Dobry związek – co radzą nasze babcie i mamy? Rozmowa z Katarzyną Miller

Które międzypokoleniowe przekazy wzmacniają nasze związki, a które podcinają im nogi? Czy możliwa jest wzajemna inspiracja? (Fot. iStock)

Kobieta wychowuje mężczyznę, ale to on robi pierwszy krok i to jemu powinno bardziej zależeć niż jej. Tak mawiały nasze babki i tego uczyły swoje córki, a one nas. Czy miały rację? Które międzypokoleniowe przekazy wzmacniają nasze związki, a które podcinają im nogi? Czy możliwa jest wzajemna inspiracja? Z okazji Międzynarodowego Dnia Dziewczynki rozmawiamy z psychoterapeutką Katarzyną Miller.

Czego cennego dowiedziałaś się od swojej mamy o mężczyznach?
Oj, od mojej biednej mamy niewiele, bo ona się po prostu bała związków. W sprawach seksu też była strasznie zablokowana, w czym upatruję dużej zasługi babci. Więcej dowiedziałam się o tych sprawach z książek. Natomiast mama nauczyła mnie bardzo dużo o tym, jak być dobrą gospodynią, w szerokim sensie tego słowa, nie jak sprzątać, prać czy prasować, ale żeby kochać swój dom, dbać o niego i stale go upiększać. Mama miała świetny gust, nasz dom był przytulny, bezpretensjonalny i uroczy. Drugi niezwykle istotny przekaz był taki, że kapitałem każdej kobiety są jej przyjaciółki. Bo kobiety to sól ziemi, w ich towarzystwie możesz się zawsze czuć bezpiecznie, nikt inny tak cię nie zrozumie. Mama przyjaciółek miała sporo i to były wieloletnie przyjaciółki. Uwielbiałam je wszystkie. Były absolutnie największym bogactwem, jakie od niej dostałam. Mama umiała też świetnie gotować i ten feeling mam po niej.

Czyli z domu wyniosłaś następującą wiedzę: to kobieta tworzy jego atmosferę.
Co więcej, ten dom jest dla kobiety oparciem, jej azylem, gniazdem. Urządzając dom, kobieta urządza też swoje życie. Dlatego w moim domu nie mam żadnej rzeczy, której bym nie lubiła. Tu ładuję swoje akumulatory, tu odpoczywam, tu kwitnę. I zapraszam do domu tylko tych, których lubię. Dom moich rodziców był zawsze pełen cudownych gości, inteligentnych, dowcipnych, kochających życie, umiejących się bawić – wszyscy przeżyli wojnę i strasznie cieszyli się, że mogą żyć. I wszyscy sobie szczerze pomagali.

Nie w każdym domu tak dba się o wygląd i atmosferę.
W wielu rodzinach dom był i nadal jest od prania swoich brudów i nie należy do niego, broń Boże, zapraszać innych ludzi, bo a to naniosą brudu, a to pozaglądają w każdy kąt… Typowo polska dulszczyzna. Mówiłam o pozytywach mojego domu, co nie znaczy, że zawsze był on dla mnie przyjazny. Mama miała też ewidentnie dulskie podejście na zasadzie: „Nie opowiadaj, co w domu się dzieje, udawaj, rób dobrą minę do złej gry”. Nienawidziłam tego.

A dawała ci złote rady: „Pamiętaj, córeczko, żeby zawsze…” albo „żeby nigdy….”?
Moja mama z lubością powtarzała, że wszyscy mężczyźni są tacy sami i tylko jedno im w głowie. Prawda była taka, że to jej to w głowie było. Rady, o których mówisz, nie są skierowane do Dorosłego, czyli nie wykształcają tego aspektu człowieka, który najbardziej nam się przydaje w życiu. Rodzice uczą tak Dziecko, które ma być posłuszne ich Rodzicowi, czyli temu aspektowi w nich samych, który kontroluje, poucza. Zamiast mówić: „Próbuj, sprawdzaj i przekonuj się sama, co ci pasuje”, mówią: „My mamy swoje normy, które mają też ciebie obowiązywać”. I oczywiście część dzieci się temu poddaje i potem ma problem, bo nie wie, jak się poruszać po życiu, a część się buntuje, co też nie jest za dobre, bo buntownicy są w wiecznej kontrze. Dzieci, które będą takie, jakie rodzice chcą, żeby były, na pewno nie będą szczęśliwe. I ci rodzice też nie będą, bo dziecko im będzie to rozczarowanie i niezadowolenie oddawać.

Córka, która słyszy: „mężczyznom w głowie tylko jedno” uprzedzi się do związków.
I będzie miała kłopot z czerpaniem radości z seksu. Moja mama uważała seks za niebezpieczny, bo z jednej strony cię pociąga, a z drugiej niewoli. I jeszcze dzieci z tego mogą być. W ten sposób rodzice powodują, że seks staje się dla nas o wiele ważniejszy, niż naprawdę jest.

Wiele mam i babć daje swoim córkom i wnuczkom rady, które one odbierają jako zachętę do gry, zamiast szczerości w związku.
Ja usłyszałam od mamy, żeby nigdy nie pokazywać facetowi, że ci na nim zależy. Strasznie mnie to zmęczyło w życiu i zrobiło wiele złego. Pewnie, sama mówię dziewczynom, żeby nie wieszały się na mężczyznach, nie dusiły ich, bo odejdą, ale mężczyźni też chcą słyszeć, że są ważni, i warto im o tym mówić.

Na to babki mówią: „to mężczyźnie powinno bardziej zależeć”.
To jest właśnie ten stary styl, żywcem wyjęty z książek Barbary Cartland, według której kobiety powinny paradować w różowych szlafrokach i klapkach z puszkiem, być zawsze zadbane, pachnące i omdlewające. Bo to on ma szaleć na punkcie kobiety, a jej ma niby nie zależeć. Ale jeżeli kobieta nastawia się cały czas na wydobywanie z niego szaleństwa, to sama niewiele czuje i jest uzależniona od objawów jego miłości. Gra niewarta świeczki. Najgłupszym typowo polskim przekazem jest: „Nie spotykaj się z chłopakami i tylko się ucz, a potem znajdź sobie dobrego męża”. Niby jak? Nawet jeżeli go spotkasz, to skąd masz wiedzieć, czy będzie dobry, skoro nie znasz się na facetach?

Ale na to babki też mają gotową odpowiedź: „faceta sobie trzeba wychować”.
I tu im przyznam rację, faceta trzeba wychować, i trzeba to zrobić jak najszybciej. To znaczy wtedy, kiedy jest najbardziej zainteresowany, czyli zakochany. Pokazać mu, czego się od niego chce, oczywiście nie nadmiernie. My wtedy skupiamy się na tym, by zademonstrować siebie od jak najlepszej strony, ale trzeba też pokazać się od tej najgorszej. Nauczyć ich o sobie. Jak facet jest otwarty, to on to w całości kupi. Jak w cudownym filmie „Zapomnij o Paryżu” z Billem Crystalem i Debrą Winger, gdzie oboje tuż przed wspólnym zamieszkaniem mówią sobie: „Ale ja się kłócę”, „A ja wyciskam pastę do zębów od środka”.

Faceta trzeba wychować, ale najważniejsze, że można. Wiele dziewczyn przekreśla dobrze rokującego kandydata, bo on nie umie się zachować w towarzystwie albo ma jakiś denerwujący zwyczaj.
Oczywiście, że można powiedzieć facetowi, że coś nam się nie podoba, i jeśli on będzie chętny to w sobie zmienić, docenić to i bardzo mu za to podziękować. Bo wcale nie musi tego robić. Lubię opowiadać historię z mojego pierwszego małżeństwa, kiedy nauczyłam męża robić pranie. On był przyzwyczajony do tego, że to kobieta pierze, choć ja mu z góry powiedziałam, że takich zasad nie wyznaję. Mimo to rzucał swoje ubrania koło pralki, czekając, aż je włożę do bębna i wypiorę. Zaczęłam więc kłaść je na kupę w salonie. Kupa rosła i rosła, ale spokojnie to znosiłam, bo wiedziałam, że w tej wojnie na nerwy to ja wygram. I tak też się stało, mąż zaczął sam prać swoje rzeczy, kupa zniknęła, i oboje z tego powodu byliśmy bardzo szczęśliwi i nieźle się ubawiliśmy.

To dowód na potwierdzenie jeszcze jednej babcinej mądrości, by facetów nie traktować zbyt serio.
Nie tylko facetów, nie warto w ogóle zbyt serio traktować życia. Już sam fakt, że ono jest, że się tak nieprzewidywalnie toczy, jest wystarczająco poważny. I przestańmy tak przejmować się tym, co on powiedział. Powiedział, to powiedział, może tak myślał. Ale kobiety uwielbiają brać wszystko do siebie i w kółko to wałkować.

A co z typowo babcinym przekazem, że pierwszy krok powinien należeć zawsze do mężczyzny?
Z pewnością dużo jest prawdy w tym, że mężczyzna musi być zdobywcą. Choć dziś coraz mniej mężczyzn zdobywcami bywa, dali się nam za bardzo zepchnąć do defensywy. Sęk tkwi w czym innym. Dziewczyny zbyt często mylą flirt ze zdobywaniem. Nie każdy komplement czy uwodzenie musi prowadzić do związku. Nasze babcie cudownie flirtowały, i to jest coś, co my dziś kompletnie zatraciłyśmy, zepsułyśmy, chłopcy zresztą też. Flirt jest jedną z rozkoszniejszych rzeczy w życiu. To jak krwi się napić, a dziurki nie zostawić, najeść się, a nie utyć. Ubawisz się, poczujesz się atrakcyjna, innym też dasz się tak poczuć, a na dodatek nie poniesiesz żadnych, że tak powiem, konsekwencji. Dzieci z tego nie będzie, seksu ani małżeństwa też nie musi być, ale emocje są. Ci, którzy potrafią flirtować, są dziś na wagę złota. I prosiłabym, żeby żony, które mają takich mężów, były z nich dumne, a nie żałowały im. Poza tym istnieje wiele odmian flirtu. Jest ten bardziej poważny, ale jest też lekki, dowcipny czy kurtuazyjny typu kokieteryjna rozmowa z taksówkarzem czy kelnerem. Ja z flirtem nie mam problemu, no, czasami za bardzo się w nim zapędzę…

Ale flirt pozostawia też obu stronom możliwość wycofania się bez szwanku i obietnic. I nie ma żalu, że nie wydarzyło się więcej, bo i tak było miło. A może kiedyś się wydarzy…
Same plusy, zero rozczarowań. Bardzo nieszczęśliwe są dziewczyny, które nie potrafią flirtować. Nasze babki to potrafiły, bo też na niewiele im pozwalano. Musiały a to upuścić chusteczkę, a to wysunąć nóżkę, a to otrzeć się niby przypadkiem. To były czasy czytania między wierszami i sekretnej mowy kwiatów. Z drugiej strony im też współczuję, bo wyobraź sobie, że jesteś jedną z „Panien z Wilka” i masz w okolicy kilkunastu kilometrów tylko tego jednego Olbrychskiego, i w kim się tu kochać? Teraz mamy dużo lepiej. Już w szkole jesteśmy z chłopakami. Tylko flirt na tym stracił.

Flirtujmy zatem na wiosnę!
I nie tylko na wiosnę. Flirtujemy z sąsiadem, taksówkarzem, panem na infolinii czy kolegą z pracy… Mój ulubiony taksówkarz powiedział mi ostatnio: „Siedzę sobie z kolegami, kawkę piję, ale słyszę, że mnie do pani wzywają i mówię chłopakom: zbieram się, bo moja ruda dzwoni”. Czyż to nie jest cudowne?!

A czy flirt jest możliwy w małżeństwie?
Jak najbardziej, nawet wskazany. Jak jestem w dobrej formie, to ze swoim starym flirtuję, że hej. I jaki on jest wtedy zachwycony! My dziś jesteśmy bardzo nastawione na branie, tymczasem flirt jest zawsze dawaniem. I tego możemy się uczyć od naszych babek.