fbpx

Filmoterapia – o terapeutycznej mocy filmów rozmawiamy z psycholożką Martyną Harland

Filmoterapia - o terapeutycznej mocy filmów rozmawiamy z psycholożką Martyną Harland
W filmoterapii liczą się emocje, nie fabuła czy reżyseria. Dwie osoby mogą odebrać ten sam film całkiem inaczej – w zależności od swoich potrzeb. (Fot. iStock)

W filmoterapii liczą się emocje, a nie fabuła czy reżyseria. W efekcie dwie różne osoby mogą odebrać ten sam film całkiem inaczej – w zależności od potrzeb, które w danej chwili odczuwają najsilniej. Dlaczego jednemu na doła pomoże komedia, a innemu łzawy dramat – pytamy Martynę Harland, psycholożkę i autorkę projektu Filmoterapia.pl.

Niektórzy mówią, że na poprawę nastroju nie ma nic lepszego, niż tak zwana głupia komedia. Przyznam ci się, że kiedy mam doła, to często pomaga mi właśnie jakiś smutny film…
Według katartycznej koncepcji Freuda można powiedzieć, że smutne kino będzie działać wtedy jak pewnego rodzaju kanał odprowadzający emocję smutku, bo pomaga nam dotknąć go w bezpiecznej przestrzeni. To dodatkowe przeżycie wyobrażeniowe oczyszcza, stąd właśnie efekt katharsis. Identyfikując się z bohaterem w filmie, zawsze dochodzimy do naszych emocji, ponieważ mówiąc o bohaterach w filmie, mówimy o sobie. Film jest jak lustro. Podobnie jest w muzykoterapii, to tak zwana zasada ISO, czyli działanie „podobnym na podobne”. Gdy ogarnia nas smutek, terapeuta proponuje muzykę odpowiednią do naszego nastroju, bo inaczej nie będziemy w stanie się na nią otworzyć. Terapia pt. „smutny film na smutek” ma sens, jeśli chcemy faktycznie dotknąć w sobie tego, co czujemy, przeżyć to i zamknąć. Film staje się wtedy naszym towarzyszem na drodze do oczyszczenia. Jeśli jednak nie mamy akurat siły lub gotowości, żeby zmierzyć się z problemem albo w aktualnych okolicznościach przerosłoby to nasze możliwości, wybierzemy raczej tak zwany feel good movie, po którym poczujemy się lepiej, na przykład jakąś komedię, musical czy kino kulinarne. W filmoterapii każdy jest najlepszym ekspertem dla siebie, mniej liczy się sam film, a bardziej emocje, które w nas wzbudza, i świadomość potrzeb, które za tym stoją.

Czyli nie ma nawet znaczenia to, na ile faktycznie sytuacja bohaterów jest podobna do naszej?
Wręcz film nie powinien pokazywać jeden do jednego sytuacji, w której w danej chwili jesteśmy. Jeśli na przykład kobieta czuje smutek i żal po poronieniu, lepiej, żeby nie oglądała historii bohaterki, która również właśnie straciła dziecko, ponieważ to uruchomi w niej mechanizmy obronne: wypieranie, zaprzeczanie… Nie zdoła spotkać się ze swoimi emocjami w bezpiecznej przestrzeni, więc taki film nie będzie dla niej terapeutyczny.

Na zasadzie analogii: lepiej dzisiaj nie oglądać filmów o zagładzie świata?
W czasie pandemii koronawirusa zdecydowanie nam to nie pomoże, a jedynie wznieci lęk i uruchomi przerażające scenariusze. Jeszcze kilka tygodni temu, kiedy wirus był daleko i wydawało się, że problem nas nie dotyczy, kino katastroficzne przeżywało swój renesans, bo w pewnym sensie pełniło funkcję informacyjną. Proponowało jakieś wyjaśnienia tego, co się dzieje, wskazywało, co zrobić, żeby przetrwać. Ale teraz, gdy sytuacja stała się poważna na całym świecie, a ludzie czują lęk, potrzebujemy pielęgnować dobre emocje, przede wszystkim nadziei.

Historycy mówią, że łatwo im znieść różne kryzysy, bo wiedzą, że w przeszłości coś podobnego już się wydarzyło i dało się to przeżyć. Może dobrym pomysłem jest dziś oglądnie filmów kostiumowych? W psychologii postaci odnajdziemy podobieństwo, ale czasy, okoliczności i scenografia będą na tyle inne, że nie spotęgują naszych lęków?
To już kwestia osobistych preferencji, jeśli ktoś lubi widowiska kostiumowe, to oczywiście jak najbardziej, jednak jak już mówiłyśmy, w filmoterapii najbardziej istotna jest praca nad nastrojem emocjonalnym bohatera, a nie historia sama w sobie. I ważne, by nie szukać zbyt podobnej fabuły do naszej obecnej sytuacji, bo to blokuje. Na przykład teraz dużo w nas emocji lęku i strachu przez zachorowaniem i najbardziej terapeutyczne będą filmy które mówią o tym, co czeka tuż za rogiem, czyli wskazujące, jak bohater radzi sobie z poczuciem utraty, z żalem, żałobą. Polecam więc na przykład „Na zawsze razem” francuskiego reżysera Mikhaëla Hersa, który pokazuje, że najbardziej pomocna w odzyskaniu pionu po stracie okazuje się bliskość z drugim człowiekiem. A jeśli ktoś chce koniecznie skonfrontować się z własnym lękiem, to może wybrać chociażby serial „Czarnobyl”. Nie jest to serial kostiumowy, ale odnosi się do wydarzeń historycznych, które znamy. Opowiada o wybuchu elektrowni jądrowe i pracy wielu ludzi, którzy poświęcają zdrowie i życie, by ratować Europę przed skutkami katastrofy. Dajmy sobie czas, na przykład godzinę albo dwie na to, żeby się trochę pobać i dać ujście prawdziwej emocji.

W serialu jednak można się na tyle przywiązać do bohaterów, że ich problemy bardzo nas dotkną. Ostatnio trafiłam na taki, w którym co rusz ginął ktoś, do kogo się przywiązałam, i po kilku odcinkach zrezygnowałam z oglądania. Wiedziałam oczywiście, że to wymyślone postacie, ale miałam dość opłakiwania kolejnych strat.
Nic dziwnego, w serialu możemy zżyć się z bohaterami jeszcze mocniej niż w filmie, bo obcujemy z nimi częściej i dłużej. Większe zaangażowanie wpływa na identyfikacje z filmowymi postaciami, utożsamianie się z ich losami i dylematami. Jednak z terapeutycznego punkty widzenia to, że bohaterowie giną albo po prostu serial się kończy, a my za nimi w pewien sposób tęsknimy – ma sens. Uczy nas doświadczania – nawet jeśli wyobrażonego – pożegnania i w pewnym sensie przeżywania żałoby czy żalu po utracie. Emocje, które pojawiają się podczas oglądania filmu czy serialu, są prawdziwe, nie różnią się niczym od tych z tak zwanego prawdziwego życia.

Myślisz, że jednak film jest bardziej terapeutyczny niż serial? Mam na myśli nowe seriale, które często mają wiele sezonów i zwykle w ostatnim odcinku pojawia się jakiś nowy wątek. Rozumiem, że to buduje zaciekawienie kolejną serią, ale nie przynosi spełnienia. Olga Tokarczuk mówiła o tym dłużej w swojej przemowie noblowskiej.
To prawda, suspens jest nieodzowną częścią serialu. Wszystko po to, by utrzymać nas w napięciu i zaskoczyć nieoczekiwanym zwrotem akcji. Tymczasem ludzie mają różną potrzebę domknięcia poznawczego, czyli zamknięcia całości, i niektórzy doskonale odnajdą się w tej serialowej niepewności, a inni będą dążyć do uzyskania szybkiej i jednoznacznej odpowiedzi. Jednak może własnie dzięki tej wieloznaczności i niepewności, co dalej, seriale są najlepszym lustrem naszego tu i teraz? Nasz świat nie jest jednoznaczny, nic nie jest czarne ani białe. A przez to ciekawszy. Trzeba być aktywnym, stale myśleć i świadomie odczuwać.

Martyna Harland, psycholożka, wykładowczyni Uniwersytetu SWPS, dziennikarka, autorka projektu Filmoterapia.pl. Razem z Grażyną Torbicką współtworzyła program „Kocham Kino” TVP2.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
?>