fbpx

Pozwól dziecku na rozwój zgodny z jego potrzebami

Pozwól dziecku na rozwój zgodny z jego potrzebami
Harmonijny rozwój dzieci możliwy jest tylko w warunkach aktywnych, pełnych pozytywnych emocji relacji z inną osobą. (Fot. iStock)

Rodzice z jednej strony chcą stymulować dzieci, a z drugiej – bardzo ograniczają im liczbę i jakość doświadczeń. Począwszy od podstawowego: dotyku. Jego brak może spowodować zakłócenia w rozwoju – mówi Paweł Zawitkowski, fizjoterapeuta.

Współcześni rodzice bombardowani są tysiącami pomysłów na wychowywanie dziecka. Można się w nich pogubić.
Z tymi pomysłami jest tak jak z przekleństwem: Obyś żył w ciekawych czasach. Żyjemy rzeczywiście w czasach wielkich przemian. Z jednej strony staramy się niczego nie przeoczyć, nie zignorować, a z drugiej – zaniedbujemy to, co ważne. A chodzi o to, by poszczególnym sprawom nadać wagę taką, na jaką zasługują. Kakofonia sprzecznych informacji i pomysłów na życie sprawia, że trudno się w tym połapać.

Zajmuje się pan terapią dzieci, ale także wspieraniem rodziców. Na czym polega ich największa trudność?
Młodzi rodzice mają mętlik w głowie. Stawiane są przed nimi coraz większe wymagania, nie tylko zresztą w dziedzinie rodzicielstwa. Oprócz bycia aktywnym, świadomym, czułym, troskliwym rodzicem mają pozostać efektywnym pracownikiem, partnerem, przyjacielem, podróżować, czytać, chodzić do teatru. Ludzie czują przymus bycia najlepszymi. Drugi problem to brak wzorców, okazji do czerpania ich w naturalnych warunkach, choćby w rodzinach wielopokoleniowych. Tę lukę wypełniają przypadkowe teorie, porady i mity, wiele z nich dotyczy tego, kiedy i co dziecko powinno, a czego nie powinno robić. Tymczasem każde dziecko rozwija się inaczej, a różnice w osiąganiu niektórych umiejętności w pierwszym roku życia sięgają nawet czterech miesięcy! Mówimy tu o tzw. „oknach rozwojowych”, czyli przedziałach czasu, w których – w zależności od cech dziecka i otoczenia – umiejętności te się pojawiają. Wcześniej czy później – to kompletnie nieważne. My natomiast czekamy w napięciu, kiedy dziecko usiądzie, wstanie, zacznie chodzić, a z radosnego rodzicielstwa robi się sesja egzaminacyjna. Dziecko nie jest androidem, tylko istotą społeczną. A atmosfera, w jakiej się rozwija, determinuje jego relacje społeczne, strategie zachowania, emocje, procesy poznawcze. Już w trzecim trymestrze ciąży zmysły dziecka są na tyle rozwinięte, by mogło ono kształtować schematy zachowania, autoregulacji i relacji z otoczeniem. I już wtedy oczekuje dobrego doświadczenia, a nie trenowania na superniemowlę. Maluchy nie rozumieją sensu wyścigu szczurów. Widzą chaos i brak logiki, frustrację i zagubienie. Nic dziwnego, że sprawiają nam potem tak wiele kłopotów. Bycie spełnionym, zadowolonym i w najprostszy sposób szczęśliwym nie jest tożsame z byciem najlepszym. Tę prostą prawdę najtrudniej pojąć właśnie młodym rodzicom.

Są wyedukowani, więc się martwią, że dziecko nie raczkuje.
Rzeczywiście, raczkowanie, czworakowanie to świetny trening naprzemienności ruchu dziecka. Ale jest tyle innych aktywności, które zapewniają mu harmonijny rozwój. Tymczasem rodzice czytają w Internecie, że dziecko musi raczkować w wieku ośmiu miesięcy, i martwią się, gdy jest inaczej. Na naukę czworakowania maluch ma cztery miesiące. Niektóre dzieciaki najpierw wstają i próbują chodzić, dopiero potem trochę czworakują. Wariantów rozwoju jest naprawdę wiele.

Rodzice czasem widzą problemy tam, gdzie ich nie ma, i chcą rehabilitować dziecko nawet wtedy, gdy tego nie potrzeba.
Sami tego nie wymyślają. To w dużej mierze nasza, specjalistów, wina. Wpajamy w nich kategoryczne wymagania, jakie mają spełniać oni sami i ich dzieci. Prosty przykład – oczekiwanie, że dziecko ma usiąść w wieku sześciu miesięcy. Dzieci mogą, nie muszą. Mają na to czas do dziesiątego miesiąca życia, a średnio robią to około ósmego. Ale tej informacji nie dopowiadamy wystarczająco dobitnie. Rodzice boją się o jakość rozwoju dziecka, bo zewsząd słyszą, ileż to kłopotów może mieć w przyszłości, jeśli nie spełnia określonych wymogów i nie jest idealnie takie, jak wskazują jakieś wyśrubowane normy rozwojowe. W nawale nierealnych oczekiwań łatwo zagubić się w grząskiej przestrzeni między miłością i wspieraniem dziecka a jego trenowaniem.

Dla niektórych rodziców dziecko to kolejny życiowy projekt.
W mojej zawodowej praktyce widzę, jak często gubią sens tego, czym jest wychowanie, kim jest dziecko. Trudno mi na przykład zachować spokój, gdy proponuję przerwę podczas terapii, bo malec jest zmęczony, a rodzice koniecznie chcą dalej ćwiczyć. U dzieci granica między akceptacją a totalnym sprzeciwem jest naprawdę cienka. Lepiej zostawić niedosyt, niż nadmiernie je obciążać. Jedynym sensownym wspólnym mianownikiem każdej relacji czy pracy z dzieckiem powinny być jego emocjonalne potrzeby. Stopień akceptacji i współuczestnictwa. Nic się mu nie stanie, jeśli przez jakiś czas pozostanie w brudnym ubranku. Gorzej, jeśli zabraknie mu dotyku, czułości, kołysania, rozmów, miłości.

Jesteśmy zapracowani, mamy mało czasu na fizyczną obecność.
Kiedyś moja znajoma wykończona obowiązkami krzyknęła do słuchawki: „Nie mam czasu, jestem w ciąży”. To dla mnie esencja bycia rodzicem. Na dziecko można znaleźć czas bez poczucia utraty „ważnych” dla nas spraw. W Polsce rodzicielstwo traktuje się jak misję i poświęcenie. Rodzicielstwo nie jest chorobą, tylko nagrodą. To idealna okazja, by odnaleźć właściwą miarę rzeczy i zresetować nasze umysły. Zbyt często jednak postępujemy tak, jakby dziecko było projekcją naszych pragnień i możliwości. A przecież ono ma swoje własne pragnienia, możliwości i ograniczenia. Czasem zaskakująco różne od naszych wyobrażeń. Żeby poznać własne dziecko, trzeba je uwolnić ze smyczy, a nie programować.

Diagnozuje się ostatnio u dzieci dużo zaburzeń integracji sensorycznej.
Chodzi między innymi o zakłócenia w organizacji uwagi, koncentracji, analizy i przetwarzania informacji, orientacji w przestrzeni, ruchu i jakości różnych funkcji. Ale jeśli dziecko niezgrabnie biega, nie skacze, ma trudności w szkole – może być to spowodowane dysfunkcjami w zakresie integracji sensorycznej, ale równie dobrze wieloletnim deficytem w ilości i jakości odpowiednich doświadczeń psychomotorycznych. Ze względu na specyfikę wychowania dziecko po prostu nie miało okazji wykształcić albo udoskonalić odpowiednich mechanizmów. Jeśli w okresie niemowlęcym maluch siedzi od rana do wieczora w foteliku albo zasuwa w chodziku, wszyscy na niego chuchają i dmuchają, żeby się przypadkiem nie spocił, nie pobrudził – trudno doskonalić mu czucie ciała, podłoża, reakcje obronne, ocenę przestrzeni i inne niezbędne do harmonijnego rozwoju doświadczenia. Jeśli więc jego problemy mają charakter przejściowy – niepotrzebna jest rehabilitacja, tylko zmiana funkcjonowania rodziny i otoczenia.

A jeśli terapia jest już potrzebna?
Samo słowo „terapia” niesie w sobie domniemanie, że z dzieckiem jest poważny problem. Dlatego staramy się stopniować nasze działania. Zabawy w małpim gaju, na podwórku, stworzenie w mieszkaniu kącika pełnego wiszących lin, drabinek, piłek z drążkiem, bujających się platform, tekturowych konstrukcji, zaaranżowanie częstych zajęć z tańca, sztuk walki, na ścianie wspinaczkowej, batucie – to nic innego jak zakamuflowane formy terapii integracji sensorycznej. Takie działania są radośnie akceptowane przez dzieci, pozwalają na zaproszenie do zabawy rówieśników. Dzięki naturalnej dla dziecka formie ćwiczeń i najważniejszemu elementowi stymulacji, czyli zaangażowaniu dziecka, przynoszą rewelacyjne efekty. Zresztą jakikolwiek rodzaj terapii jest tym skuteczniejszy, im bardziej pozytywne ma konotacje. Oczywiście, jeśli deficyty mają poważniejszy charakter, potrzebna jest kontrola terapeuty, ale podstawą są właśnie takie zakamuflowane zajęcia. Namawiamy rodziców, by poświęcali swemu dziecku jak najwięcej czasu, bez pośrednictwa plastikowych zabawek i środków elektronicznych. Najważniejszy jest bliski kontakt fizyczny, noszenie, całowanie, „gryzienie”, taniec, bujanie…

Bujanie? Mnie mówiono, że dzieci nie należy bujać.
Potrzeba ruchu, która kiedyś była zaspokajana dzięki częstemu noszeniu dzieci w chustach, układaniu w kołyskach itp., zapewnia dziecku odpowiednią liczbę bodźców zmysłowych w tym czucia, równowagi, ułożenia ciała w przestrzeni. Nie tylko mamy w Afryce, ale kiedyś też nad Wisłą nosiły dzieci na plecach zawinięte w chusty. To naturalna stymulacja czucia i innych zmysłów, naturalny masaż. Jedna z teorii występowania kolki w wysoko rozwiniętych krajach mówi, że przyczyną może być niedostatek ruchu, cielesnego kontaktu z dzieckiem, wydłużenie czasu ekspozycji na nadmierną ilość nienaturalnych bodźców, zakłócenie rytmu dnia codziennego. Jeśli dziecko nie ma możliwości zdobywania, burzenia, upadania, a wszystko ma na wyciągniecie ręki i pozbawione jest odpowiedniej stymulacji – nie rozwija całej gamy zachowań, jak ciekawość, eksploracja przestrzeni, budowanie relacji z otoczeniem. Każde doświadczenie jest ważne dla rozwoju. A my coraz częściej w nieumiejętny sposób owe doświadczenia modyfikujemy i ograniczamy te najważniejsze.

Niektórych doświadczeń dzieci mają za dużo, bywają przestymulowane. Czy na przykład nauka pływania to jest to, czego potrzebuje dwumiesięczne niemowlę?
Akurat pod tą modą się podpisuję. Pływanie nie tylko kształtuje zmysł równowagi, czucia, inne zmysły, umiejętności ruchowe, rytm i mechanikę oddychania, ale też ma wielkie znaczenie dla życia rodzinnego. To jedna z niewielu okazji, kiedy jesteśmy wszyscy razem, do tego nadzy i blisko siebie. Jeśli chodzi o nadmiar stymulacji – wiele w tym prawdy. Dlatego warto pamiętać o potrzebie odpoczynku, chwili samotności, higienie snu dzieci. Niemowlęta potrafią bawić się własnymi rączkami, mówić do siebie, rozmawiać z zabawkami. Potem jednak potrzebują pełnego kontaktu z rodzicami, by zaraz znów mieć ochotę na odpoczynek. A my włączamy im wtedy telewizor. Z wielu badań psychologicznych wynika, że malec inaczej skupia się na informacji radiowej czy telewizyjnej, a inaczej w kontakcie z żywą osobą. Słyszę od rodziców: „Nie mam czasu śpiewać kołysanek, włączam muzykę”. To nie to samo. Harmonijny rozwój dzieci możliwy jest tylko w warunkach aktywnych, pełnych pozytywnych emocji relacji z inną osobą. Nawet jeżeli rodzice są prości, niewykształceni, ale z miłością poświęcą dziecku uwagę, to ono czuje się szczęśliwe. I niepotrzebne są mu wcale wyszukane zabawki. Widziałem ostatnio coś koszmarnego – rodzaj siedziska z sześcioma różnymi elementami świecąco-ruszającymi się. Ten potworek nazywał się jakoś tak: Einstein Geniusz Centrum System. Pewnej mamie, która prosiła mnie o skomentowanie tego cuda, napisałem, że prawdziwy Einstein stał się geniuszem dzięki temu, że urywał koła w samochodzikach, rzucał kamieniami, biegał na bosaka po pas w błocie, a nie siedział w supermultimedialnej plastikowej zabawce.

Dzieci przejmują od rodziców napięcie, stres.
To prawda. Małe dziecko jest istotą omnipotencjalną. Analizuje otoczenie jak superkomputer, wszystkimi zmysłami. Wyczuwa fałsz, stres, każdy nastrój. W zaskakujący sposób rozumie intencje i powody naszego postępowania. Warto słuchać się dzieci. Ich nie da się oszukać, zmylić. Dają nam niezłą życiową lekcję. Trochę szkoda, że często zbyt późno to do nas dociera.

Paweł Zawitkowski fizjoterapeuta, współzałożyciel grupy Całkiem Fajni Terapeuci. Pracował w takich miejscach jak Szkoła Terapii Neurorozwojowej NDT-Bobath, czy Klinika Neonatologii i Intensywnej Terapii Noworodka w Instytucie Matki i Dziecka. Autor akcji, książek i filmów pt. „Mamo, tato, co ty na to?”.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
?>