fbpx

Krzyż na drogę

Krzyż na drogę
Getty Images / Flash Press Media

Zakonnica odchodzi z klasztoru, ksiądz porzuca kapłaństwo. Tak się zdarza. Czy zaznają szczęścia w świeckim życiu? Wieść gminna głosi, że nie. Nasi bohaterowie nie zaprzeczają

Radosna, ładna czterdziestolatka, to Małgorzata. Przystojny i inteligentny mężczyzna, 42 lata, to Adam. Była zakonnica i były ksiądz. Po wystąpieniu z klasztoru i stanu kapłańskiego wiodą świeckie życie. Czy udane? Za uśmiechem zwykłych ludzi kryje się przygnębiająca tajemnica.

Gdy jest ciężko, medytuję

Małgorzata jest w związku z „mężczyzną swojego życia”. – To zacny człowiek – mówi. – Ale jest chory. Na alkoholizm.

Kiedy wychodziła za niego za mąż, ksiądz – przyjaciel jeszcze z czasów klasztornych, zapytał: „Czy świadomie decydujesz się na takie życie? Twój przyszły mąż jest poważnie chory i ty też będziesz z nim współchorować?”.

– Nie miałam jednak wątpliwości, czy wiązać się z Robertem – opowiada Małgorzata. – Wiem, że i ja mam do poniesienia swój krzyż. Będę go nieść. Nie zrealizowałam planu Pana Boga na zrobienie ofiary z mojego życia dla chorych dzieci. Widocznie Bóg postawił na mojej drodze inny krzyż, w postaci tej miłości.

Małgorzata wierzy, że jej powołaniem jest poświęcanie się. Wcześniejszy związek z mężczyzną, zawiązany w rok po odejściu z klasztoru, zakończył się tragicznie. Partner Małgorzaty cierpiał na przewlekłą depresję i ostatecznie popełnił samobójstwo.

Czas kiedy była zakonnicą, Małgorzata wspomina z uśmiechem. Od dziecka czuła, że powinna poświęcić życie służbie Bogu. Zaczęła od zgromadzenia sióstr w Polsce, potem dziesięć lat spędziła w klasztorze w Rzymie. Zgromadzenie zajmowało się dziećmi upośledzonymi w najwyższym stopniu – ruchowo i umysłowo. Małgorzata prała, sprzątała, wyprowadzała na spacer swoich podopiecznych.

Po pracy w ośrodku następowała praca w klasztorze. Prasowała, prała ubrania księży, nad którymi zgromadzenie sióstr sprawowało tzw. opiekę gospodarczą. Myła ciągnące się kilometrami podłogi potężnego klasztoru. Kiedy było ciężko – medytowała.

– Moje powołanie było silne. W zmęczeniu, wyczerpaniu czułam się bliżej Jezusa – mówi.

Któregoś dnia zgromadzenie zostało jednak rozwiązane, a wszystkie siostry musiały wybrać nową misję. Wtedy odeszła. – To był czas na taką decyzję – opowiada.

Szybko poznała swojego pierwszego partnera. Żyli ze sobą, a właściwie – przez jego depresję – obok siebie, dwa lata. Po nim był Robert.

Rozmawiamy w małej restauracji. Małgorzata wygląda na zmęczoną. Przez całą noc jeździła taksówkami i szukała męża po miejskich melinach. Mają ciężki okres – cugu alkoholowego. Ona i jej mężczyzna. Kiedy pytam ją, czy sądzi, że taki los to kara za odejście z klasztoru, mówi: – W pewnym sensie tak. Nie doświadczam spokoju, ale jestem mężowi bardzo potrzebna. Niosę swój krzyż.

Małgorzata, tak jak niegdyś w klasztorze w chwilach wyczerpania, teraz również medytuje.

Miałem wątpliwości

Adam, były ksiądz, do odejścia ze stanu kapłańskiego, przygotowywał się stopniowo.

– Po czterech latach bycia księdzem zacząłem przeżywać wątpliwości związane z powołaniem – opowiada. – To była niezgoda na sztuczny stan, w jakim funkcjonowałem. No bo czy mogę radzić ludziom, jak mają żyć i co robić, skoro nie znam ich kłopotów? Nie muszę martwić się o pensję, mieszkanie, jedzenie – wszystko to za mnie zorganizowano. Czułem się kłamcą. Chciałem żyć normalnie – wyznaje.

Biskup skierował Adama na rok urlopu od kapłaństwa. Młody ksiądz miał przemyśleć sprawę. Przemyślał. Odszedł ze stanu kapłańskiego. W świeckim świecie, do którego tęsknił, nie umiał się odnaleźć. Poznał dziewczynę, ożenił się. Został ojcem, ale…

(…)

Więcej w numerze 12/2010