fbpx

Wydarzyło się naprawdę

Wydarzyło się naprawdę
fot. Zosia Zija i Jacek Pióro

Najwybitniejsza polska reporterka
swoją najnowszą książką „Biała Maria”
po raz kolejny dowodzi, że życie może
być ciekawsze od fikcji, przynosi dowody
na istnienie losów podwójnych, prowadzi dialog z Kieślowskim i jego kinem.
Hanna Krall nie stwarza świata, mówi o świecie stworzonym przez kogoś
innego. „Białą Marią” zamyka otwarte rozdziały wcześniejszych książek.
Nie chce już wracać do reportażu.

– Czy jesteśmy jedynie epizodem w życiu przedmiotu?

– W „Białej Marii” można by znaleźć potwierdzenie. Syn jednego z bohaterów, inżynier, zaczął swoją pracę od budowy ołtarza na placu Zwycięstwa – tego, przy którym papież zmieniał oblicze ziemi. Teraz inżynier buduje muzeum Żydów. Byłam ciekawa, co się w nim znajdzie. Przedmioty na razie są w szafie, opakowane i starannie opisane. Rodzaj materiału opisano: „metal”, „fajans”, podano wymiary. Porządek jest, a każdy przedmiot to czyjeś życie i czyjaś śmierć. Są dziecięce okularki, kawałki porcelany wygrzebane z ruin. Jest tabliczka z drzwi. Drzwi nie ma, właściciela nie ma, ale tabliczka jest. Ubrań już nie ma, właściciela nie ma, ale guziczki są. Jest dużo listów. Kobieta z Nowego Sącza przepisuje wiersz Mickiewicza i posyła komuś do Stanów. Młoda dziewczyna pisze, że spotkała w parku koleżankę Rachelkę i taka piękna wiosna była. Wszystko tchnie normalnością. Gdyby nie było drugiej wojny, przedmioty byłyby dosłowne, ale ponieważ wiemy, co stało się między tymi przedmiotami a nami, nabierają innego znaczenia. To, co się zdarzyło, uwzniośla ich zwyczajność.

– Fotografie tych przedmiotów zamieściła pani w swojej książce, po raz pierwszy ilustrując tekst zdjęciami. Dlaczego?

– Chciałam powiedzieć: „Drogi Czytelniku, popatrz, jest sala sądowa, w której toczyła się sprawa pana J.S., są schody w łazience, na których przewróciła się wdowa z zakrzepicą, właścicielka serwisu Biała Maria, jest dwór, przy którym znaleziono torebkę Zofii Sikorskiej, córki generała, i jej indeks. Jest sklep, w którym pracowała pani Emilia. Są drzwi, które pospiesznie zamknęła, opuszczając sklep, i jest grobla, którą szła później. Jest młyn, którym administrował porucznik Wiślicki. Te miejsca istnieją i wszystko, co ci opowiadam, zdarzyło się naprawdę”.

– Co się zmieniło, że dzisiaj miała pani potrzebę powiedzieć, że to się zdarzyło naprawdę?

– Zawsze miałam wrażenie, że czytelnik mi wierzy. A to jest książka na pożegnanie, więc chciałam powiedzieć, że słusznie mi wierzył.

– Co to znaczy na pożegnanie?

– „Biała Maria” jest domknięciem wątków z moich wcześniejszych książek.

– O czym będzie pani teraz pisała?

– O niczym. Czy muszę ciągle pisać?

– Nie wierzę.

– Dlaczego? Jeżeli za czymś będę tęskniła, to za dokumentowaniem, zbieraniem materiałów. Za gankiem, na którym siedziałam z córką młynarza. W domu tego młynarza mieszkał porucznik Wiślicki, bohater książki, który jako przedstawiciel nowej władzy administrował młynem. Córka młynarza mówiła mi, jak trudno ogrzać 12 pokoi, bo węgiel jest drogi, a ona jest sama. Córka i zięć są w Ameryce. Zięć jest Filipińczykiem, mówiła, strażakiem i uczestniczył 11 września w ratowaniu ofiar ataku na World Trade Center. Zięć nie może spać, mówiła. Co noc budzi go podmuch powietrza i rzuca pod samochód. „Dzięki temu podmuchowi ocalał”, mówiła kobieta i paliła papierosa za papierosem. Miała ochrypnięty głos palaczki, opowiadała o niewesołym życiu, o długich rozmowach telefonicznych z córką, co dobrze rozumiałam, bo też prowadzę takie długie rozmowy z córką. Bardzo mi się z nią dobrze rozmawiało, a po kilku miesiącach ktoś zadzwonił, że córka młynarza nie żyje. Myślę o rozmowie z kobietą, która opiekowała się panią S., niedoszłą matką chrzestną czarnowłosej dziewczynki. Siedziałyśmy w samochodzie i opiekunka opowiadała, że pani S. miała piękny rosenthalowski serwis z białej porcelany. Dostała go od Niemki, którą pan S. miał wysiedlać. Dała Niemce chleb i słoninę na drogę, a Niemka dała jej serwis. Po latach za pieniądze za sprzedany serwis zrobiła sobie nagrobek. Na drugi dzień poszłam na cmentarz i zobaczyłam, że nagrobek jest biały, z marmuru. A marmur ma fabryczną nazwę „Biała Marianna”…

– Pani gromadzi przedmioty, które mają przeszłość?

– Niewiele mam takich przedmiotów. Stoją tutaj, o, kałamarz z biurka mojego dziadka, popielniczka, zegar. To wszystko.

– Nie tylko wojna uwzniośla przedmioty. Również czyjś los. Opisuje pani kalendarz matki Krzysztofa Piesiewicza z 1945 roku. Wystarczyło kilka zdań. W lutym matka Piesiewicza pisała: „jestem w ciąży” i „zeskoczyłam z szafy pięć razy”. W październiku: „Syn. Krzysztof. Strasznie kochany”.

– Krzysztof Piesiewicz reprezentował na procesie rodzinę księdza Popiełuszki. Wkrótce potem znaleziono jego matkę zamordowaną, związaną w taki sam sposób jak ksiądz Popiełuszko. Przy drzwiach wejściowych leżała maczeta. Gdyby mecenas Piesiewicz nie wystąpił na tym procesie…

– Czy opisując życie Krzysztofa Piesiewicza, nie miała pani żadnych oporów? Choćby w kwestii: przed czym trzeba się zatrzymać?

– Za każdym razem zastanawiam się, jak daleko mogę pójść, ale Krzysztof rozmawiał ze mną, mając świadomość, że chciałabym o tym napisać. Przecież jest nie tylko adwokatem, sam jest pisarzem, artystą, współtwórcą filmów Kieślowskiego. Rozumiał, dlaczego to robię.

– Czytał już pani książkę?

– Tak.

– Jak zareagował?

– Był przejęty.

– To pani poznała Piesiewicza z Kieślowskim. Do Kieślowskiego wracała pani w swoich kolejnych książkach. Ma pani poczucie, że w „Białej Marii” toczy z nim spór o prawdę?

– To jest spór o zmyślenie. O życie i o zmyślenie. Pierwsze filmy Kieślowskiego były bardzo mocno osadzone w życiu, także filmy fabularne – „Spokój”, „Amator”, „Przypadek”. Jeszcze „Dekalog” był zaczepiony o życie. Potem zaczął od życia się oddalać i szedł w coś, co się elegancko nazywa kreacją. Nie miałam do niego pretensji. Miałam trochę żalu.

– W swojej książce przywołuje pani swój komentarz wobec historii o podwójnym życiu Weroniki, którą chciał sfilmować. Twierdziła pani, delikatnie mówiąc, że jest wydumana i filmu z tego nie będzie. Teraz, po latach, pani to puentuje. Jak przyszła do pani historia podwójnego życia porucznika Wiślickiego, jednego z ważnych bohaterów pani książki?

– Krzysztof po premierze filmu podszedł z kieliszkiem, błysnął okularami i zapytał: „No i co? Jest film?”. No był, był film. Ale on to wymyślił, a ja znalazłam prawdziwe życie. Pojechałam do miasteczka, w którym znalazła się czarnowłosa dziewczynka – to jej nie ochrzczono w pierwszej części książki. Chciałam się dowiedzieć, kim był mężczyzna, który wszedł do sklepu i zapytał: „a ta czarniutka dziewczynka to kto?”. Ludzie wymieniali różne nazwiska. Wiedziałam, że się nie dowiem, ale poznałam panią Basię i jej brata Andrzeja Cieślę. Mieli starych rodziców. Wiedzieli, że trzeba ich pytać o przeszłość, słuchać i zapamiętać. Nie znalazłam mężczyzny, który pytał o „czarniutką dziewczynkę”, ale znalazłam pana Andrzeja Cieślę. Powiedział mi, że zaraz po wojnie był tam porucznik Wiślicki, przedstawiciel nowej władzy. Kiedy wracał do domu, zastrzelono go koło mostu. Powiedział mi, że to był syn przedwojennego posła na sejm Wacława Wiślickiego. Zadzwoniłam do Piotra Wiślickiego, który był wnukiem posła. Powiedziałam: „pana ojca, porucznika Wiślickiego, zastrzelono, prawda?”. „Nie, nie zastrzelono, żył i umarł, był profesorem”. „Ale to był porucznik Wiślicki?” „Tak”. „No to go zastrzelono?” „Nie zastrzelono, skoro ja się urodziłem”. Był to argument, rzeczywiście. „Mam 300 listów ojca, pisał listy do matki przez całą wojnę”. „A pokaże mi je pan?” Pokazał, są w książce. Bo okazało się, że byli dwaj porucznicy Wiśliccy, że nie wiedzieli o sobie, jak nie wiedziały o sobie Weroniki Kieślowskiego. Że jeden zginął, drugi żył – jak Weroniki…

– W dodatku ten los wplata się w losy innych bohaterów, pokazuje, jak prosto dzieje się historia. Była mu pani potrzebna?

– Losowi? Losy już wiedzą, że są mi potrzebne, i lgną do mnie. Wiślicki, który żył, miał matkę, a matka miała siostrę. Mężem siostry był komunista Józef Unszlicht. Zastrzelili go w 1937 w Związku Radzieckim. Unszlichta aresztował inny komunista Stanisław Redens. Kiedy byłam w Moskwie, poznałam syna tego Redensa, Wołodię. Żona Redensa trafiła do łagru. Redensa rozstrzelano. Wołodia i jego brat dali ogłoszenie, że chcą sprzedać fortepian, bo nie mieli co jeść. Ale nikt nie chciał kupić fortepianu, słysząc, co stało się z rodzicami. Po śmierci Stalina wróciła z łagru matka Wołodii. Nie poznała synów. Siedziała i czekała na powrót zabitego męża. I teraz przypłynęła ta dawna historia. Jak pan widzi, wszystko mnie dokądś prowadziło, łączyło się.

– Lubi pani swoich bohaterów?

– Każdy z bohaterów, kiedy o nich piszę, staje mi się bliski. Córka młynarza była mi bardzo bliska. I pani Maria, sąsiadka niedoszłego ojca chrzestnego czarnowłosej dziewczynki. Opowiadała mi o swoim kochliwym ojcu, który ożenił się dwa tygodnie po śmierci żony. I archiwistka, której męża pobili górale, a ona ich odnalazła. I pani majster budowlany, która pisze wiersze… Kiedy z nimi rozmawiam, kiedy o nich piszę, są mi bardzo bliscy, a kiedy książka wychodzi i pan ją dostaje, oddaję ich panu.

– A czy zdarza się, że panią onieśmielają?

(…)
Wiecej w Zwierciadle 08/2011