fbpx

Grumpy old Man

Grumpy old Man
fot. Rafał Masłow

„Nie mam łatwego charakteru. Anita lubi mówić, że jestem dzikusem. Po angielsku «grumpy old man»” – wyznaje John Porter. „No trudno, taki jestem.. Chcący i niechcący”. Czyli właściwie jaki?

Kiedyś powiedział pan, że artysta jest wiecznie młody. Pan jest?

A już pora umierać? O której mam pogrzeb? (śmiech). Nie… nie jestem już młody, czasem moje ciało mówi: „zaraz, zaraz, nie możesz tak biec”. Jest taki moment, kiedy wreszcie trzeba siebie zaakceptować. Na dobre i na złe. Zrobić rozrachunek, kogo skrzywdziłem – chcący i niechcący. Przywołać w myślach ludzi, którym pomagałem… chcący i niechcący. Ale artysta jest wiecznie młody w duszy, co często prowadzi go do obłędu – głowa jest na „tak”, a ciało na „nie”.

Jak pan wypada w tym zestawieniu?

Nie czuję się ze sobą źle, ale jednocześnie mam poczucie, że to nie koniec mojego rozwoju. Może to dobrze, że piszę piosenki, bo w ten sposób sam sobie wiele tłumaczę? Może nie było ze mną aż tak kiepsko? Szczerze mówiąc, sam jestem czasem ciekaw, jaki bym był, gdyby nie muzyka. Na pewno ona jest dla mnie rodzajem autoterapii. Dzięki niej umiem się odnaleźć. W niej wolno być dzieckiem. Czy to dowód mojej wielkiej niedojrzałości? Może. Cały czas szukam nowych rzeczy… Choć w sumie, wiesz, starość to nie jest jakaś wyjątkowo fajna historia. Na przykład w taki dzień jak dziś chcę tylko spać.

To proszę położyć się na tamtej sofie.

Ok, zaraz się prześpię (śmiech). Chociaż nie, szkoda czasu! Bo wiesz co? Czas leci szybciej niż to sobie kiedyś wyobrażałem. Na razie zdrowie mi dopisuje, więc nie rozpaczam. Nie umieram jutro. Śmieję się czasem, bo nigdy nie przypuszczałem, że będę w takim wieku. To jakaś abstrakcja! Nagle wypada myśleć już tylko poważnie, a to nie jest łatwe, bo ja z natury nie mogę być zupełnie poważny. Ale z drugiej strony, mając 60 lat absolutnie nie będę udawać, że mam 25. Są pewne rzeczy jakby… ale odłóżmy ten temat… to ironia. Przecież ja należę do pokolenia, które śpiewało: „Hope I die before I get old”. A tu dalej jestem I jeszcze śpiewam (śmiech).

Miał pan nadzieję, że tego odcinka w pana życiu nie będzie?

Do pewnego momentu nie myśli się, że w ogóle coś dalej będzie. Odcinek pt. „starość” nie istnieje w głowie człowieka. Ale przychodzi chwila, kiedy zaczyna się go widzieć. Wtedy robi się podsumowanie, budzą się refleksje. Mnie się to przydarzyło jakieś dwa lata temu. Skończyłem 58 lat i pomyślałem: „O, cholera, to poważna sprawa… Mało tego, może być jeszcze poważniejsza!” (śmiech). Coś w tym jest. Trzeba w końcu pomyśleć, że coś dalej jest.

W jednym z wywiadów mówił pan, że jest nieśmiertelność, którą daje sława…

Tak, ale to bardzo niebezpieczne myślenie, bo jesteśmy gatunkiem śmiertelnym. Przynajmniej na razie. Nie ma więc sensu chwalić się nieśmiertelnością. Bo jak już mnie nie będzie, to co mi z tego? Po co mi wtedy jakieś tam „the best of”? To wszystko bzdura. Trzeba robić swoje, dopóki człowiek może.

Chodzi o to, żeby być zawsze w momencie tworzenia i mieć jasność tego, co się robi. Być uczciwym wobec publiczności i fanów, a nie ich olewać, co niektórzy robią. Każdy koncert jest ważny, wszystko jedno, dla kogo się gra. Nie o to chodzi – jak mi się kiedyś wydawało – że człowiek jest taki wspaniały, wielki, uduchowiony. Chodzi o jakość pracy i przekazu.

Nosi pan malę. Pomaga pan sobie w tej jakości modlitwą?

Mantruję, ale… swoją drogą mantra to nie jest modlitwa. Modlitwa nie ma miejsca w moim życiu. To raczej muzyka stała się moją mantrą, to na niej jestem skupiony najbardziej. I na zdobywaniu siły, by być z dzieckiem i rodziną.

(…)

Więcej w numerze 7 / 2011