fbpx

Dr Tomasz Sobierajski i jego prognoza dla społecznych relacji

Dr Tomasz Sobierajski i jego prognoza dla społecznych relacji
Ilustracja: iStock

Fala rozwodów, a może powrót do tradycyjnych ról w związkach? Solidarność czy jednak granie do własnej bramki? Większy szacunek dla lekarzy, a mniejsze uwielbienie dla piłkarzy? Jak zmieni nas pandemia jako społeczeństwo? Oto krótka prognoza socjologa dr. Tomasza Sobierajskiego.

„Na naszych oczach rozwiewa się jak dym paradygmat cywilizacyjny który nas kształtował przez ostatnie 200 lat: przekonanie, że jesteśmy panami stworzenia, możemy wszystko i świat należy do nas” – napisała Olga Tokarczuk. Jak myślisz, co zmieniło się w tym czasie i co jeszcze się zmieni w naszych relacjach?
Na pewno do tej pory żyliśmy w przeświadczeniu, że nasz dobrostan będzie tylko rósł. Okazało się, że to nieprawda. Zachodni, kapitalistyczny świat w ciągu kilku dni runął jak domek z kart, a dysproporcje pomiędzy bogatymi a biednymi jeszcze bardziej się pogłębiły.

Kto mógł się w tej sytuacji odnaleźć najlepiej?
Ludzie, których styl życia niewiele się zmienił, pracujący w samotności, jak pisarze, artyści czy malarze. A także ci, którzy mają duże pieniądze. Natomiast większość z nas żyła na średniej stopie, miała kredyty, zero oszczędności i była przyzwyczajona do funkcjonowania poza domem. Wydaje mi się też, że najtrudniej było się odnaleźć w tym zamknięciu rodzinom mieszkającym na małych przestrzeniach bez chociażby skrawka ogródka.

A co z osobami żyjącymi w pojedynkę? Przecież samotność jest odczuwalna niemalże tak samo jak ból fizyczny.
Samotność nie jest tożsama z byciem samemu, prowadzeniem pojedynczego gospodarstwa domowego. Czasem samotność może nam dużo bardziej dokuczać w domu pełnym ludzi. Przebywanie z bliskimi 24 godziny na dobę, w zamkniętej przestrzeni, bez możliwości oddechu i odsapnięcia – to jest niebywale trudne i wyczerpujące. Szczególnie kiedy w tym zamknięciu są z nami dzieci, i to te najmłodsze, którym nie da się jeszcze wielu rzeczy wytłumaczyć i które niesamowicie przejmują emocje swoich opiekunów, także niepokój i lęk. Na to nakładają się jeszcze fazy buntu dziecka.

Czy te ciężkie doświadczenia są w stanie nas czegoś nauczyć? Terapeutka Ewa Woydyłło-Osiatyńska uważa, że cierpienie niczego nas nie uczy.
Nie mam co do tego złudzeń, że większych – w rozumieniu globalnym – społecznych zmian po izolacji nie będzie. Jako ludzkość nie staniemy się lepsi. Po pierwsze, dlatego że trwało to za krótko. A po drugie, w większości wypadków jednak zbyt mocno nas nie przeczołgało. Szybko będziemy chcieli zapomnieć o tej traumie. Zmiany będą następować dopiero wskutek pogłębiającego się kryzysu ekonomicznego.

Uważasz, że społecznie ta sytuacja nie jest w stanie nas niczego nauczyć? A jednak pierwszy raz to dotknęło nas wszystkich – bezpośrednio i namacalnie.
Z jednej strony ta sytuacja dotyczyła wszystkich, ale w różnym stopniu. Nie każdy stosował się do izolacyjnych zaleceń. Było wiele osób, które uważały, że wirus to kłamstwo i ktoś zarabia na tym pieniądze. Inni spędzali odosobnienie na wyciszeniu, jodze, opalaniu się na tarasie. W tym samym czasie jeszcze inni ludzie tracili pracę i dorobek życia. Nie byliśmy wcale równi i w tym samym stopniu poddani izolacji. Tak jak podczas powodzi jest ktoś, kto ma dom położony niżej i woda zabierze mu wszystko, tak problemem tego, który ma dom na górce, będzie jedynie zalana droga i to, że nie może przez kilka dni pojechać na zakupy.

Wydaje mi się, że generalnie jako Polacy nie potrafimy współpracować, każdy gra do własnej bramki. Obudzi się w nas poczucie wspólnoty?
Nie zgadzam się z tym, że nagle nastąpi przełom w świecie zachodnim i z kultury „ja” gładko przejdziemy do kultury „my”. Niemniej jako Polacy możemy być z siebie dumni, bo niejednokrotnie pokazywaliśmy, że jesteśmy skłonni do pomocy i współpracy. Jeśli coś w Polsce działa pod kątem społecznej solidarności, to tylko dzięki oddolnej pracy ludzi, a nie wsparciu państwa.

Wiele straciliśmy: pracę, wolność, sens, plany, cele, tożsamość, być może kogoś bliskiego. Jak się z tego podnieść i odnaleźć sens w tej sytuacji?
Jestem zwolennikiem przeżywania żałoby. W sytuacji, w której dotyka nas trauma, powinniśmy dać sobie szansę na to, żeby odreagować. Niestety, świat sprzed pandemii negował żałobę. Uważano ją za nietaktowaną i niefajną. Trzeba było szybko stanąć na nogi, iść dalej, nie myśleć o tym, co złe, szukać nowej szansy, nowej drogi. Nie mogłem już tego słuchać. Przecież my, ludzie, składamy się z emocji. Jeżeli ktoś stracił pracę lub kogoś bliskiego, to mówienie: „Co cię nie zabije, to cię wzmocni”, jest jedną z najgłupszych rzeczy, jakie można w takiej sytuacji powiedzieć. To tak, jakby powiedzieć drugiej osobie: „Nie liczę się z twoimi emocjami, z tym, co w tej chwili przeżywasz. Masz wziąć tyłek w troki i zacząć działać”. To jest nieludzkie! Mamy prawo przeżyć żałobę tak, jak chcemy. U jednych potrwa ona krócej, u innych dłużej. To jest nam bardzo potrzebne po to, żebyśmy z nowymi możliwościami, nową energią, nowym myśleniem weszli w kolejny moment życia.

Myślisz, że zmieni się nasz stosunek do dbania o zdrowie?
Pod kątem systematycznego dbania o siebie – nie sądzę. Nawet jeśli będzie już szczepionka na koronawirusa, znajdzie się mnóstwo osób, które nie będą chciały się zaszczepić. Za to docenimy pracę lekarzy, pielęgniarzy, psychologów, ale też kurierów, nauczycieli, artystów. Mniej będziemy cenić na przykład piłkarzy, którzy – jako grupa zawodowa – są w sytuacji pandemii i izolacji właściwie bezużyteczni.

Głodni bliskości rzucimy się do kontaktu z drugim człowiekiem – do kina, na spotkania, na które nie mieliśmy czasu? Czy raczej będziemy izolować się od innych z lęku?
To jest już kwestia osobowościowa, są ludzie, którzy będą jeszcze bardziej głodni dotyku i bliskości. Ale są też germofobicy, z dużym lękiem przed zarazkami, bakteriami, infekcją, którzy będą trzymać innych na większy dystans. Pojawiają się pomysły dotyczące tego, żeby zrezygnować z podawania ręki na powitanie. Nie uważam, że to dobry pomysł, to nasz kod kulturowy, a co ważniejsze, nasza normalność, do której będziemy chcieli jak najszybciej wrócić, żeby znów poczuć się bezpiecznie.

Jak to wszystko wpłynie na nasze relacje rodzinne? Rodziny z dziećmi będą się szykować na rok bez dziadków i grup wysokiego ryzyka w obawie o ich zdrowie?
Myślę, że medycyna przyjdzie nam z pomocą i nauczymy się reguł nowego wspólnego bycia. Ta sytuacja pokazała zresztą, że jesteśmy zwierzętami społecznymi. Inni ludzie są nam bardzo potrzebni do codziennego, higienicznego (w sensie psychicznym) funkcjonowania.

A jeśli chodzi o związki, wspominałeś o tym, że to właśnie rodziny miały teraz najcięższy czas. Sądzisz, że będzie więcej rozwodów, niż dzieci?
To, czy w związku pojawi się kolejne dziecko, zależy do tego, czy w domu jest już jakieś. Uważam bowiem, że funkcjonowanie w izolacji z maluchem jest najlepszym środkiem antykoncepcyjnym. Myślę, że będzie więcej rozwodów. Ale spróbujmy znaleźć w tym jakiś pozytyw. To, że małżeństwo się rozpada, zawsze jest przykre. Jednak na skutek tej izolacyjnej intensyfikacji przeżyć i spędzanego wspólnie czasu zły związek na pewno zakończy się szybciej. Dzięki temu ludzie nie będą się unieszczęśliwiać przez resztę życia.

Co z ludźmi w podwójnych związkach?
Podwójne życie nigdy nie ustaje, to głębsza, charakterologiczna kwestia. Oczywiście są czasem przykre sytuacje, jak w przypadku mojej znajomej, która ma męża i kochanka. Teraz jest w wielkiej rozpaczy, bo jeden i drugi zbankrutował… A jej głównym kryterium wyboru tych panów na towarzyszy życia była grubość portfela. Co za pech!

To idźmy dalej: jak to wpłynie na nasz sposób randkowania, Tindera i inne aplikacje?
Jeżeli ktoś tylko będzie chciał, to zawsze przeskoczy przez płot. Natomiast co na pewno się zmieni, to podejście do wykorzystania nowych technologii, które w izolacji podtrzymują więzi społeczne, a nie prowadzą do ich erozji, jak powszechnie uważano.

Sądzę, że ta sytuacja jeszcze mocniej pogłębi nierówności między płciami. Kryzys dotknie mocniej kobiety, to one opiekowały się słabszymi, rodzicami, dziećmi… Generalnie najbardziej dostanie się tym, którzy są niżej w hierarchii społecznej: kobietom, seniorom, migrantom, ubogim, osobom wymagającym wsparcia…
Ta sytuacja jeszcze mocniej uświadomiła mi, że tylko kobiety mogą zmienić nasz świat na lepsze. Nie ma innej drogi. Niestety, wyczuwam podobne tendencje jak i ty, czyli odgórne polityczne dążenie do cofnięcia ruchu emancypacyjnego kobiet o kilkadziesiąt lat. Być może to dobry moment na czwartą falę feminizmu? Dlatego potrzebujemy teraz niebywale silnej, solidarnościowej pracy kobiet i mężczyzn, żeby tak się nie stało.

Jak myślisz, co może być teraz tym nowym priorytetem, wartością dla społeczeństwa, zarówno dla kobiet, jak i mężczyzn?
Chciałbym, żeby izolacja spowodowała, że największą wartością staną się dla nas inni ludzie i relacje z nimi. Czyli to, o czym zapomnieliśmy w pogoni za pieniądzem. W czasie izolacji nasze rozmowy z bliskimi – rodziną, przyjaciółmi – wydłużyły się i nie traktujemy tego jako zmarnowanego czasu. Okazało się, że właśnie to daje nam największą siłę.

dr Tomasz Sobierajski, socjolog z Uniwersytetu Warszawskiego, specjalista z zakresu socjologii zdrowia, socjologii edukacji i wakcynologii społecznej.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze