fbpx

Córka polarnika

Córka polarnika
Corbis

Idealna książka na zimę. Gdy się czyta o zaspach śniegu na Grenlandii, mroźnych zawieruchach i górach lodowych, to nasze lokalne mrozy nie wydają się już takie straszne.

Autorka, Kari Herbert, zdecydowanie woli zresztą srogi polarny klimat od europejskiej zimy. Miała 10 miesięcy, kiedy wyjechała z rodzicami na Grenlandię. Jej ojca sir Wally’ego Herberta, znanego podróżnika, nosiło po świecie i nawet po ślubie nie zmienił się w domatora. Namówił więc młodą żonę, by razem z córeczką, wyjechali razem na Północ. Łatwo nie było, ale maleńka Kari zakochała się w Grenlandii, eskimoskich przyjaciołach, puchatych psach husky i życiu w harmonii z naturą. Pierwsze słowa wypowiedziała w języku eskimosów. Pierwsze kroki postawiła na śniegu. Gdy po kilku latach wyjechała do Anglii, cały czas tęskniła za surowym krajobrazem Północy. Po 30 latach wróciła.

Kari Herbert, „Córka polarnika. Zapiski z krańca świata”, Carta Blanca 2010

Trzy pytania do Kari Herbert

SENS: Po trzydziestu latach postanowiła pani powrócić na Grenlandię, na której wychowywała się jako małe dziecko. Dlaczego?

Kari Herbert:Gdybym tylko mogła, na pewno pojechałabym tam dużo wcześniej. Przede wszystkim pragnęłam zobaczyć, sprawdzić, czy ta więź, którą wciąż odczuwałam jako silną i prawdziwą w stosunku do miejsca mojego dzieciństwa, rzeczywiście istnieje, czy moi sąsiedzi z Wyspy Herberta, o których zawsze myślałam jako o mojej najbliższej rodzinie, rozpoznają mnie…

Coś panią ucieszyło lub zdziwiło po tak długiej nieobecności?

Grenlandia uległa wielkim przemianom od czasu, kiedy byłam małą dziewczynką. Nawet do najdalej wysuniętych na północ osad myśliwskich dotarły echa nowoczesnego świata – odbiorniki TV, centralne ogrzewanie, bieżąca woda, telefony komórkowe i internet. To było coś, co mnie zupełnie zaskoczyło i w żadnej mierze nie przypominało już prostego i ciężkiego życia, jakie zapamiętałam. Mimo to ludzie nie zmienili się aż tak bardzo – wciąż mają tę wyjątkową nić porozumienia z otaczającym ich środowiskiem naturalnym i dzikimi zwierzętami, z którymi je dzielą.

Co może dać nam, współczesnym Europejczykom, podróż w tamte rejony?

Współczesna Grenlandia nie byłaby chyba wielkim szokiem dla Europejczyka, chyba że wybrałby się na polowanie z grupą eskimoskich myśliwych lub w daleką podróż zaprzęgiem sań ciągniętych przez husky. To największe na Grenlandii wyzwania życia, a jej mieszkańcy, Innuici, są prawdziwymi mistrzami tej sztuki. Zobaczyć myśliwego podczas jego pracy jest prawdziwym przywilejem, ale może też szokować nas, ludzi do bólu ucywilizowanych, gdyż nie jesteśmy przyzwyczajeni do tego, by sami zdobywać pożywienie w dziczy!