Czy Kasi wszystko się udaje?

Czy Kasi wszystko się udaje?
fot. Tatiana Jachyra

Śmiejąca się Polka? Wiadomo: Pakosińska. Magiczna, emocjonalna, niesamowicie energiczna i mało asertywna. Przy tym nieco staroświecka i niepewna na Nowy Rok, no bo czym wypełni kolejny kubeczek? Czarów by trzeba z Łysej Góry albo talizmanu – wcale nie żartuje w rozmowie z Mają Jaszewską.

-Jako przedstawiciele depresyjnej kultury Północy, my, Polacy, nie jesteśmy raczej skorzy do radości. Jak to pani ocenia?

-Fakt, mało się śmiejemy i wydaje mi się, że uważamy śmiech za coś wstydliwego, często równoważąc go z infantylnością. Zdaniem wielu, ktoś, kto się dużo śmieje, jest naiwny i niepoważny. Widzę to, gdy gramy dla szefów, prezesów i innych wysoko postawionych w hierarchii zawodowej osób. To są bardzo ciężkie występy, bo trudno do takich widzów dotrzeć – im już nie wypada się śmiać. Natomiast świetnie się gra w niewielkich miasteczkach, wsiach… Tam ludzie przychodzą z pełną otwartością na zabawę. To są występy najprzyjemniejsze i najbardziej kreatywne.

-Każdy z nas ma potencjał śmiechu, homo ludens w końcu do czegoś zobowiązuje, prawda?

-A pani umie narzekać? Jakoś sobie tego nie wyobrażam…Wolę mówić ludziom dobre rzeczy. Doceniać ich wysiłki i sukcesy. Czasami wystarczy jedno życzliwe zdanie, żeby ktoś rozbłysnął. Niepotrzebnie żałujemy sobie słów zachęty, zachwytu czy podziwu. Trzeba wprowadzić dobrą zasadę mówienia sobie szczerych pochwał. Od razu będzie nam się lepiej żyło.

-Nie odczuwa pani czasami presji własnego wizerunku: „zawsze miłej i uśmiechniętej”?

-Owszem. Bywają chwile, że mam ochotę tupnąć, wrzasnąć czy przekląć. Ooo, to też potrafię! Jadę na przykład do miasta i mam akurat kiepski dzień, wszystko mnie denerwuje. Ale wchodzę do sklepu i wita mnie uśmiechnięta pani, która spodziewa się, że ja też obdarzę ją uśmiechem. No więc żartuję i pytam, jak jej minął dzień. Przez to, że przeskakuję na tor jej nastroju, robi mi się milej i weselej.

-Nie pozwala sobie pani na okazywanie złości i niezadowolenia?

-Pozwalam, ale – niestety – wobec najbliższych, bo są pod ręką, znają mnie i wiem, że jak potem przeproszę, to przebaczą. Przy nich nie muszę się specjalnie hamować ani starać. Natomiast wobec obcych, owszem. Wiem, że zamiast mnie zrozumieć i wesprzeć, prędzej powiedzą: „o proszę, niby taka miła, a jaki ma wredny charakter”.

-Co panią najbardziej złości?

-Bardzo nie lubię raniącej bezmyślności. Trudno mi ją wybaczyć. Jestem trochę staroświecka i lubię elegancję w zachowaniu. W pewnych kwestiach bywam nawet dość konserwatywna, chociaż lata pracy z kolegami i szkoła, jaką od nich dostałam, nauczyły mnie sporo tolerancji.

-Czy zdarza się, że ludzie, traktując panią jak dobro narodowe, zachowują się wobec pani nieelegancko?

-Zdarza się i to dość często, szczególnie po występach. Niektórzy, znając mnie z mediów, przekraczają pewną granicę, której nie powinni. Na przykład bezpardonowo mnie klepią po plecach albo obejmują w pasie i przytulają się jak do starej przyjaciółki. Bardzo się wtedy spinam, a kręgosłup mi się mocno prostuje. Nie okazuję gniewu, ale robię się wówczas chłodna, chcąc w delikatny sposób dać do zrozumienia, że ktoś wykonał krok za daleko, że sobie tego nie życzę. Na szczęście moi koledzy tworzą straż przyboczną i dbają o to, żebym nie była narażona na takie sytuacje.

-Ma pani niespożyte zapasy energii. Wychowuje córkę, współtworzy kabaret, podróżuje, robi serial dokumentalny, gra gościnnie w filmach, występuje w audycjach radiowych. Od samego wyliczania można się zmęczyć.

-Wszystko to daje mi wiele radości, ale wiąże się z pośpiechem, którego nie znoszę. Myślę, że chyba przydałaby mi się asystentka lub osobisty klon, bo nie daję rady z ilością zajęć. Prowadzę sama dom, wychowuję siedmioletnią córeczkę i intensywnie pracuję. Na dodatek we wszystkim, co robię, chcę być skuteczna na sto procent. To wiąże się z ogromnym stresem. Walczę więc, żeby trochę zmienić swój charakter, który powoduje, że ze wszystkim chcę sobie dać radę sama. Może warto schować czasami ambicję do kieszeni i poprosić innych o pomoc? Z tym mam największy problem. Nie lubię obciążać innych swoimi smuteczkami i słabościami. Zdecydowanie bardziej wolę być tą silną, do której inni przychodzą po wsparcie. Czasami jestem o to na siebie zła.

-A może to lęk przed okazaniem słabości?

-Nazwać to lękiem? No nie wiem… A może to głupia ambicja? Zawsze chciałam budować taki wizerunek. Od samego początku, nawet wobec rodziców. Na świadectwie zawsze miałam czerwony pasek i starałam się udowodnić, że Kasi wszystko się udaje. Nieraz sporo mnie to kosztowało. Chciałam, żeby rodzice mnie podziwiali, być taką, jaką sobie wymarzyli. Bardzo długo nie potrafiłam inaczej funkcjonować. Dopiero kiedy zostałam mamą, zrozumiałam, że muszę to trochę zmienić. Urodzenie dziecka, poczucie, że potrafię zrobić coś tak pięknego i dobrego, czyli dać życie, świadomość, jak ogromną odpowiedzialność ponoszę za istotę, która się obok mnie pojawiła, dały mi wielką siłę. Przestałam pragnąć, żeby inni uważali mnie za najfajniejszą na świecie, a zachciałam dotrzeć do tego, kim tak naprawdę jestem. Wtedy zaczęłam najwięcej rozrabiać. Spakowałam więc walizki i wyprowadziłam się z domu. Zmieniłam zawód. Pojechałam znów do Gruzji. Pomyślałam: świat, który sobie budowałam do tej pory, już mi nie wystarcza. Bardziej podobał się innym niż mnie.

-Miewa pani w ogóle jakieś lęki?

-Takie dość typowe, na przykład, żeby nie być sama. Jestem zwierzęciem stadnym. Lubię oczywiście w ciszy poczytać książkę, ale muszę wiedzieć, że w każdej chwili mogę się spotkać i porozmawiać z przyjaciółmi. Cyganka, wróżąc mi kiedyś z ręki, wystraszyła mnie, że będę żyła do dziewięćdziesiątki! Matko Boska, a jak w międzyczasie wykruszy się całe moje towarzystwo?! To ja już wolę razem z nimi, żeby mnie nie zostawiali. Nie chciałabym też nigdy być uzależniona od pomocy innych. Nie chcę, żeby ktoś się dla mnie poświęcał. To ja mam pomagać.

-Potrafi pani odmawiać?

-Mam z tym duży problem. Byłam nawet na jakichś kursach asertywności. Przez tydzień działało, a potem przestawało. Mój kalendarz jest wypełniony do bólu, dzień po dniu zapchany do granic możliwości, ale jak ktoś powie: „pani Kasiu, proszę… bardzo mi zależy” – to już wiem, że padnę ze zmęczenia, ale nie odmówię. W takich sytuacjach zawsze biorę ciężar na swoje barki, bo wydaje mi się, że mam siłę i dam radę go ponieść.

(…)

Więcej w numerze 1 / 2011