fbpx

Dwa życia siostry Matyldy

Rafał Masłow

Do zakonu szła z głową pełną ideałów: o niesieniu dobra, żarliwej modlitwie, tworzeniu pięknych relacji. Dziś mówi: „Większość
z nich to fikcja. Po tamtej stronie muru dominuje pycha,
poczucie wyższości, przedmiotowe traktowanie człowieka”.

18 sierpnia 1981 roku, mazurska wieś. Matylda, wtedy lat 19, wsiada do autobusu relacji Olsztyn – Warszawa. Na przystanek nie odprowadza jej ani mama (niepracująca), ani tata (rolnik na dziesięciohektarowym gospodarstwie), ani nikt z trojga rodzeństwa. Wszyscy sprzeciwiają się jej decyzji, choć są wierzący i praktykujący. Najbardziej tata. Wygraża, że nigdy nie zaakceptuje jej wyboru, że przecież dostała się na studia, a to naprawdę coś. Mama cierpi ukradkiem. Dwie młodsze siostry głośno protestują. Starszy brat kpi. Mimo to Matylda jest twarda. Zabiera ze sobą niewielką torbę z rzeczami osobistymi. Z okien autobusu żegna ukochane pola, lasy, jezioro. Ale nie jest jej smutno. Jedzie przecież do jeszcze piękniejszego świata, gdzie króluje dobro. Będzie się modlić, pracować dla innych. A także studiować po dwóch latach postulatu.

– Tak zapewniały mnie siostry poznane na pielgrzymce w czasie wakacji przed czwartą klasą liceum – mówi. (To akurat okazało się prawdą, Matylda w zakonie skończyła resocjalizację).

CZAS PRÓBY

Rok wcześniej. Pielgrzymka do Częstochowy, a wśród pielgrzymów franciszkanki. Uduchowiona, podniosła atmosfera. Sprzyja rozmowom o Bogu, ideałach. Matyldę wciąga ten klimat, choć widzi, że nie wszystkie siostry są idealne. Jedna z nich obmawia pozostałe, nie pomaga, gdy pomóc trzeba. Mimo to myśl o zakonie nie daje Matyldzie spokoju. Rozmowy z koleżankami o miłości, ciuchach, nawet o studiach wydają jej się miałkie. Perspektywa dalszego chodzenia z chłopakiem z klasy też jest mało pociągająca. Czyta Biblię, książki o św. Zygmuncie Szczęsnym Felińskim, żywym przykładzie duszpasterskiego miłosierdzia.

– Poczułam przemożną chęć pójścia w jego ślady. Może w ten sposób objawiło się moje powołanie?
W zakonie dostaje swoje łóżko i szczegółowy plan zajęć. Pobudka o piątej rano, modlitwa, śniadanie. Potem praca
– pranie na tarze (nie było jeszcze pralek), sprzątanie, opieka nad chorymi siostrami staruszkami. Następnie modlitwa, obiad, znów praca. A wieczorem nabożeństwo, kolacja. Do domu może pojechać po dwóch miesiącach, a potem dopiero po dwóch latach.

Nigdy się nie skarży. Czuje, że mama zawsze o niej myśli. Potem dowie się, jak bardzo cierpiała, gdy potwierdziły się jej obawy. A wszystko za sprawą drugiej córki, która po skończeniu technikum, nie mogąc znaleźć pracy, zatrudniła się w kuchni w pobliskim domu dziecka prowadzonym przez siostry. Wytrwała dwa tygodnie. Cytowała, co mówiły dzieci, na przykład: „jędza poszła na modlitwę, to mogę wziąć kanapkę”.

Matylda: – To był dla mnie czas ciężkiej próby. Ale nie chodzi o pracę fizyczną, nawet nie o dryl, bo to porządkowało nam codzienność, tylko o pewną schizofrenię – o rozmijanie się teorii z praktyką. Mówiono nam na przykład o zgodzie, pokoju, a widziałyśmy, jak siostry są skonfliktowane. Kładziono do głów nauki o miłosierdziu, a dla nas nie było zmiłuj.

Pewnego razu Matylda bierze książkę z regału i zapomina odłożyć na miejsce. Niby błaha sprawa. Ale spotyka ją za to reprymenda siostry przełożonej. Na apelu ma przeprosić koleżanki. Nie tak ogólnie, tylko podejść do każdej, podać rękę, i powiedzieć „przepraszam”.

– Czułam się upokorzona. Przepraszałam, nie wiedząc za co, zresztą one też nie wiedziały. Znosiłyśmy to wszystko z pokorą i przekonaniem, że czemuś ważnemu służymy. Byłyśmy młode i ufne. Bardzo się zżyłyśmy i to nas trzymało przy życiu.

ANIOŁ PAŃSKI CZY CHORE DZIECKO?

Matylda nie wygląda na swoje 49 lat. Niewysoka brunetka o jasnej karnacji i przenikliwym spojrzeniu. Sprawia wrażenie nieco wylęknionej, nieufnej i niepewnej siebie. Oto podjęła kolejną trudną decyzję – żeby publicznie opowiedzieć o swoim doświadczeniu życia w zakonie. Ma nadzieję, że jej głos przyczyni się do dyskusji na ten temat, tak przynajmniej by chciała. To bardzo bolesna decyzja. Nie lubi mówić źle o bliskich, a za takie uważa siostry. Wiele z nich to szlachetne i sprawiedliwe osoby. Ale nie może dłużej milczeć.

26 sierpnia ubiegłego roku, dom dziecka pod Warszawą. Matylda zostaje wezwana na dywanik do siostry przełożonej, nie pierwszy zresztą raz. Słyszy: „Już nie będziesz tu pracować. Zrobiłaś swoje, możesz odejść”. Tyle. Matylda oznajmia, że owszem, odchodzi, ale w ogóle z zakonu. Siostra przełożona drwi: „No spróbuj. Przecież się nie odważysz. Nie dasz sobie rady”.

Matylda odwraca się na pięcie, pakuje bieliznę do reklamówki i wychodzi.
– To oczywiście była gwałtowna reakcja, pewnie na chłodno nie umiałabym podjąć takiej decyzji. Ale kiełkowała długo. Złożyło się na nią wiele przemyśleń, wydarzeń i nie myślę tu o anonimach i donosach, które na mnie pisano, bo to najmniej ważne, w pewnym sensie normalne. Najbardziej bolało mnie przedmiotowe traktowanie mnie i dzieci. Czułam, że odsunięcie mnie od podopiecznych jest strasznie niesprawiedliwe, że jest efektem walki z moimi ideałami.

Matylda wcześniej przez 16 lat pracowała w innej placówce zajmującej się dziećmi upośledzonymi. Miała na koncie spore sukcesy, także menedżerskie – nawiązała kontakt z podobnym ośrodkiem w Niemczech, zbierała fundusze na budowę nowego domu dla dzieci. Udało się. Ale po uroczystym oddaniu budynku została przeniesiona do domu dziecka pod Warszawą. Zapytała wtedy siostrę przełożoną: „dlaczego?”. Usłyszała: „bo tak”.

– Chodziło o pokazanie mi miejsca w szeregu. I przedtem, i teraz, choć teraz chciano zrobić to jeszcze dobitniej.
Wolontariusze pracujący w domu dziecka mówią chórem: to decyzja niezrozumiała. Matylda dbała o dzieci jak o własne. Bawiła się z nimi, rozmawiała, razem gotowali, pracowali w ogródku, jeździli na wycieczki rowerowe. Walczyła o ich prawo do adopcji, zresztą z sukcesami – do rodzin trafiło wiele dzieci, także upośledzonych. Mówiła głośno, że dziecko może przebywać w placówce nie dłużej niż trzy lata. Dlaczego więc ją zwolniono?

Nieoficjalnie dowiedziała się, że jednym z zarzutów było to, że się za mało modli.
– Nie zaniedbywałam modlitwy. To było moje wsparcie i siła i tak jest do dzisiaj. Ale czasem rzeczywiście, gdy dziecko było ciężko chore, zamiast iść na Anioł Pański, dyżurowałam przy nim. Nie miałam problemu, co w takiej sytuacji ważniejsze. Siostry dawały do zrozumienia, że są lepsze, gdy wstawały wcześniej rano i dłużej się modliły. To je dowartościowywało. A moim zdaniem nie po to człowiek się modli.

KIEDY JEST SIĘ ZA DOBRYM

Monika Dębicka, wolontariuszka, zna siostrę Matyldę od kilku lat, odkąd wspiera dom dziecka – zarówno finansowo, jak i ucząc dzieci angielskiego, zabierając je na wakacje i do swojego domu. Siostra przełożona tak skomentowała jej zaangażowanie: „Ma, to daje. Nie musi”.

– Zabolało mnie takie postawienie sprawy – mówi Monika. – Trochę to bezduszne. Jestem zbulwersowana decyzją o odsunięciu Matyldy od dzieci. Napisałam w tej sprawie do władz zakonu. Wiem, że wychowankowie i wychowawcy również prosili o wyjaśnienie. Nigdy go nie otrzymaliśmy. Zapytałam znajomego księdza, jak to możliwe, żeby w ten sposób potraktowano tak zasłużoną i uwielbianą przez dzieci siostrę. Odpowiedział: „Widocznie była za dobra. Jak ktoś jest za dobry, to go się odsuwa”.

(…)

Więcej w Zwierciadle 06/2011