fbpx

Teatr i zupa dla bezdomnych

fot. Rafał Masłow

„Jestem strasznie zajętym gościem”
– uprzedza Grzegorz Bral, laureat Kryształowych Zwierciadeł 2011,
i proponuje spotkanie za półtora miesiąca. W strasznie zajętym życiu reżysera jest praca wrocławska, czyli teatr Pieśń Kozła, i warszawska,
czyli teatr Studio. Plus cały świat, który dostarcza mu
inspiracji i czeka na jego pomoc,

Warszawa, teatr Pieśń Kozła odwiedza teatr Studio. Przyjechał z pieśniami przygotowywanymi do spektaklu „King Lear”. Właśnie tak, po angielsku, bo Bral upodobał sobie Szekspira w oryginale – ze względu na niezwykłą muzyczność, „dźwięk emocji”, „dźwięk wrażliwości”. A świat dźwięku jest Bralowi szczególnie bliski. Swój zespół nazywa orkiestrą. Kiedy aktorzy wibrują dźwiękiem, widz-słuchacz odczuwa rezonans w ciele. Zostaje zagarnięty przez emocje…

Grzegorz Bral siedzi z boku: kiwa się rytmicznie, porusza ustami, rękoma, podrywa się, precyzyjnie reguluje głośność swoich instrumentów. Zapowiada kolejny utwór: – Poszukamy w tej pieśni dźwięku aniołów, który nie istnieje, ale który da się czasami usłyszeć – mówi. Z krtani aktorów wydobywają się wibracje przypominające gruchanie gołębi. Coś pierwotnego, organicznego, a jednocześnie podniosłego. Każda nuta jest ważna, każda chwila, każdy oddech może przynieść objawienie. Każdy daje, co ma najlepszego, jakby składał na ołtarzu. Jakby sięgał po każdy dźwięk do trzewi i przenosił go do serca…

Jest w tym coś z misterium, obrzędowości, z rytuału szamańskiego. Nic dziwnego, że krytycy piszą o „świętym dreszczu”, „nastroju sakralnego zgromadzenia”, „echach dionizyjskich korowodów”… Nazywają Pieśń Kozła teatrem zmysłowym i duchowym, ekspresyjnym i ekstatycznym, dzikim i wyrafinowanym. Jednym z najciekawszych zjawisk światowej awangardy scenicznej… Jak się tworzy takie zjawisko? W opowieści Grzegorza Brala powracają trzy czasowniki: doświadczać, wybierać, dawać.

DOŚWIADCZAĆ: nuda i skok na główkę

W szkołach obserwował, jak „produkuje się ludzi, którzy mają papier, wiedzę w znaczeniu informacji, a kompletnie nie wiedzą, jak żyć”. Z podstawówki pamięta opresję, bicie linijkami… I to wkuwanie na pamięć. Mechaniczność. Brak inspiracji. Nuda. Sztampa. Niepotrzebność tego wszystkiego. Zahaczył o pięć uniwersytetów, po drodze były różne „studiumy”, kolejne mieszkania, adresy. Tak przez osiem lat. – Nie czułem, żebym potrzebował tych studiów, zresztą umiejętnie ich nie skończyłem. Tego, czego szukałem, tam nie było – mówi. Dziś, prowadząc z kolegami z zespołu warsztaty aktorskie czy szkołę teatralną przy uniwersytecie w Manchesterze, odkłada na bok wiedzę książkową. Z ulgą, że nikogo nie będzie odpytywać z lektury obowiązkowej.

Pierwszą szkołę życia odebrał w Drewnicy, w szpitalu psychiatrycznym. Miał 20 lat, pracował jako pielęgniarz. Służba zastępcza. Mógł wybrać sobie inne zastępstwo, ale interesowały go tamte klimaty. – Byłem wtedy na fali kulturowych odmieńców – mówi. – Verlaine, Rimbaud, Goethe, Norwid… Pewnie stąd pomysł, by zmierzyć się z brutalną i nieoczywistą rzeczywistością szpitala psychiatrycznego lat 80., uznałem, że to może być ekscytujące, inspirujące doświadczenie. Dużo pisałem…

Ale było coś jeszcze: pragnienie przekroczenia strachu przed życiem. Wyrósł na wrażliwego młodego człowieka – pełnego pytań i lęków, niepewności i ciekawości świata. Więc ten szpital był trochę na zasadzie: boisz się zimnej wody – skacz! Wskoczył między narkomanów na odwyku, chorych na schizofrenię i przestępców symulantów. Raz przysnął, obudził się związany… Fakt, miał skłonność do wchodzenia w ekstremalne sytuacje, w „te różne obszary”. Zastępowały mu używki, służyły jako paliwo do twórczego myślenia. No i takie teatralne były!

DOŚWIADCZAĆ: magia i pustka

Najczystszą formę teatru znalazł w Gardzienicach, w słynnej grupie teatralnej Włodzimierza Staniewskiego, którego nazwisko wymienia jednym tchem obok Grotowskiego i Kantora. Jak nazwać taki alternatywny teatr? Eksperymentalny? Laboratoryjny? Antropologiczny? Prostota, zgrzebność, coś autentycznego. Zagrał w „Żywocie protopopa Awwakuma”, w „Carmina Burana”. Poznał „teatralność utkaną z ducha muzyki, z ducha ludyczności”. Poznał trening, taki do bólu, wyczerpania. – Po raz pierwszy poczułem: o, jestem w prawdziwej szkole! Dostaję w dupę, zmagam się z moimi wewnętrznymi mocami czy niemocami, próbuję coś z tego wykrzesać… Zobaczyłem, jak to jest, kiedy życie i zawód stają się jednym. Wyświetliło mi się jasno: nie chcę być konsumentem informacji, interesuje mnie doświadczenie.

Gardzienickie doświadczenie było poetyckie, magiczne, symboliczne… Gigantyczne. A potem, na koniec, dramatyczne. Bo odszedł nie sam. Zabrał ze sobą jedną z najważniejszych aktorek Gardzienic Annę Zubrzycką. – Nie chcę tego banalnie nazywać, ale było to związane z naruszeniem sytuacji życiowej naszego kolegi z zespołu, wówczas męża Anny. To są najtrudniejsze emocje: poczucie zdrady, krzywdy, ofiara, sprawca… Nie dało się tego pomieścić w jednym zespole, trzeba się było rozstać.

Więc odszedł, w pustkę. – Myślałem: „to koniec, nigdy nie przebiję się przez to doświadczenie”. Miałem poczucie, że drzwi do teatru zatrzasnęły się przede mną na zawsze. Życie zaczęło się od nowa, a właściwie skończyło się… W tym sensie to doświadczenie było też dla mnie destrukcyjne – wyznaje. Założył firmę, od sprzątania. Mycie okien w sklepach, urzędach („Miałem ustawiony jeden duży bank i byłem szczęśliwy – raz do roku myłem tam okna”). Może musiał coś przez te okna zobaczyć.

DAWAĆ: ekonomia i idea

„Załóż jadłodajnię dla bezdomnych” – powiedział mu wtedy tybetański lama. – Byłem pokiereszowany, poturbowany, a on coś we mnie poruszył, przywołał jakąś odległą pamięć. Natychmiast poczułem, że to ten kierunek – wspomina. Później otworzyli z Anną jadłodajnię w Lublinie. Za Cukrownią to się nazywało. – Anna dała mi zielone światło, powiedziała: „OK, to ja się zajmę ekonomią, ty zajmij się ideą”. Utrzymywała mnie przez dwa, trzy lata. Dzięki niej wszystko ponownie stało się możliwe, zawsze była prawdziwym światłem w moim życiu. Kiedy było jej już naprawdę ciężko, obiecywałem: „Zwrócę ci to kiedyś. Pewnie nie w sensie finansowym, ale tak, żebyś miała poczucie, że to nie był stracony czas”.

Chciałby otworzyć tysiące jadłodajni, na świecie. Bo ma taką potrzebę. Marzenie. Nie wyobraża sobie inaczej. – Jeżeli znajduję w swoim życiu pewien nadmiar, na przykład mam w kieszeni więcej, niż potrzebuję, albo pojawia się jakaś nadwyżka czasowa, to chciałbym to spożytkować z korzyścią dla innych. Mam głębokie przeczucie, że na takiej właśnie zasadzie zbudowany jest kosmos – na nieustannej, harmonijnej cyrkulacji między jego elementami. Jeśli pomagam, dołączam do gigantycznego planu, zyskuję sens obecności tutaj.

WYBIERAĆ: żywioł i efekty uboczne

Teatr wybrał mu się sam, w 16. roku życia. Gdy zobaczył Apocalypsis cum figuris Grotowskiego. – Chodziło o to, co działo się podczas spektaklu z Ryszardem Cieślakiem grającym Ciemnego. Był w niezwykle pięknym stanie uniesienia, otwarty na wszystko, co może się w człowieku zadziać. Pozwolił, żeby coś go zagarnęło, nie krępował się. To było żywiołowe, ogniste… Zobaczyłem, że jest ujście dla bezbrzeżnej wrażliwości. Chyba to mnie tak zafascynowało – że jest ujście.

(…)

Więcej w Zwierciadle 06/2011