga chyba zawsze dotyczy podążania za podszeptami serca, w kontrze do głosu rozsądku.

W wielu wypadkach – tak. Myślę, że tym żałującym pod koniec życia tego, czego nie zrobili, o to właśnie chodzi – że nie poszli za głosem serca. Że zamiast wydać pieniądze, które tak oszczędzali na czarną godzinę, zostawiają je teraz w spadku niewdzięcznym dzieciom, które o nich zapomniały. To jest jeden z tych ważnych momentów gry z życiem: czy oszczędzać pieniądze na „czarną godzinę” i stare lata, by mieć za co się męczyć na starość, czy jak najszybciej na początku emerytury, póki sił starcza, przeznaczyć je na realizację marzeń i pasji, na które brakowało czasu w zapracowanym wcześniej życiu? Mieć czy zjeść to ciastko? Mieć czy być? Mieć czy żyć? Jakże ważna, niezwykle trudna decyzja. Ale skoro nie wiemy, co nas czeka, i gramy z życiem w ciemno, to może warto zaryzykować i poprosić o następne pytanie?

Sądzisz, że ludzie zwykle ryzykują?

Zależy jacy ludzie. Sądzę, że większość zachowuje się ostrożnie, zachowawczo i koniunkturalnie. Bezpieczeństwo jest naszą powszechną obsesją, podgrzewaną nieustannie przez marketing, bo lęk czyni nas spolegliwymi konsumentami. Ale z tego samego powodu gorąco kibicujemy tym, którzy często ryzykując wszystko, realizują swoje marzenia, aspiracje czy talenty, a także ludziom wybitnym i wielkim bohaterom naszej cywilizacji. Przecież prorocy wszystkich wielkich religii byli buntownikami na wielu poziomach i odważnie ryzykowali bardzo wiele, nawet życie, by otwierać ludziom oczy, uszy i serca na duchowy wymiar istnienia. Gdzie byśmy byli teraz w rozwoju naszej wiedzy o świecie, gdyby nie odwaga Galileusza, Kopernika, Einsteina, Pasteura, Darwina czy Marii Skłodowskiej?

„Lepiej spróbować i żałować, niż żałować, że się nie spróbowało.” – łatwo powiedzieć.Bezpieczeństwo jest naszą powszechną obsesją, podgrzewaną nieustannie przez marketing, bo lęk czyni nas spolegliwymi konsumentami. (Fot. iStock)

Ale słyszymy też o tych, którzy przez całe życie próbowali i nic. Co ciekawe, często bliscy tych „niespełnionych” mówią, że oni właśnie byli spełnieni, bo całe życie podążali za marzeniami, za tym, co kochali.

I właśnie o to chodzi. Oni przynajmniej nie żałowali, że nie próbowali. Zrobili wszystko, co mogli, żeby podążać za swoimi potrzebami, aspiracjami czy impulsem serca. Niezależnie od efektu końcowego – to daje ogromną satysfakcję. Sukcesem dla wielu osób jest już samo to, że spróbowali. Wygląda na to, że u kresu życia niewielu żałuje, że ryzykując, przegrali. Najbardziej żałujemy niewykorzystanych możliwości. Porażka w starciu z losem nie boli, bo to przeciwnik potężny, z którym nie mamy żadnych szans. Najbardziej bolą porażki z własną słabością, lenistwem, tchórzostwem, asekuranctwem, z uzależnieniami i szkodliwymi nawykami. Jeśli nawet przegrywamy w starciu z potężniejszym przeciwnikiem, lecz zrobiliśmy w tej walce wszystko, na co było nas stać – to nie mamy poczucia porażki.

Czyli czym właściwie jest życiowa odwaga? Pokonaniem lęku przed porażką? Bo dochodzimy do wniosku, że nie ma porażek, są tylko lekcje?

Nie wszyscy potrafią sobie to tak ułożyć w głowie i przeżywają porażki bardzo depresyjnie. „No i po co ja się wychylałem? Mogłem zostać w tym bezpiecznym, fajnym miejscu, trzymać na koncie oszczędności, a tak zainwestowałem i nie mam nic”. W tej sprawie największy żyjący duchowy autorytet – Dalajlama ostrzega: (cytuję z pamięci) „Uważaj, bo gdy tracisz coś, do czego byłeś bardzo przywiązany, to prawdopodobnie w tej samej chwili dostajesz największy dar”.

Od czego zależy to, jaką mamy interpretację? Przychodzimy na świat z większą lub mniejszą dozą śmiałości? Czy to doświadczenia nas kształtują?

Moim zdaniem odwaga nie jest kwestią genetyczną. Raczej jest przekazywana z pokolenia na pokolenie w rodzinnym systemie poprzez wychowywanie i wzorce. One sprawiają, że albo opowiadamy się za życiowym ryzykiem, albo dążymy za wszelką cenę do bezpieczeństwa.

Ci, których uznajemy za bohaterów, przyznają, że bali się jak cholera, ale udawali, że strach ich nie dotyczy.

Bo nie może być odważny ktoś, kto nie odczuwa strachu. Odwaga polega właśnie na jego pokonywaniu. Tych, którzy się nie boją, na przykład z powodu organicznych zaburzeń mózgu, skrajnej psychopatii lub maniakalnej psychozy – nie można nazwać odważnymi.

Są osoby, które ciągle balansują na granicy życia i śmierci.

Powtórzę raz jeszcze: jeśli igrają ze śmiercią, bo się nie boją, to nie jest to odwaga. To albo szaleństwo, albo chorobliwa brawura, albo po prostu głupota. Nie wolno niemożności przebierać w szaty cnoty. Choć często popełniamy ten błąd i osoby, które nie odczuwają lęku, nazywamy odważnymi.

A tych prawdziwie odważnych nazywamy szalonymi…

Kluczowe jest to, czy ci ludzie pokonują strach związany z określoną sytuacją albo jakiś niespecyficzny, uogólniony lęk. Jedni i drudzy są bohaterami. Jest takie powiedzenie: „Lęk jest złym doradcą”. To prawda. Bo lęk jest niespecyficzny i rozlewa się często na cały świat, wpycha nas do kąta sypialni i nie pozwala z niego w ogóle wyjść. Taki lęk trzeba więc testować, by nas nie obrabował z życia. Dla osoby zalęknionej samo wyjście z kąta jest aktem odwagi przewyższającym osiągnięcia herosów i zasługującym na najwyższy szacunek. Ale z pokonywaniem strachu musimy uważać, bo w przeciwieństwie do lęku może być trafnym ostrzeżeniem, które warto brać pod uwagę. Na przykład kiedy wiem, że nie potrafię pokonać stromej ściany nad przepaścią, bo nigdy tego nie robiłem, albo zamierzam przejechać się wyścigowym samochodem, a nie mam w tej mierze żadnego doświadczenia – to mój strach jest uzasadniony i lepiej go posłuchać. Chyba że mojemu życiu coś zagraża i jest to jedyna droga ucieczki. Wtedy odwaga będzie bardzo potrzebna.

A można w sobie wytrenować odwagę?

Nie tylko można, ale trzeba. Tym bardziej że w obecnych czasach straszenie nas jest narzędziem marketingowym. Jak chcesz komuś coś sprzedać, to najpierw musisz go nieźle nastraszyć, a potem powiedzieć, że masz coś, co pomoże ukoić jego lęk. To jest chore. Żeby podać skrajny przykład obsesji bezpieczeństwa, narzucanej dzieciom przez rodziców, a rodzicom przez marketing – wielu rodziców kupuje dziś specjalne kaski czy ochraniacze dla dzieci, które uczą się chodzić. Ale przecież one poprzez to, że tu się przewrócą, a tam uderzą, uczą się życia i rozumienia swoich granic. Jak one zdejmą te kaski i ochraniacze, to dopiero wtedy się zrobi niebezpiecznie. Grozi im to, że będą się bały zdjąć je do końca życia.

Często opowiadam o tym, co było dla mnie małym olśnieniem, gdy ojcowałem moim jeszcze małym dzieciom. Otóż zrozumiałem, że moim obowiązkiem wobec dzieci jest przekraczać swoje własne lęki i lenistwo i zamiast zakazywać im robienia czegoś ryzykownego, uczyć, jak to robić, by było bezpiecznie. Kiedyś jeden z moich synów – miał wtedy jakieś 8 lat – podszedł do mnie i spytał: „Tato, a czy ja mogę wejść na to wielkie drzewo?”. Ponieważ wróciłem właśnie do domu okropnie zmęczony, pierwszym moim odruchem było: „Ależ absolutnie nie, bo spadniesz i się zabijesz. Zabraniam wchodzenia na takie drzewa!”. Kiedy dotarło do mnie, co powiedziałam, dałem sobie w myślach solidną reprymendę: „Wojtek, co ty wyprawiasz! Przecież sam chodziłeś po drzewach jako młody chłopak. Nie strasz dziecka światem! Rusz tyłek i pokaż mu, jak to się bezpiecznie robi”. Wstałem więc z kanapy i zabrałem się do instruktażu.

Jako rodzice ciągle musimy pokonywać swoje lenistwo i swoje lęki…

Jeśli rodzic sam czegoś nie umie, to zwykle nie pozwoli swojemu dziecku tego robić, zarazi go swoim lękiem. Stąd biorą się te słynne „Nie biegaj, bo się przewrócisz”. I czego uczymy nasze dzieci? Że najlepiej siedzieć bezpiecznie na kolanach u mamy. Wszyscy powinniśmy pokonywać krok po kroku bariery, które chronią nas przed pełnym przeżywaniem życia, czyli sprawdzać, czy rzeczywiście było się czego bać.

Jedna rzecz to pokonywanie lęku, druga to umiejętność tłumaczenia porażek nie jako błędów, ale jako lekcji. Aktorka Jennifer Aniston powiedziała niedawno, że choć jej oba małżeństwa zakończyły się rozwodami, to uważa, że były bardzo udane.

Widocznie starczyło jej odwagi, by odejść, zanim się popsuły, póki jeszcze sztylety złych uczuć nie latały w powietrzu. Tak, do tego też trzeba odwagi.

 

RZECZY, KTÓRYCH NAJBARDZIEJ ŻAŁUJĄ LUDZIE PRZED ŚMIERCIĄ

  • Że nie mieli odwagi żyć tak, jak chcieli, a żyli tak, jak oczekiwali inni
  • Że tak dużo pracowali
  • Że nie mieli odwagi okazywać uczuć
  • Że stracili kontakt z przyjaciółmi
  • Że nie pozwolili sobie być szczęśliwymi