fbpx

Musi być życie dookoła mnie

Musi być życie dookoła mnie
fot. Zosia Zija, Jacek Pióro

Ma temperament, potrafi zagrać wszystko, w dzieciństwie zamieszkała w wyobraźni i do dzisiaj w niej pomieszkuje, czego efektem jest jej debiutancka powieść „Klara”, która ukazuje się właśnie nakładem Świata Książki. Iza Kuna, jedna z najzdolniejszych i najbardziej niezawodnych polskich aktorek, opowiada o świecie po obu stronach lustra.

– Właśnie wychodzi twoja książka „Klara”. Lubisz swoją bohaterkę?
– Uwielbiam. Klara jest taką osobą, którą nie jestem, ale którą czasami chciałabym być. Czasami podoba mi się jej bezradność, czasami stanowczość. Lepiej ode mnie podejmuje decyzje. Nie chce być sama, ale lubi siebie w samotności. Ta książka utkana jest z różnych sytuacji, które przydarzyły mi się w pociągu, na ulicy, w samolocie. Jestem uważna na ludzi, bardzo ich lubię, może dlatego przychodzą do mnie ich kosmiczne opowieści. W jednym opowiadaniu opisałam starszą kobietę, która kupuje na targach małe mebelki jak do domku dla lalek, to staje się treścią jej życia. Poznałam tę panią.

– Ta kobieta w umeblowanym domku, tak niewielkim, że można by go położyć na dłoni, wypatruje zmarłego męża.
– To już z innego spotkania. Połączyłam dwie historie, cała ta powieść utkana jest z prawdziwych zdarzeń i losów. Uwielbiam słuchać.

– Mam poczucie, że twoja książka właściwie nie ma zakończenia. Nie chciałaś wyjść ze świata Klary?
– Powodów jest kilka. Oczywiście, lubię świat Klary. Poza tym mam problem ze skończeniem, odejściem, rozstaniem. Chcę o Klarze dalej opowiadać, na przykład o jej życiu w Paryżu. Trudno by mi było się z nią rozstać. Kiedyś będę musiała tak zrobić.

– Paryż jest ważny?
– Byłam w Paryżu kilka razy, ale teraz chciałabym pomieszkać. Dlatego w przyszłym roku wybieram się tam z moimi dziećmi na całe wakacje. Chciałabym wtedy spróbować pisać nową książkę, zupełnie inaczej, popracować nad warsztatem. Klara powstała z pisanych na blogu opowiadań. Nie zamierzałam ich wydawać. Mój wydawca bardzo długo namawiał mnie na publikację, ale przez rok nie mogłam podjąć decyzji. W końcu zaczęłam nad nią pracować. Wprowadzałam zmiany. Coś wyrzuciłam, coś dopisałam. Jestem w stosunku do siebie krytyczna. Wciąż bym coś zmieniała. Wprowadzam zmiany w scenariuszach, które dostaję, co doprowadza wszystkich do szału. Praca pisarza to ogromna samodyscyplina, której nie mam. Dlatego się uczę. Skracam, bo wiem, że w dobrej literaturze nie ma zbędnych zdań. Ale nie nazwałabym siebie pisarką. Pisarz to Amos Oz albo Philip Roth.

– Jaki masz stosunek do swojego debiutu?
– Boję się, tak jak przed każdą premierą. Boję się krytyki. Wiem, że jak książka trafi do ludzi, nie będę spała. Strach towarzyszy mi zawsze, miałam taki okres, kiedy lęk był potworny, mógł wpłynąć na moje zdrowie. Jakoś mu uciekłam. Dziś jestem odważną kobietą, która się boi.

– O co się boisz?
– O wszystko. To lęki związane z najbliższymi, z moim zdrowiem, z pracą.

– Jak zachowuje się Marek (Modzelewski, znany dramaturg) przed drugim autorem w domu?
– Dzięki niemu ta książka naprawdę powstała, czytał każde z opowiadań. Dawał rady, z którymi częściowo się zgadzałam, częściowo nie. Ale zawsze potem nie mogłam spać. Kiedy mówił, że coś nie ma zakończenia, tak jak ty przed chwilą, dostawałam szału. I albo rzeczywiście w nocy nie spałam i pisałam to cholerne zakończenie, albo mówiłam, że zakończenia nie będzie i tyle. Kiedy patrzę, jak Marek pisze, jestem przerażona. Potrafi pisać w każdych warunkach, nie potrafię tak. Marzę o tym, żebyśmy razem coś napisali.

– To w ogóle możliwe przy waszych temperamentach?
– Dwukrotnie próbowaliśmy, ale się nie udało. U mnie jest ciężko z kompromisami. Marek wchodzi w dialog. Ja, widząc problem, idę na czołowe. Stawiam na swoim albo odchodzę i nie chcę więcej mieć z tym nic wspólnego. Marek zarzuca mi na przykład, że moje opowieści nie mają historii. I to jest prawda. Myślę o swoich bohaterach tu i teraz. Widzę scenę, ale trudniej mi wymyślić całość. Marek musi mieć ramy, w których zamyka opowieść. Mnie ramy duszą. Nie wiem zatem, czy uda nam się coś razem napisać, bo ciężko jest pracować z kimś, z kim mieszkasz, śpisz. Musimy być starsi, żeby mieć dystans do siebie, nawet do spania ze sobą, więc poczekamy jeszcze i jak wytrwamy w naszym związku, znajdziemy sposób na wspólną pracę. Koło siedemdziesiątki.

– Często wybuchasz?
– Za często. Poza tym zamykam się. To jest najtrudniejsze dla moich najbliższych. Nie obrażam się, a zamykam w sobie. Nieodzywanie się jest straszne. Zacinam się i nie ma ze mną kontaktu. Pracuję nad tym, przysięgam.

– Powód jest ważny?
– To może być nieważny powód, który dotknął mnie w ważny sposób.

– Od zawsze chciałaś być pisarką?
– Bardzo chciałabym być. Nie miałam takich marzeń. Zawsze chciałam być aktorką. Ale już w dzieciństwie uciekałam w książki. Pierwszą poważną, zaangażowaną lekturą były „Dzieci z Bullerbyn”. Szukałam dla siebie odpowiednich światów. W telewizji były filmy z Bruce’em Lee, ale to nie był świat dla mnie. Uwielbiałam filmy francuskie, a zwłaszcza te z Alainem Delonem. Oglądałam je w pokoju rodziców, nagrywałam ścieżkę dźwiękową, oczywiście z polskim lektorem, na magnetofon marki Grundig i potem słuchałam przed zaśnięciem.

– Kochałaś się w Alainie Delonie?
– Do szaleństwa. Wciąż mi się podoba. Chciałabym się z nim spotkać. Zawsze marzyłam, żeby poukładać sobie z nim życie, tak jak układałam je sobie z piłkarzem Michelem Platinim. Wyobrażałam sobie, że jestem jego żoną. Bo jeżeli chodzi o Delona, to właściwie wiedziałam, że taka miłość nie może się skończyć małżeństwem. To była namiętność. Siebie i Platiniego widziałam już w naszym paryskim mieszkaniu.

– Dużo miałaś takich fantazji?
– Wyobrażałam sobie, że cała moja klasa mieszka w jednym bloku i wystarczy założyć kapcie, żeby przejść z jednego piętra na drugie. Wracałam ze szkoły, wyobrażałam sobie, że wiatr rozwiewa mi włosy jak Farrah Fawcett w „Aniołkach Charliego”. Opowiadałam koleżankom, że mam pierścień Arabelli, że mój ojciec chrzestny w prezencie kupuje mi wielkiego pięknego konia, na którym galopuję po Tomaszowie. W przedszkolu mówiłam, że jestem poruczniczką, bo telewizja pokazywała akurat serial „07 zgłoś się”. Przy serialu „Życie na gorąco” opowiadałam wszystkim, że Leszek Teleszyński, który grał w nim Andrzeja Maja, jest bratem mojego ojca. To było cały czas ze mną. Tak zwanego realnego życia w ogóle nie brałam pod uwagę.

– Rodzice wiedzieli, że masz taki świat?

(…)

Więcej w Zwierciadle 11/2010