fbpx

Dobry związek – a gdyby tak zacząć współpracować?

Dobry związek: a gdyby tak zacząć współpracować?
Współpraca w związku uda się, gdy obie strony odzyskają szacunek do siebie samych i do siebie nawzajem. (Fot. iStock)

Wiele mówi się o tym, jak kobiety i mężczyźni powinni razem pracować, o szklanych sufitach czy ruchomych schodach. Ale jak współpracować w domu, w parze? Nawet gdy wierzymy w idee równości, odrzucamy różnice między płciami, współdziałanie z życiowym partnerem jest trudne. Dlaczego? Jak to zrobić, by kobieta i mężczyzna mogli działać ramię w ramię, tak by dawało to satysfakcję im obojgu – rozważa Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Nie chciało mi się pomagać mężowi, wolałam poczytać, gdy on biedził się nad pralką. Kiedy mu się udało, był zachwycony: „Jak dobrze nam się współpracowało!”. A ja całkiem zgłupiałam: nie ruszyłam nawet palcem.
Może to był komentarz ironiczny: współpracowałaś, bo nie przeszkadzałaś? A może był wdzięczny za to, że zachęciłaś go do zajęcia się pralką, co słusznie odebrał jako wyraz twojej wiary w jego możliwości. Na ogół mężczyźni od kobiet potrzebują tego samego, czego nastolatki od rodziców: zaufania do ich możliwości i mądrości oraz szacunku. Zapewne też pochwaliłaś go za odwagę i determinację, gdy odniósł sukces? Pochwały mogłaś sobie darować. Nie ma powodu chwalić kogoś za to, że oddycha. Niestety, kobiety myślą, że mężczyźni są jak małe dzieci, którym można coś zlecić tylko po to, aby poprawić im nastrój w bezpiecznych warunkach, i chwalić nawet, gdy poniosą klęskę. Kobiety są zazwyczaj pewne, że bez nich mężczyźni sobie nie poradzą.

Czasem to prawda: wyrywamy mężczyznom z rąk to, co sami mogli zrobić, bo jesteśmy przekonane, że my zrobimy to lepiej, szybciej,
Wyrywanie mężczyznom z rąk tego, co powinni sami zrobić, jest ważną kwestią w rozważaniach o współpracy między kobietami a mężczyznami. Zaryzykowałbym hipotezę, że coraz więcej kobiet paternalizuje, a raczej maternalizuje mężczyzn, czyli traktuje jak dzieci, w sposób lekceważąco-opiekuńczy, który łatwo przekształca się w pobłażliwą pogardę. Nie sądzę, że to wynika ze złych kobiecych charakterów. Powszechne maternalizowanie Polaków przez Polki ma związek z trudnym historycznym dziedzictwem zapisanym w zbiorowej podświadomości polskich mężczyzn. Otóż polscy mężczyźni skrywają przed sobą i przed światem potężny kompleks ofiary i poczucie winy za to, że tyle razy w dziejach swoje kobiety, dzieci i dalszych potomnych zawiedli. W największym skrócie: ledwo państwo powstało, a synowie pierwszego króla już się pokłócili i podzielili kraj na dzielnice. Potem – poza wyjątkami – kiepsko i bez wizji rządziliśmy i zawieraliśmy fatalne sojusze. W efekcie straciliśmy niepodległość. Potem wszczęliśmy wiele źle przygotowanych, skazanych na klęskę powstań. Przelewaliśmy krew w złej lub nie swojej sprawie, masowo ginęliśmy i ciągle nie było nas w domach. Tak więc z punktu widzenia pokoleń osamotnionych kochanek, żon i córek, milionów wdów samotnie wychowujących dzieci polscy mężczyźni zasłużyli na opinię podpitych, kłótliwych, narcystycznych i niedojrzałych nieudaczników. W najlepszym wypadku – przegranych bohaterów ginących z honorem z wątpliwego powodu.

No tak! Kobieta inaczej wita w domu mężczyznę, który wraca z wojny (z pracy) z workiem skarbów i mówi: „Maleńka, teraz sobie odpoczniesz”, a inaczej tego, kto wraca chyłkiem poraniony i którym trzeba się opiekować…
…a wkrótce potem pochować. Z punktu widzenia kobiet zachowania i wybory polskich mężczyzn zbyt często były bezmyślnym poświęcaniem siebie, dzieci, rodziny i domu w imię kolejnych politycznych czy ideologicznych iluzji lub honorowej śmierci, która bywała ucieczką przed wstydem klęski i trudem zadośćuczynienia. Większość polskich kobiet w głębi duszy przeżywało te męskie decyzje jako przejaw braku odpowiedzialności za siebie i za bliskich. W zbiorowej podświadomości Polek musiało zapisać się przekonanie, że na mężczyznę nie można liczyć w sprawach dla kobiet najważniejszych: w tworzeniu poczucia bezpiecznego gniazda i bycia dobrym, realnym wzorcem dla wspólnych dzieci i wnuków. W głębi duszy wszyscy wiemy, jak było, i nic nie pomoże to, że chcielibyśmy, aby było inaczej. Od lat przyglądam się losom polskich rodzin i uderza mnie, jak niewielką rolę odgrywają w nich ojcowie, dziadowie i pradziadowie. A jeśli nie niewielką, to jedynie pośmiertno-symboliczno-heroiczną lub negatywną i demoniczną. Wysłuchałem setek rodzinnych sag, w których od pokoleń mężczyźni wkrótce po spłodzeniu potomstwa zapadali się w otchłań nałogów, chorób i umierali. Lub znikali pochłonięci kolejną wojenną awanturą albo ideą. Zaskakująco szybko, zanim zjedli z rodziną istotną ilość soli, znikali z domu. Przypuszczam, że to dziedzictwo przyczynia się do tego, że polskie kobiety tak często naruszają swoje granice i poczucie godności, by zapobiec znikaniu mężczyzn. Popularną strategią jest nadopiekuńczość, chwalenie i ogólna taryfa ulgowa. To wszystko jest wyrazem z góry założonego – choć często nieuświadamianego – braku szacunku i lekceważenia.

Chwalenie i taryfa ulgowa są wyrazem braku szacunku?
Tak, bo pod spodem jest założenie, że na więcej go nie stać, że niewiele umie i najpewniej wszystko schrzani. W takich rodzinach, gdy jakiś tata czy dziadek naprawił raz odkurzacz, to w rodzinnej sadze zapisano o tym opowieść złotymi zgłoskami. Lekceważący stosunek do polskich mężczyzn przejawia się też w sposobie traktowania tzw. fachowców. Większość z nich jest udręką dla klientów i inwestorów – nieudacznicy, spryciarze, kanciarze, pijacy. Ale jak się trafi taki, który coś potrafi i nie nawala, to wszyscy wychwalają go pod niebiosa, padają przed nim na kolana i podają sobie z ręki do ręki jak relikwię: „To niewiarygodne! Wie, co robi! Można na niego liczyć! Nie pije w robocie! Dotrzymuje umowy i terminu!”. I tak normalny, uczciwy fachowiec urasta do rangi narodowego skarbu. Może to już trochę przedawniony i niesprawiedliwy stereotyp. Spotykam ostatnio sporo dobrych fachowców. Może niedługo będzie u nas jak w Ameryce. Tam na budowę przyjeżdża mistrz kafelkarz i dwaj pomocnicy. Na biodrach pasy pełne profesjonalnego wyposażenia i takie przyspieszenie, że 100 metrów kwadratowych terakoty ułożyli idealnie w trzy godziny. W Stanach zauważyłem, że o atrakcyjności mężczyzny w oczach kobiety decydowała jego sprawność i rzetelność w pracy. Niefortunna dziejowa scheda nieudacznictwa i nawalanki ciążąca na polskich mężczyznach odbija się na polskich relacjach damsko-męskich. Czy ty jako kobieta to dostrzegasz?

Pewnie. Nie oczekuję, że mężczyźni zaopiekują się mną, to ja opiekuję się nimi, ale też czuję się do tego opiekowania prowokowana.
Czytałem list kobiety, która zauważyła, że polscy mężczyźni stosują różne wybiegi, by partnerki przestały im zlecać nie tylko tzw. męskie zadania, naprawy czy konserwacje, lecz szczególnie te należące do tzw. tradycyjnych obowiązków kobiety, np. gotowanie, opieka nad dzieckiem, sprzątanie, pranie, zakupy itp. Najczęstszą i najbardziej skuteczną taktyką jest totalnie spieprzyć to, czego się podjęli. I następnym razem kobiecie nie przyjdzie do głowy coś mężczyźnie zlecać, poszuka fachowca. A my na mecz albo na piwo. Z tego samego powodu w naszym kraju obowiązuje mit sprawnego fachowca, który wzbudził zachwyt żony do tego stopnia, że wspólnie przyprawili małżonkowi rogi. Nie wiadomo, ile w tym prawdy, ale niewątpliwie świadczy to o atrakcyjności wydolnych i sprawnych mężczyzn fachowców w oczach kobiet.

Moja przyjaciółka, która mieszkała długo na Zachodzie, mówi, że polscy mężczyźni nadużywają trzech terminów: „nie umiem”, „nie wiem”, „boję się”.
To nie znaczy, że polscy mężczyźni nie potrafią dobrze zrobić wszystkiego, co trzeba. Raczej uprawiają wyuczoną, półświadomą grę, która daje im korzyść w postaci usankcjonowanego lenistwa i większej ilości wolnego czasu. Przekaz o nieudacznictwie mężczyzn w wielu rodzinach jest tak oczywisty jak powietrze. Już prababka miała męża, który zrobił jej dzieci i zniknął albo wpadł w alkoholizm czy depresję. Pozbyła się więc go z domu i sama wychowywała dzieci – jak na prawdziwą matkę Polkę przystało. Potem jej córka zaangażowała się w podobny związek, bo nieświadomie powieliła wzór poznany w domu. Albo nie miała specjalnego wyboru, bo zbyt wielu zaradnych mężczyzn nie ma. Chyba nawet zaczyna ich ubywać, bo chłopcy wychowywani bez ojców w rodzinach od pokoleń pozbawionych szacunku dla męskiego pierwiastka ustawili są w roli egzotycznych ptaków, które trzeba chronić i chwalić. Mają więc małe szanse wyrosnąć na mężczyzn, którzy dają radę, wiedzą, nie boją się…

Ale skoro mamy nie stosować taryfy ulgowej, bo to wyraz braku szacunku wobec mężczyzn, to jak mamy od nich wymagać?
Trzeba zacząć od tego, by nie zakładać z góry, że oni nie wiedzą, nie potrafią, boją się. Wiele współczesnych kobiet wzorem swoich mam i babć pakuje swoim mężczyznom walizki przed podróżą. To błąd, rozpieszczanie partnera. Dorosły człowiek umie sam spakować swoją walizkę. A jak nie, to szybko się nauczy. Wiesz, że chodzą po świecie dorośli mężczyźni, którzy nie potrafią sami kupić sobie ubrania?

Pewnie, wiele moich koleżanek kupuje mężczyznom rzeczy. Oni je w domu przymierzają, a jeśli coś nie pasuje, one odnoszą do sklepu.
To dowód wyuczonej bezradności mężczyzn spowodowanej maternalizowaniem ich przez kobiety. To upokarzające dla mężczyzny być traktowanym przez partnerkę jak dziecko i pozwalać jej jak mamie decydować, w czym dobrze wygląda i jaki styl mu pasuje. Mężczyźni powinni zacząć pracować nad odzyskaniem poczucia wartości i tożsamości zdefiniowanych przez nich samych i ewentualnie innych mężczyzn – a nie przez kobiety. Wtedy dopiero przestaniemy czekać z utęsknieniem na kobiece pochwały i docenienie, a komentarz w stylu: „Co z ciebie za facet – nie potrafisz nawet pralki naprawić”, nie zdruzgocze nam życia. Pary, które przychodzą do mojego gabinetu, często zmagają się z problemami wynikającymi z zaburzonego poczucia wartości i autonomii mężczyzn uzależnionych od kobiet, które ich opiekuńczo lekceważą i nie zauważają tego, że w gruncie rzeczy ich obsługują.

I nie ma współpracy, jest kobiece: „Wszystko na mojej głowie!”.
To z jednej strony. Ale są też mężczyźni, którzy – obciążeni tym dziedzictwem – za wszelką cenę chcą udowodnić, że są wspaniałymi samcami i zapracowują się na śmierć, robiąc wszystko perfekcyjnie. Ich partnerki leżą i pachną. Trudno więc znaleźć obszar, gdzie mogłaby zaistnieć harmonijna współpraca. Mężczyźni mają wybór: albo pozostać rozpieszczanym dzieciakiem, który oczekuje zachwytów i obsługi, albo zostać herosem, który za wszelką cenę chce udowodnić, że zasługuje na miłość i zachwyt kobiety, którą on z kolei obsługuje. Jest jeszcze trzecia opcja – macho, czyli mężczyzna, który poprawia sobie samopoczucie, gardząc kobietami, bo tak kompensuje sobie dziedzictwo klęski i winy. Uprzedmiotawianie i dewaluowanie kobiet jest skuteczną ucieczką przed kompleksem niższości i brakiem szacunku dla siebie. Jest wielu takich w naszym kraju i chyba ich nie ubywa.

Co więc zrobić, żeby para ludzi mogła wspólnie budować swoje życie mimo historyczno-psychologicznych ograniczeń?
Recepta jest tylko z pozoru prosta: mężczyźni powinni zrozumieć i docenić swoje matki – wewnętrznie pokłonić się przed nimi. Zobaczyć, że pozostawione przez swoich mężczyzn radziły sobie najlepiej, jak mogły. Uznać, że kobiety od pokoleń porzucane przez partnerów i ojców musiały chcąc nie chcąc przelewać swoją gorycz i gniew na synów. Albo wprost, albo opakowane w nadopiekuńczość. Muszą uznać, że bardzo trudno jest kobiecie wychować syna bez udziału mężczyzny. Odzyskanie szacunku i zrozumienia dla matki skutkujące wyjściem z uzależnienia od niej jest dla mężczyzny warunkiem zbudowania szczęśliwego związku z kobietą. Z kolei kobiety muszą odzyskać szacunek dla postaci ojca, spojrzeć we wsteczne lusterko i pomyśleć o nim ze zrozumieniem, wyrazić wdzięczność i zaufanie do jego życiowych decyzji – pokłonić się. Wtedy zmienią stosunek do partnerów, uwolnią się od stereotypu polskiego mężczyzny. To ważne, bo emancypujące się kobiety są jeszcze bardziej narażone na niebezpieczeństwo utknięcia w negatywnym stereotypie ojca/faceta – nie mężczyzny – co obniża jakość ich miłości do partnerów i synów. Krótko mówiąc: obie strony muszą odzyskać szacunek do siebie samych i do siebie nawzajem.

Wojciech Eichelberger – psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii; www.ipsi.pl

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
?>