Dlaczego kobiety mają nawyk zadowalania swoich mężów?

fot. iStock

„Ślubuję Ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz że Cię nie opuszczę aż do śmierci”. W przysiędze małżeńskiej nie ma słowa o zadowoleniu! A często żyjemy tak, jakby zadowolenie męża było najważniejsze. Skąd bierze się ten bezsensowny nawyk i jak z nim walczyć, docieka Hanna Samson.

Na warsztat „O godzeniu ról życiowych i wyborze strategii działania” jak co roku przyszły same kobiety. A mężczyźni? Widać nie mają z tym problemu. To kobiety się nie wyrabiają. Nie mają czasu dla siebie, na realizowanie swoich pasji, ale to nie jest takie ważne, bo już dawno się z tym pogodziły. Gorzej, że nie starcza im czasu nawet na to, żeby rozwijać swoją karierę zawodową i czuć się dobrą matką, żoną, córką. Każda z tych ról jest dla nich źródłem stresu i poczucia winy, że nie robią wszystkiego tak jak trzeba. Już samo przyjście na warsztat okupione jest wyrzutami sumienia, bo powinny w tym czasie być z rodziną.

– Mój mąż był bardzo niezadowolony, że wychodzę i będzie musiał zająć się dziećmi – zaczyna Monika, a inne dołączają. Kilku mężów próbowało odwieść żony od pójścia na warsztat. Nie uległy. I co z tego, skoro czują się winne? – Moje dzieci są jeszcze małe, chyba nie powinnam ich zostawiać na tyle godzin, cały czas niepokoję się, jak sobie poradzą – ciągnie Monika. – A kto się nimi teraz zajmuje? – pytam. – Mąż. – A jak często to robi? – Bardzo rzadko, zawsze ja jestem z nimi, pracuję w domu, a jego nigdy nie ma – odpowiedź mnie nie zaskakuje. – No to stworzyłaś mu okazję, żeby w końcu mógł poczuć się ojcem i nawiązać bliższy kontakt z dziećmi. To sytuacja dobra dla was wszystkich – naprawdę tak uważam. – Gdyby on to tak widział… – wzdycha Monika. – Ale on jest niezadowolony, że wyszłam.

CO JEGO, TO I MOJE

Nie wystarczy nam to, jak my widzimy sytuację. Najważniejsze jest, jak on ją widzi! A on widzi ją od swojej strony i nie zajmuje go zadowolenie lub niezadowolenie Moniki. Za to Monikę zajmuje jego niezadowolenie. Podczas każdej przerwy dzwoni do domu i zbiera nową dawkę niezadowolenia, bo mąż chciałby, żeby już wróciła. Monika siedzi jak na szpilkach, bo chce tu być, ale chce też być w domu, żeby mąż był zadowolony.

– A jak mąż wychodzi z domu, to ty jesteś zadowolona? – próbuję. – Nie, ale on ciągle wychodzi, więc się przyzwyczaiłam. Po pracy idzie do siłowni albo na siatkówkę, biega, spotyka się z kolegami, prowadzi normalne życie. A przez to ja nie mogę pracować, bo ciągle jestem z dziećmi. Założyłam firmę, wiem, co chcę robić, ale pracuję za mało, bo nie mam czasu. – On się tym przejmuje? – dopytuję. – Skądże! Wypomina mi, że mało zarabiam i robi swoje. – Dlaczego więc ty się przejmujesz, że on jest niezadowolony, gdy w końcu robisz coś dla siebie? – Bo chcę, żeby było dobrze między nami – mówi bez chwili zastanowienia. – Dobrze, czyli na jego warunkach? – próbuję dociec.

No tak. Chciałybyśmy coś zrobić, ale miotamy się od ściany do ściany jak w pułapce, bo jego niezadowolenie związuje nam ręce. A może chodzi raczej o nasz brak odwagi?

Wpadła mi niedawno w ręce książka „Odwaga bycia nielubianym”, której autorami są Ichiro Kishimi i Fumitake Koga. Oparta jest na teorii Alfreda Adlera, początkowo współpracownika Zygmunta Freuda, który po odłączeniu się od ruchu psychoanalitycznego, stworzył własną teorię osobowości. Sam tytuł już wiele mówi. I oczywiście nie chodzi o to, żeby ludzie nas nie lubili, ale o to, by ich sympatia i zadowolenie nie były dla nas najważniejszym drogowskazem. Chciałybyśmy robić to, co jest dla nas ważne, ale on tego nie akceptuje? Czasem nie można mieć wszystkiego. Trzeba wybierać. Życie zgodne z cudzymi oczekiwaniami to niewola – twierdzą autorzy książki. Dlaczego same siebie na nią skazujemy? Czy naprawdę nie mamy wyjścia?

NASZA POKRĘTNA LOGIKA

Jakiś czas temu spotkałam znajomą, która po latach zmęczenia nagle rozkwitła. Zapytałam, co się stało. – Zrobiłam rewolucję w swoim życiu – odpowiedziała z dumą. – Dzieci wyprowadziły się z domu, a ja zagnałam męża do pomocy. Bo niby dlaczego to zawsze ja mam sprzątać? Nie rozumiem, czemu robiłam to przez tyle lat! Sprzątałam, gotowałam, podawałam, a przecież też pracuję zawodowo i też jestem zmęczona, i też chcę mieć czas dla siebie. – I mąż nie stawiał oporu? – zdziwiłam się, bo znam życie. – Jasne, że był niezadowolony, ale jak przestałam sprzątać, to on w końcu zaczął. Trochę narzeka, ale sprząta.

I tak sobie rozmawiałyśmy, aż zeszło na dzieci. Niby wszystko jest dobrze, ale Alicję złości sytuacja syna, który niedawno się ożenił. – Wyobraź sobie, że kiedy do nich wpadam, to on się krząta, podaje herbatę, a ona sobie siedzi jak księżniczka – mówi z dezaprobatą. – W dodatku wczoraj poprosił mnie o przepis na sernik. Pytam, czy żona chce upiec, a on na to, że to on upiecze, bo Ania jest zmęczona po pracy. To chyba nie jest powód, żeby on piekł ciasto? – No co ty, Alicja? Sama robisz rewolucję, a złości cię, że on zajmuje się domem? Gdzie tu logika?! – pytam. – Też coś! Ja najpierw odchowałam dzieci i dopiero potem pomyślałam o sobie!

No i tak to z nami jest! Niby wiemy, że mamy jakieś prawa, ale nade wszystko cenimy obowiązki. Swoje i innych kobiet. I nie zwolnimy z nich własnych córek, a już tym bardziej synowych!

SŁABA PŁEĆ I OPIEKUN

Nic w tym dziwnego. Cała kultura mówi o naszych zadaniach. Jasne, że mamy pracować zawodowo, a nawet robić karierę, ale mamy też zajmować się domem, opiekować dziećmi, dbać o rodziców, relacje z przyjaciółmi i swój wygląd, nie zaniedbywać zainteresowań i tak dalej. A on? On za to ma wsparcie kultury, żeby zajmować się pracą zawodową i jeszcze tym, czym chce. Weźmy polskie seriale.

Badania Beaty Łaciak przedstawione w artykule „Medialny obraz mężczyzn w relacjach małżeńskich i rodzinnych” wykazują, że w serialach najczęściej występuje mąż tradycjonalista. Taki mąż uważa, że jego praca zawodowa jest najważniejsza i zwalnia go ze wszystkich obowiązków domowych i zaangażowania w życie rodzinne. Robi karierę, a żona ma go wspierać i tworzyć mu dom, niezależnie od tego, czy sama pracuje zawodowo, czy nie. Serialowe bohaterki przedstawiane są często podczas wykonywania czynności domowych, zaś serialowi mężczyźni są zwykle bezradni w kuchni i tylko nieliczni przygotowują od święta jakieś popisowe danie ku zachwytowi wszystkich. Kobiety przepraszają, jeśli nie zdążyły przygotować śniadania czy obiadu, co zdarza im się wyjątkowo. Mogłoby to być przygnębiające, ale artykuł ten, podający wiele barwnych przykładów, jest częścią książki „Nowi mężczyźni?”, która ukazała się w 2008 roku, więc może od tego czasu coś się zmieniło?

Sięgam po trzytomowy raport „Gender w podręcznikach. Projekt badawczy”, żeby sprawdzić, jaki obraz kobiet i mężczyzn przedstawiany jest dziewczynkom i chłopcom w szkołach. Raport pochodzi z 2016 roku. To fascynująca lektura, ale, niestety, wynika z niej jasno, że nic się nie zmieniło. Weźmy na przykład wiedzę o kulturze. Czego tam uczą się uczniowie (pod słowem „uczniowie” kryją się oczywiście również uczennice) o roli kobiet i mężczyzn? „Wśród dominujących w grupie kobiet aktywności jest praca domowa. Mężczyźni najczęściej przedstawiani są podczas pracy zawodowej lub w miejscu pracy” – czytamy w podsumowaniu podręcznika. Mężczyźni uprawiają sporty, takie jak wspinaczka, boks, skoki narciarskie, kobiety nie podejmują aktywności sportowej. Mężczyźni znacznie częściej występują w roli współpracownika, szefa, dyrektora, a kobiety w roli matki, babki, córki. „Wśród postaci kobiecych pojawiają się emocje charakterystyczne dla »słabej« płci, takie jak: strach, smutek czy niepokój. Mężczyźni natomiast przejawiają znacznie bardziej intensywne emocje – wściekłość czy gniew”. Jeśli chodzi o wychowanie do życia w rodzinie, to dowiadujemy się, że chłopcy są hałaśliwi i nonszalanccy, wiedzą, czego chcą, a dziewczynki zajmują się swoim wyglądem i są nieśmiałe. „Bycie żoną i matką definiowane jest jako potrzeba i jednocześnie cel oraz zadanie kobiety” i wymaga ono poświęcenia. „Warunkiem koniecznym i wystarczającym do bycia matką jest posiadanie męża-opiekuna”. Również wiedza o społeczeństwie to teren, gdzie kobiety występują głównie w stereotypowych rolach żony, matki i opiekunki, mężczyźni zaś są „żywicielami rodziny” i zajmują wysokie stanowiska. Ale może w innych przedmiotach jest lepiej? Nie łudźmy się. Nawet w treści zadań z fizyki dziewczynki wymagają pomocy chłopców, są bierne i od nich zależne. „Ela nie mogła sama przesunąć szafki. Poprosiła o pomoc Krzyśka. Ponieważ Krzysiek jest znacznie silniejszy, więc udało mu się przesunąć szafkę”. Na ilustracji Ela stoi z założonymi rękami, a Krzysiek przesuwa.

Jeśli tym nasiąkają dziewczynki i chłopcy, to nic dziwnego, że kobietom, gdy zostają żonami, trudno jest czuć, że mają takie same prawa. Z determinacją próbują godzić role, które są nie do pogodzenia bez pomocy partnera, aż poczują, że są w pułapce. Żeby z niej wyjść, muszą wystąpić przeciw oczekiwaniom męża i całej kultury. Muszą zmierzyć się z jego niezadowoleniem, a to wymaga odwagi.

„Odwaga do bycia szczęśliwym obejmuje też odwagę do bycia nielubianym. Kiedy zdobędziesz się na taką śmiałość, wszystkie relacje międzyludzkie przestaną być dla ciebie ciężarem” – twierdzą autorzy książki „Odwaga bycia nielubianym”. Warto to sprawdzić, zamiast cofać się ciągle przed niezadowoleniem męża, bo nasze niezadowolenie wcale nie jest mniej ważne.

Hanna Samson psycholożka, pisarka, terapeutka

 

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »