Czy złość jest nam do czegoś potrzebna? Tłumaczy Wojciech Eichelberger

Agresja sama w sobie nie jest zła. Odwrotnie - jest niezbędna do życia. Należy jednak umieć nad nią zapanować. (Fot. iStock)

Jedni rzucają kubkami o podłogę. Inni nie złoszczą się nigdy. Są i tacy, którzy twierdzą, że nie złościliby się, gdyby nie wredni bliźni. Czy złość jest nam w ogóle do czegoś potrzebna? Czym różni się od gniewu i agresji?

Mam koleżankę, która nigdy się nie złości. Wszyscy ją lubią, chętnie się z nią spotykają…
To niemożliwe, aby naprawdę złości nie czuła. Znaczyłoby to, że ma inne niż my wszyscy DNA. Inne popędy. Aby to zrozumieć, zacznijmy jednak od początku: gdy mówimy o złości, najczęściej stosujemy wymiennie z pozoru bardzo podobne słowa, takie jak: „agresja”, „gniew” i właśnie „złość”. Najpierw agresja. To wrodzony instynkt, który umożliwia nam obronę siebie i bliskich. Mechanizm, którego nie wolno niszczyć, bo czasem trzeba walczyć albo uciekać. Trzeba też zdobywać pokarm – kiedyś musieliśmy polować, dziś musimy rywalizować, walczyć o pracę, o awans. Seksualność także ma w sobie energię tego popędu, zwłaszcza męska, bo jest związana ze zdolnością do penetracji. Na poziomie instynktownym agresję warto więc zostawić w spokoju.

Chyba że zagraża niegroźnym i niejadalnym…
Agresja, jak każdy instynkt, może w ciągu życia ludzkiego zmienić się na różne sposoby. Jednym z nich jest nadmierna agresywność, tak wynaturzona i silna, że zmienia naszą percepcję świata i w rezultacie niemal w każdym widzimy wroga lub ofiarę. Przyczyną bywa poczucie zagrożenia wyniesione z domu, jeśli tam nie czuliśmy się bezpieczni, bo nasi opiekunowie byli brutalni i tak zaszczepili nam przerażającą wizję świata. I jeśli przez takie doświadczenie jak przez filtr postrzegamy innych ludzi, to z lęku przed nimi stajemy się niebezpieczni.

Dopiero nadmierna agresja wynikająca z lęku powoduje, że możemy kogoś pobić?
Agresja jako taka rzadko owocuje fizycznym atakiem. Raczej daje siłę do potrzebnego nam do przeżycia działania. Bywa jednak także odwrotnie: na skutek wychowania, przeżyć, wyznawanego systemu wartości nasza agresja zostaje stłumiona. Zazwyczaj dotyczy to kobiet. I u twojej koleżanki, której nic nie złości, mógł nastąpić właśnie mechanizm wyparcia, który jest bardzo kosztowny. Utrzymywanie agresji pod dywanem wymaga ogromnych nakładów energii. Nie ma to też sensu, bo i tak energii tego popędu nie da się zniwelować, unicestwić. Wyparta agresja wyrazi się w inny, destrukcyjny albo autodestrukcyjny sposób. Wtedy jej energia kieruje się przeciwko nam samym.

Czyli stajemy się agresywni wobec samych siebie. Czy nie sprzyja to rozwojowi chorób autoimmunologicznych?
W ciele autoagresja ujawnia się paradoksalnym działaniem układu immunologicznego, który zamiast bronić nas przed zagrożeniami, atakuje własny organizm. Dzieje się tak, bo skoro nie można użyć energii, jaką daje agresja, do tego, by się bronić przed zewnętrznym agresorem, używamy jej do tego, by zaatakować siebie! Trochę tak jak dwa złe psy – gdy biegną po drugiej stronie siatki za rowerzystą, a nie mogą go złapać za łydkę, ze złości zaczynają gryźć same siebie. Energia agresji raz uwolniona musi zostać użyta. To samo co na poziomie fizycznym dzieje się także na poziomie emocjonalnym, czyli agresywnych uczuć do samego siebie. Autoagresywne są wszelkie nałogi, bo przecież to swoisty atak na siebie, zatruwanie organizmu alkoholem czy narkotykami. Przejawem autoagresji jest też, oczywiście, samookaleczanie, jak wyrywanie sobie włosów, drapanie do krwi, a także obgryzanie paznokci, które można interpretować jako pozbawianie się służących do obrony lub ataku pazurów…

Mam powiedzieć koleżance, której nic nie złości, że to niezdrowe?
Tak, bo po pierwsze, wyparcie agresji często powoduje depresję, a po drugie, sprawia, że emanujemy wibracjami ofiary, które prowokują agresorów. Łatwo więc stać się ofiarą, gdy rezygnujemy z siły, która może nas obronić. A to z kolei wtórnie powoduje depresję, bo podważa nasze zaufanie do siebie i do świata. Agresja sama w sobie nie jest więc zła, odwrotnie – jest niezbędna do życia. Dlatego wychowanie nie powinno dążyć do jej wyparcia przez karanie czy ośmieszanie, jeśli agresja jest uzasadniona, ale do tego, by dać dzieciakom umiejętność kontroli agresji i ofiarować im w tej sprawie dobre wzorce.

To jak nauczyć się kontrolować agresję i posługiwać nią?
Po pierwsze, nie mieć do siebie pretensji, że się ją czuje. A wielu ludzi tak myśli. Z agresją jest taki sam zamęt kulturowy jak z seksualnością. Niektórzy miewają pretensje do siebie, że są istotami seksualnymi. A każdy jest. Po drugie, warto uczyć się używać agresji do samoobrony, na przykład trenując sztuki walki. Mężczyźni często z tej możliwości korzystają. Kobiety rzadko, a przecież mają takie same instynkty jak mężczyźni. Zaprzeczając swojej popędowej naturze, kobiety nadal stają się całkiem bezradne wobec agresji mężczyzn – do czasu…

…kiedy chwycą za patelnię i rozbiją głowę agresywnemu mężowi?
Właśnie. Kiedy wypartej agresji nie sposób już w sobie pomieścić, następuje wybuch niekontrolowanej furii, która bywa naprawdę groźna. Ale zazwyczaj konsekwencje długotrwałego tłumienia i wypierania agresji są inne i polegają na stłumieniu wszystkich innych popędów. Szczególnie seksualnego. A to dlatego, że ośrodki zawiadywania instynktami znajdują się w jednym miejscu w podkorowych strukturach mózgu. A więc wyhamowanie jednego z nich wpływa hamująco na pozostałe. Stąd osoby obu płci, które wyparły agresję, zazwyczaj cierpią także na zaburzenia libido, czyli mają albo mniejsze, albo nadmiarowe potrzeby seksualne. Trzeci sposób posługiwania się agresją, którego warto się nauczyć, to używanie jej jako tak zwanego słusznego gniewu.

Czym jest słuszny gniew?
Zacznę od tego, że gniew, podobnie jak agresja, ma moc sprawczą. Gniew to agresja poddana świadomości i użyta do obrony swojej lub cudzej godności, autonomii lub wartości, które cenimy. Użyty też do obrony kogoś innego przed jego własnym złym zachowaniem. Na przykład ojciec słusznie gniewa się na syna, który bierze narkotyki. Ale nie bije go i nie stosuje drakońskich kar, lecz szuka dla niego ośrodka odwykowego. Gniew nigdy nie jest agresją skierowaną do osoby, ale zawsze dotyczy jej zachowania. Służy np. obronie tej osoby przed nią samą, przed złym zachowaniem.

Czy słuszny gniew nie rodzi ryzyka terroru opartego na przekonaniu: „Ja wiem lepiej, co dla ciebie dobre”?
Słuszny gniew może być gniewem chybionym, masz rację. Posługiwanie się nim wymaga mądrości i zrozumienia natury ludzkiej, a także, a może przede wszystkim, empatii. Słuszny gniew – zideologizowany, bez empatii – łatwo staje się terrorem. Gniew to mocne uczucie, ale też mamy nad nim pełną kontrolę. Nie uderza nam do głowy. Energię gniewu możemy nauczyć się magazynować dzięki ćwiczeniom oddechowym, medytacji czy tai-chi. Wówczas potrafimy go trzymać w swoim centrum, na poziomie brzucha, przepony. To możliwe, ponieważ gniew, jak już mówiłem, podlega świadomości podobnie jak oddech. A więc dzięki opanowaniu świadomego oddechu możemy go „złapać” i używać jak każdego innego narzędzia. Możemy dzięki niemu rozwalić stragany sprzedawcom w świątyni, jak zrobił to Jezus, ale też w każdej chwili się zatrzymać, bo ta emocja nas nie zalewa, nie rządzi nami, jest uświadomiona – dlatego ją kontrolujemy.

A złość – czym jest i czy też jest dla nas dobra?
No, właśnie nie. Złość to jedynie sposób na odreagowanie tłumionej agresji. Jej przejawy to: złośliwość, poniżanie, obelgi, cynizm. Złość jest tylko wypaczoną, niedokończoną formą wyrażenia stłumionej agresji. Dlatego nie daje nam siły do konkretnych działań, które pomogą zaspokoić nasze potrzeby czy obronić wartości. Złość nie ma w sobie takiej mocy sprawczej, aby pomóc nam zdobyć to, czego potrzebujemy. Adresujemy ją też zazwyczaj nie do tego, kto jest powodem naszej frustracji czy zagrożeniem. Złość kierujemy do tego, kogo się nie obawiamy. Z lęku przed zemstą lub z poczucia bezsilności zamiast krzyczeć na szefa czy partnera, krzyczymy na dzieci czy kelnerkę.

Właśnie, czy złość może ukrywać różne emocje?
Bywa nieświadomą odpowiedzią na sytuację, w której nasze potrzeby nie zostały zaspokojone. Na przykład potrzeba szacunku czy podejmowania decyzji w swoich sprawach. Trzeba nauczyć się rozpoznawać emocje, aby móc nimi zarządzać. W tym celu warto cofnąć się o krok, zobaczyć, kiedy te uczucia się pojawiły. Zastanowić się, co się stało, że odczuwam złość. Warto traktować ją jako sygnał, że dzieje się coś, co mi nie odpowiada. Kiedy wiem, co to jest, mogę powiedzieć: „Złości mnie, kiedy tak się zachowujesz, bo czuję się nieszanowany”; „Jestem zły na ciebie”. To ważne komunikaty. Informują, że w naszej relacji wydarzyło się coś, co mi nie odpowiada. Czasami słowa wystarczą, aby zachowanie tej osoby się zmieniło. Jeśli nie, to ekspresją ciała i głosu pokazujemy siłę tego, co czujemy. Jeśli to też za mało, robimy to, co nas powstrzyma od bezpośredniego, fizycznego ataku, czyli tupiemy, walimy pięścią w stół, rzucamy talerzem. Oczywiście, najlepsze jest przekształcenie złości w gniew, bo nad nim mamy kontrolę.

Czy to przypadkiem nie lęk jest tym uczuciem, które ukrywa się pod złością?
Lęk to sygnał, że nasze poczucie bezpieczeństwa jest zagrożone. Ale ponieważ lęku się wstydzimy, a poza tym naraża nas on na jeszcze większe niebezpieczeństwo, więc przykrywamy go złością. Dziecko, które zacznie bić mamę czy tatę albo niszczyć przedmioty, spowoduje, że rodzice się nim zajmą. Czyli poczuje się bezpiecznie. Nauczy się więc złością radzić sobie z brakiem poczucia bezpieczeństwa i z brakiem uwagi innych. Złość może zasłaniać lęk, dlatego warto się zatrzymać i zastanowić, skąd się ona wzięła. Najlepiej poznać i okazywać prawdziwe uczucie. Zwłaszcza z bliskimi komunikować się, mówiąc o uczuciach, które nie zostały zaspokojone. O wartościach, które nie zostały uszanowane, potrzebach, których nikt nie zauważył. Bo tylko wtedy, kiedy wiemy, co nam naprawdę doskwiera, możemy temu zaradzić.