Dwie Alicje

Dwie Alicje
fot. Rafał Masłow

Wzdychająca amantka, która za moment umrze na suchoty? To nie mezzosopranistka. Te są drapieżne i ekspresyjne. Zakładają przedszkola, walczą w bitwie na głosy – o to, żeby nie wylać Mozarta z kąpielą. Czy kryją nieśmiałość w duszy – Mai Jaszewskiej zdradza Alicja Węgorzewska-Whiskerd, współczesna diva polskiej opery. Mezzosopran.

Zagrała pani Orfeusza w operze Glucka „Orfeusz i Eurydyka”. Jak pani sądzi, dlaczego Orfeusz po pokonaniu tylu trudności, kiedy już wychodził z Hadesu, obejrzał się jednak za Eurydyką i bezpowrotnie utracił możliwość jej odzyskania?

Bo dopadła go ludzka słabość. Coś, co robimy czasem przeciwko sobie i przez to tracimy niepowtarzalne okazje. Sama nieraz, gdy bardzo mi zależało na zaśpiewaniu jakiejś partii czy udziale w koncercie, otrzymywałam to w prezencie od losu, ale byłam tak zaaferowana, że działałam na własną szkodę, tracąc wyczekaną okazję. Jest taki syndrom zostawiania na ostatnią chwilę czegoś, na czym nam bardzo zależy. I potem okazuje się, że ta ostatnia chwila jest zbyt krótka i nie wystarcza na przygotowanie.

Swoją drogą to niesamowite, że zaczęła pani od Orfeusza…

Tak bardzo ważna była dla pani ta rola?

Kilka razy w życiu zdarzyło mi się doświadczyć, jak sztuka dogania moje życie. Kiedy robiłam pierwszą wersję Orfeusza, mój mąż miał poważną operację. Jeździłam do niego pomiędzy próbami. Czuł się coraz gorzej, bo okazało się, że operacja była źle przeprowadzona. Ale ponieważ nie do razu została postawiona trafna diagnoza, to jego stan tak się pogorszył, że godziny dzieliły nas od tragedii. Przeszedł kolejne dwie operacje i dopiero po wielu dniach zaczął powracać do życia. Na próbie okazało się, że nie jestem w stanie śpiewać partii Orfeusza. Klęczałam na scenie nad grobem Eurydyki, a łzy leciały mi ciurkiem po twarzy…

Kolejny taki splot miał miejsce, kiedy pojechałam do rodzinnego Szczecina zaśpiewać Carmen. Bardzo się cieszyłam, że babcia, która mnie wychowała, będzie mogła przyjść na ten występ. Rano, w dzień przedstawienia dostałam wiadomość, że babcia zmarła. Chciałam odwołać występ, ale przyjaciel namówił mnie, żebym tego nie robiła. Pierwsze dwadzieścia minut spektaklu było dla mnie bardzo trudne: wydawało mi się, że nie dam rady dokończyć występu. W scenie, w której rozkładałam talię kart, śpiewając toujours la mort, czułam, że całkowicie panuję nad głosem, ale nie jestem w stanie zapanować nad ciałem. Łzy kapały mi na karty.

Powiedziała pani kiedyś, że śpiew angażuje ciało i emocje aż po wnętrzności.

Śpiewam każdą komórką swojego ciała. My, śpiewacy operowi, jesteśmy jak sportowcy. Nasz zawód wymaga ogromnej kondycji. Podczas spektaklu potrafię zrzucić 2–3 kilo. Ale nic dziwnego, skoro przez cztery godziny stoję na scenie w ciężkim kostiumie, pot po mnie spływa, a ja cały czas śpiewam w pełni skoncentrowana. Dlatego nie wierzę, że można codziennie śpiewać przedstawienia. Chyba, że się chałturzy albo symuluje.

Czesław Miłosz napisał o Orfeuszu: „Na swoją obronę miał lirę dziewięciostrunną, niósł w niej muzykę ziemi przeciwko otchłani”. Piękny głos jest również taką potęgą?

Ostatnio kilka razy, gdy śpiewałam, ludzie płakali. Śpiew to błogosławieństwo. Ale też i piętno, bo jeśli ktoś ma talent, lecz z jakichś powodów nie uda się go zrealizować, niemoc staje się przekleństwem. Tymczasem na spełnienie w tym zawodzie składa się wiele czynników, nie tylko talent, ale i szczęście, determinacja, odporność psychiczna. Śpiewanie jest jak narkotyk. Jeśli się już zacznie śpiewać, nie ma odwrotu z tej drogi.

Gdzie szuka pani inspiracji do swoich ról?

Słynna śpiewaczka Helena Łazarska powiedziała mi, że ilość przeżyć ma wpływ na ból w głosie, na to, co można głosem przekazać. Myślę, że najpierw musi zaistnieć bardzo solidna podstawa, trzeba nauczyć się nut, harmonii, rytmu, stylów muzycznych, a potem historii muzyki i jeszcze wielu, wielu innych rzeczy. Trzeba też czerpać wiedzę od wielkich ludzi – ja miałam szczęście w życiu takich spotkać. Poza tym zawsze staram się znaleźć czas na teatr czy wystawę. Dużo czytam. Nie do każdej roli mogę znaleźć inspirację we własnych doświadczeniach. Kiedy przygotowywałam się do roli sierżanta von Katte – kochanka księcia Fryderyka, pojechałam do Poczdamu, żeby zainspirować się miejscem, gdzie mieszkał.

Jest pani specjalistką od tzw. ról spodenkowych. Jak wyprawia się pani w ten męski świat?

Odwołuję się do swoich aktorskich umiejętności. Pomaga mi w tym też charakteryzacja. Ale przyznam, że te role były ciekawe na początku kariery, dziś odnajdywanie w sobie męskiego pierwiastka mniej mnie bawi. Myślę, że ten mój wewnętrzny chłopczyk już umarł.

Niedawno w „Fauście”, reżyserowanym przez Roberta Wilsona, zagrałam rolę Siebla umizgującego się do Małgorzaty. Reżyser wymyślił, że nie będzie to młody chłopak, ale obleśny starzec. Byłam tak ucharakteryzowana i śpiewałam tak zmienionym głosem, że nie poznała mnie nawet moja mama.
To chyba była moja ostatnia męska rola w życiu.

Można się spotkać z opinią, że my, Polacy, jesteśmy wyjątkowo mało muzykalni…

My jesteśmy proszę pani kompletnie głusi! I to na własne życzenie. Jaką ofertę muzyczną otrzymują nasze dzieci?
Ile państwo przeznacza na kulturę? W Niemczech mieszka 80 milionów ludzi i jest 100 teatrów muzyczno-operowych, które non stop grają i zawsze są pełne. W niemieckich szkołach dzieci mają zajęcia z tańca, śpiewu, gry na instrumentach…

A bynajmniej nie po to, żeby wykształcić zastępy wirtuozów, ale by dzieci optymalnie się rozwijały. A nasza otępiała i głuchnącą od iPodów młodzież często nawet nie wie, kim był Jan Sebastian Bach. Nie mam nic przeciwko muzyce rozrywkowej, sama czasami jej słucham, ale dlaczego nasze dzieci i młodzież mają dostęp tylko do takiej muzyki? Szkoła umywa ręce od ich edukacji kulturalnej. Nikomu na tych młodych ludziach nie zależy.

Niektórzy twierdzą, że opera w dzisiejszych czasach straciła prawdę i żeby ją odzyskać, trzeba zastosować nowe środki wyrazu, chociażby techniki wizualne. Co pani sądzi o tych próbach uwspółcześnienia opery?

Nie jestem ani przeciwniczką, ani orędowniczką takich poszukiwań. W każdym stylu można zrobić zarówno wspaniałe, jak i kiepskie przedstawienie. Pracuję teraz nad monodramem operowym Jerzego Snakowskiego „Diva for rent”, którego premierę planujemy na 9 czerwca w teatrze Polonia. Przygotowujący scenografię i plakat Rafał Olbiński słusznie zauważył, że jeśli naszpikujemy spektakl multimediami, widz nie zauważy treści. Pogoń za nową formą powoduje, że wszystko jest zbyt dosłowne, a przez to brakuje nam alegorii i metafory. Nie wolno stawać się niewolnikiem konwencji, jakakolwiek by ona była. Nie lubię koturnowego stylu w operze, ale jeśli będą w niej tylko ledy, dżinsy, komputery i obrazki rodem z MTV, straci całą swoją magię.

(…)

Więcej w numerze 6 / 2011