fbpx

Moje miasto

East News

Gdzie mieszkasz? Domek na przedmieściu czy małe mieszkanko na Mariensztacie? O tym, że wybór przestrzeni do zamieszkania to jeden z istotniejszych czynników konstruujących nas w wymiarze społecznym, mówi dr Elżbieta Anna Sekuła z SWPS.

Zoning to pojęcie oznacza, że poruszamy się w miejskiej przestrzeni, zwłaszcza w metropoliach, w swoich własnych strefach. Wybieramy dzielnicę, osiedle, tworzymy prywatne szlaki: ulubionych knajpek, kin, ulic spacerowych. I nie są to działania przypadkowe.

Poprzez wybór domu, mieszkania, dzielnicy i miejsc, w których bywamy, jesteśmy postrzegani i oceniani przez bliższe i dalsze otoczenie, a nawet siebie samych. Przestrzeń staje się budulcem wizerunku człowieka, choćby dlatego, że im wyższa pozycja społeczna, tym większy wpływ na wybór okolicy. Ograniczenie pojawia się, kiedy chodzi o miejsce pracy czy nauki, choć też nie do końca. I tu często wybór należy do nas…

Jaka dzielnica?

Wybór tej, w której zamieszkamy w wielkim mieście, bywa ważnym elementem budowania swojego „ja”. Na decyzję oczywiście mają także wpływ czynniki obiektywne, jak choćby możliwości finansowe (casus Saskiej Kępy w Warszawie). Niektórzy jednak są w stanie wiele poświęcić, by mieszkać w upragnionym miejscu, a marzenie podyktowane bywa… jego mitologią. Na przykład powszechnie myśli się, że najstarszą – w sensie odsetka zamieszkujących ją emerytów – dzielnicą Warszawy jest Żoliborz. Tymczasem według statystyk jest nią Mokotów, kojarzący się z dzielnicą młodych prężnych. Kolejny warszawski mit: w powszechnym mniemaniu najniebezpieczniejsza dzielnica Warszawy to Praga Północ. Tymczasem od wielu lat wszelkie statystyki policji potwierdzają, że najniebezpieczniejszym rejonem stolicy nie jest ani Praga, ani robotnicza Wola, ale odcinek Alej Jerozolimskich między Dworcem Centralnym a Palmą (placem de Gaulle’a – przyp. red.) – samo serce miasta, gdzie ciągle jest pełno ludzi i policji. To pokazuje, jak silne są mitologie zbudowane w przeszłości. Tymczasem miasto to twór, który wciąż się zmienia – wspomniana Praga jest tego dowodem. Tutejsze: Kamionek, ulica Targowa – postrzegane dotąd jako niebezpieczne, zaniedbane, patologiczne – przechodzą metamorfozę. Bo to się dzieje tak, że nowe ośrodki edukacyjne lub artystowskie tworzą przestrzeń, w której ludzie chcą zamieszkać – powstaje nowa uczelnia czy zakład pracy i taka maszyna puszczona w ruch powołuje do życia nową strukturę. Rośnie budynek mieszkalny, zmienia się też przestrzeń quasi-publiczna – zagospodarowanie parteru bloków i… dzielnica pofabryczna przestaje być byle jaką przestrzenią z dziurami, melinami, ruinami – ich miejsce zajmują galerie albo nowe knajpki. To już oferta pod nowego klienta, który tam zamieszkał. Tworzy się cała sieć. Przybywają nowi ludzie. I tak dzieje się dziś z Pragą. Zagłębie teatralno-klubowe przy ulicy 11 listopada, uczelnia SWPS przy Chodakowskiej, gmach Sądu Rejonowego przy Terespolskiej – tu powstaje nowe terytorium, bo studenci, prawnicy, młodzi ludzie wchodzą w to środowisko, organizują nowe życie. W starą tkankę miasta wrasta nowa. Z jednej strony dawna dzielnica przyciąga klimatem, z drugiej – staje się terytorium narodzin infrastruktury: nowi ludzie zaczynają utożsamiać się z miejscem. Taki ktoś powie, że jest z Kamionka, Pragi czy Mokotowa, nie z Warszawy… I tak tworzy się wykreowana tożsamość „najeźdźców”.

Osiedle zamknięte? Raczej nie

Polska jest liderem w budowaniu osiedli zamkniętych. W całej Europie nie ma chyba drugiegomiasta tak pełnego takich osiedli jak Warszawa – np. w Berlinie jest ich zaledwie kilka i są traktowane jak jakieś dziwadła. Zjawisko to przyszło do nas z krajów Trzeciego Świata, jego pierwowzorem są tamtejsze getta biedoty. 

 

Założenie twórców było takie, żeby te osiedla stworzyły rodzaj lokalnych, zżytych ze sobą minispołeczności, małych ojczyzn, ale to się nie udało. Z badań wynika, że mieszkańcy osiedli zamkniętych nie są grupą homogeniczną i w tym tkwi problem. Są różnorodni w każdym sensie: wykształcenia, obyczajów, gustów, zatrudnienia. Jedyny wspólny czynnik to poziom finansowy, ale to za mało, bo jeśli wspólnota nie jest wspólnotą, lecz przypadkową zbiorowością, to nie będzie dbać o swoje terytorium.

Osiedla takie odzwierciedlają zresztą to, co się dzieje w całym polskim społeczeństwie. Nie mamy bowiem wypracowanej od pokoleń tradycyjnej klasy średniej. Zaliczamy do niej ludzi o dobrym pochodzeniu, pewnym postrzeganiu estetyki wartości, ale znajdziemy równie dobrze takich, którzy są tutaj na skutek umiejętności poruszania się na rynku pracy. Im na przykład nie będzie przeszkadzało przemalowanie na pistacjowy kolor modernistycznej kamienicy. Kiedy znajdą się w przestrzeni swojego osiedla, będą oczekiwać, żeby było kolorowo, obowiązkowo musi też być portier, bramka. Drugi czynnik, dla którego powstawały osiedla zamknięte, wiąże się z poczuciem bezpieczeństwa – bo to przecież główny powód, dla którego zamyka się przestrzenie. Bezskutecznie. Żadne badania ani statystyki policyjne nie potwierdzają tego, że osiedla zamknięte są bezpieczniejsze. Co więcej, na zewnątrz ich murów tworzy się przestrzeń bardzo niebezpieczna – w przypadku napaści, w nocy, pod murem nikt nas nie usłyszy. W zwykłej przestrzeni miasta można skryć się w bramie, zastukać do okna, a pod murem osiedla zamkniętego – nie, to świat odseparowany od reszty. Czy w takim razie bezpieczniej jest przynajmniej na jego terenie? Niekoniecznie, nie działa tu bowiem mechanizm dobrego sąsiada, bo – znów – mieszkańcy pochodzą z różnych grup społecznych.

Wybór mieszkania w osiedlu zamkniętym rozpatrujemy jeszcze ze względu na prestiż. Ale i to jest względne, bo gdy na przykład tworzy się i zamyka osiedle obok pięknej willowej okolicy zamieszkałej od pokoleń przez lekarzy, prawników, artystów – to co powstaje? Jakiś więzienny spacerniak… Konsekwencje: te osiedla nie tworzą dobrej przestrzeni tylko dlatego, że są zamknięte. Wnioski? Wychodzi na to, że niektóre złe dzielnice nie są wcale takie złe, a tzw. dobre, zamknięte osiedla – nie są wcale takie dobre.

(…)

Więcej w numerze 6 / 2011