Freediving nauczył ją odzyskiwania kontroli nad sobą, panowania nad stresem, relaksowania się.

Agata Bogusz ma na swoim koncie 11 rekordów Polski w swobodnym nurkowaniu (bez sprzętu). Przygotowuje się do bicia rekordu świata 131 m w konkurencji zmienny balast w ramach „Projektu 100m+”. (Fot. archiwum prywatne bohaterki)
Agata Bogusz ma na swoim koncie 11 rekordów Polski w swobodnym nurkowaniu (bez sprzętu). Przygotowuje się do bicia rekordu świata 131 m w konkurencji zmienny balast w ramach „Projektu 100m+”. (Fot. archiwum prywatne bohaterki)

Kiedy schodzisz pod wodę, wkraczasz w inny wymiar – bardziej intymny, wewnętrzny. Skupiasz się na sobie – mówi Agata Bogusz. W życiu i w pracy łączy elementy freedivingu, czyli nurkowania na bezdechu, z coachingiem. Efekty? Z jednej strony większe poczucie sprawczości, z drugiej umiejętność odpuszczania.

 

Co mentalnie i fizycznie daje freediving, a czego nie dają inne sporty?
Freediving łączy pracę mentalną z wysiłkiem fizycznym i choć te dwa elementy pojawiają się w każdym sporcie, to jednak w większości dyscyplin bardziej liczy się motoryka, kondycja czy wydajność. We freedivingu najważniejsza jest głowa, umiejętności pływackie są drugorzędne. Może dlatego właśnie ten sport mnie tak wciągnął, bo nie był typowy.

Szachy też są sportem, który ćwiczy głowę, ale do nich nie musisz mieć pojemnych płuc…
To akurat budujesz razem z treningiem: wzmacniając mięśnie oddechowe, pracujesz nad coraz większą pojemnością płuc. Natomiast podstawą jest umiejętność relaksacji – potrzebna, żeby obniżyć zużycie tlenu. Druga ważna rzecz to panowanie nad impulsami, które każą ci się wynurzyć, bo masz wrażenie, że się dusisz. Tak naprawdę nic się złego nie dzieje, bo zapasu tlenu masz jeszcze bardzo dużo, ale w połowie twoich możliwości – lub nawet wcześniej – głowa mówi ci, że to już koniec.

Czemu głowa to robi?
Bo pojawia się reakcja organizmu związana ze wzrastającym zagrożeniem życia. To trochę taki system zabezpieczający nas przed tym, byśmy zbyt długo nie wstrzymywali oddechu. Natomiast limit tlenu kończy się daleko za tym, kiedy organizm wysyła sygnał: „powinieneś wznowić oddychanie”.

Czyli tak jak kiedy w samochodzie zapala się kontrolka o niskim poziomie paliwa, możemy przejechać na tej resztce jeszcze od kilku do kilkunastu kilometrów.
Tyle tylko że w samochodzie zwykle ignorujemy zapalenie się kontrolki, bo wiemy, że to tylko ostrzeżenie, natomiast kiedy jesteśmy pod wodą, reagujemy intensywniej – organizm daje nam wyraźny impuls, by szybko się wynurzyć – pojawia się lęk, że nie zdążymy, że tlen się skończy. Co nie jest prawdą, bo przed chwilą nabraliśmy go pełne płuca. Ale ponieważ przestaliśmy wydychać dwutlenek węgla, mózg dostaje informację, że jego stężenie wzrasta, a jednocześnie nie dostaje sygnału od mięśni oddechowych, że trwa oddychanie. Te dwie informacje naraz oznaczają dla niego bezpośrednie zagrożenie życia. Dlatego wysyła do organizmu bodziec, który ma wznowić oddychanie i my go interpretujemy jako: „duszę się”. Poznanie tego mechanizmu daje wiedzę, która pozwala inaczej rozumieć sygnał wysyłany przez organizm i zignorować paniczne wołanie o ratunek. Zamiast mózgu gadziego uruchamia się część myśląca, która mówi: „nic złego się nie dzieje”. Uczysz się tego, że impulsy wysyłane ci przez ciało lub emocje wcale nie są obiektywne.

Jak to się ma do filozofii mówiącej, by słuchać swojego ciała?
Według psychologii poznawczo-behawioralnej funkcjonujemy w czterech wymiarach: emocji, myśli, zachowań i ciała. I te wszystkie cztery elementy wysyłają do nas sygnały – czasem sprzeczne. Jest ryzyko, że któreś z nich może się mylić, zwłaszcza jeśli mamy wytworzone nawyki – myślowe lub emocjonalne – nadmiarowej lub niedostateczej reakcji na pewne sytuacje, na przykład gdy coś tłumimy. Rozpoznanie, który element się myli, bywa trudne, ale można się tego nauczyć.

Ja po latach zrozumiałam, że to, co początkowo wyniosłam z free- divingu, było trochę mylące. Bardzo tego potrzebowałam na tamtym etapie, ale nie było to tym, co naprawdę daje freediving. Kiedy zaczynałam go uprawiać, miałam bardzo duże problemy ze stresem. Skutkowało to reakcjami psychosomatycznymi, zespołem jelita drażliwego, problemami hormonalnymi. Stres wywoływał u mnie tak silne reakcje emocjonalne, że zupełnie wyłączał mi myślenie i nie byłam w stanie zapanować nad sytuacją. Podczas nurkowania na bezdechu zaczęłam odzyskiwać sprawczość, poczułam, że mam kontrolę nad tym, co się ze mną dzieje, że jestem w stanie hamować impulsy. Bardzo szybko opanowałam techniki relaksacyjne, które z tego pierwotnego poziomu megapobudzenia sprowadzały mnie do wyciszenia. Nauczyłam się rozluźniać, co nie znaczyło, że uporałam się z emocjami lub automatycznymi schematami myślowymi, które za tym pobudzeniem się kryły. Musiałam trochę dłużej popracować, żeby przejść na kolejne etapy. Po jakimś czasie zauważyłam pogłębienia świadomości na trzech pozostałych polach: miałam więcej wglądu w emocje, myśli i zachowania. Jeśli dodasz do tego ciało, to w momencie stresu czy zagrożenia możesz sobie zestawiać poszczególne informacje jak puzzle, przymierzać je do siebie: „No dobrze, czyli ciało mówi to, myśli to, a emocje to. Popatrzmy teraz z zewnątrz na sytuację i pomyślmy, jaka gra tu się rozgrywa”. To o wiele głębsza praca z impulsami niż tylko ich wyciszanie.

Teraz, gdy pojawia się impuls…
…patrzę na to, co się dzieje, sprawdzam, co czuję i co mam teraz w głowie, próbuję bardziej obiektywnie spojrzeć na zaistniałą sytuację i zachować się adekwatnie do niej. Czyli pełna uważność. To jest trudne i na pewno człowiek nie jest w stanie być uważnym cały czas, bo zwariuje, ale można wykształcić w sobie taką umiejętność, by móc regulować stres w sytuacjach trudnych, które tego wymagają.

I tak zaczęłaś łączyć freediving z coachingiem. Zabierasz klientów coachingowych na basen?
Tak, bardzo często. Oczywiście wszystko zależy od tego, czego kto potrzebuje i z czym do mnie przychodzi. Prowadzę też warsztaty rozwojowe, w których wykorzystuję elementy nurkowania na bezdechu. Na przykład w listopadzie jedziemy z instruktorką jogi Emilią Iwaniuk na Bali, gdzie będziemy łączyć praktykowanie jogi z freedivingiem i coachingiem. Będzie dużo pracy z oddechem i ciałem, plus trochę pracy z myślami i emocjami.

Z psychoterapeutą Wojtkiem Eichelbergerem i jego synem Tomkiem robimy z kolei warsztaty mindfulnessowo-freedivingowe w grudniu na Zanzibarze. Tomek pracuje dużo techniką Qigong i metodą Feldenkraisa, które skupiają się na wchodzeniu w głęboki kontakt z ruchem, ciałem i emocjami.

W czym może pomóc łączenie coachingu z freedivingiem? Z czym przychodzą do ciebie ludzie?
Na przykład nie radzą sobie z wystąpieniami publicznymi – wtedy patrzymy na to, co takiego się aktywuje, kiedy muszą wystąpić publicznie.

Freediving, a właściwie elementy treningu freedivingu, bo tak wolę nazywać techniki, które stosuję, freediving kojarzy się raczej ze sportem ekstremalnym – dają niesamowite poczucie sprawczości. Wystarczy, że nauczysz się podstaw relaksacji i wstrzymywania oddechu, czyli w praktyce wysłuchasz mojego półgodzinnego wykładu, i od razu na dłużej wstrzymujesz oddech. Myślisz: „w ogóle się nie spodziewałam, że mogę coś takiego zrobić”, to daje ci poczucie, że możesz więcej, niż myślisz, na dodatek w momencie bezdechu jesteś w stałym kontakcie z głową, emocjami i ciałem. Dostajesz więc taki pakiet w pigułce z informacją „radzę sobie z tym wszystkim, panuję nad tym”. To jest bardzo wzmacniające i przekłada się na inne elementy oraz sfery życia. I to też jest coś, czego sama doświadczyłam.

Miałam duży problem z wystąpieniami publicznymi. Po pierwszych zawodach nurkowych, kiedy spróbowałam nurkowania na bezdechu i wstrzymałam oddech od razu na pięć minut – dostałam zaproszenie, by wystąpić z prelekcją o freedivingu. Pierwsza reakcja: „nigdy w życiu!”. Nie poszłam na doktorat po moich pierwszych studiach, bo panicznie bałam się wystąpień przed studentami, ale potem pojawiła się myśl: „skoro możesz wstrzymać oddech na pięć minut, naprawdę możesz dużo więcej”. Zgodziłam się, zaryzykowałam i udźwignęłam to. Potem zostałam instruktorem freedivingu i dziś zawodowo wygłaszam wykłady dla setki osób.

Pracujesz z oddechem, a oddech to droga do emocji. Domyślam się, że podczas takich
warsztatów może dochodzić do częstych uwolnień emocjonalnych.
Oddech uruchamia ciało, ze świata zewnętrznego za pomocą własnych mięśni pobierasz paliwo: tlen, który jest niezbędny do życia. Ale ludzie też blokują w ciele emocje, zazwyczaj robią to w okolicy przepony (nad lub pod). Dlatego jeśli uruchamiasz przeponę podczas oddychania, zaczynasz dotykać tych spychanych emocji albo w klatce piersiowej, albo w brzuchu, zależy, którą emocję blokujesz: jeśli lęk – to w klatce, złość – w brzuchu. Wtedy często dochodzi do uwolnienia, do pierwszego prawdziwego z nimi kontaktu. A kiedy jeszcze dołożymy element wody, która u wielu osób wywołuje instynktowny lęk, to tych upychanych, tłamszonych emocji pojawi się jeszcze więcej – staniesz przed koniecznością skonfrontowania się z nimi. Trzeba to robić delikatnie i systematycznie, jak przy obieraniu cebuli – powoli sprawdzasz, co siedzi pod tym, co się przejawia na zewnątrz.

W wodzie trzeba być zmotywowanym i wyluzowanym. Ta zasada sprawdza się też nad powierzchnią. Dobrze, gdy ci na czymś zależy,  ale nie za bardzo. (Fot. iStock)
W wodzie trzeba być zmotywowanym i wyluzowanym. Ta zasada sprawdza się też nad powierzchnią. Dobrze, gdy ci na czymś zależy, ale nie za bardzo. (Fot. iStock)

Czemu woda tak często wywołuje lęk? Przecież w wodzie rodzi się nasze życie i w około 70 procentach też składamy się z wody.
Woda jest potężnym żywiołem – wchodząc do niej, musimy się jej poddać, a tego nie lubimy. Ale póki będziesz walczyć z wodą, póty ona będzie walczyć z tobą. Jeżeli zanurzysz się w niej i się usztywnisz, to zaczniesz tonąć. Jeżeli się zanurzysz i rozluźnisz, zaczniesz się na niej unosić. Dlatego nurkując, musisz jednocześnie odpuścić kontrolę i być w kontakcie. Myślę, że dużo ludzi ma z tym problem – na co dzień jesteśmy w takim ciągłym spięciu na zasadzie: „ja nie dam rady?!”. A to nie jest coś, co zadziała w wodzie. W wodzie musisz się najpierw poddać.

I w jakiś sposób zagłębić w siebie.
Dokładnie tak. Wkraczamy w inny wymiar, bardziej intymny, wewnętrzny. Woda jest gęsta, wycisza bodźce i skupia cię na sobie samym. Wielu freediverów mówi, że schodząc pod wodę, konfrontuje się ze swoimi głębokimi przekonaniami, ale też potrzebami związanymi często z osiągnięciami. Niby robisz to dla zabawy, schodzisz w dół, aż nagle na głębokości 20 metrów myślisz: „muszę dopłynąć do 30”. Spinasz się, żeby się udało, co cię usztywnia. Dlatego trzeba być jednocześnie zmotywowanym i wyluzowanym. Ta zasada sprawdza się też nad powierzchnią. Czyli dobrze, gdy ci na czymś zależy, ale nie za bardzo, bo będziesz przemotywowany. Kiedy zbytnio czegoś chcemy, zwykle nie wychodzi. Poza tym przy nurkowaniu głębokim, jeśli się za bardzo zepniesz, możesz sobie uszkodzić płuca, które i tak są pod presją ciśnienia wody. I teraz znów sobie wyobraź: schodzisz w dół, by pobić rekord Polski, ale za bardzo ci zależy, więc odruchowo się spinasz, czujesz to, i co teraz? Za dwa metry jest rekord, ale ciało mówi, że nie da rady. Ja wtedy zawracam. Są tacy, którzy nie zawracają. To kwestia wyboru: czy zrobić sobie krzywdę, prąc do jakiegoś celu, czy jednak stwierdzić, że zdrowie jest ważniejsze. I z tym konfrontujesz się już na etapie treningów: co jest dla ciebie naprawdę ważne, po co to robisz?

Freediving w wyczynowej formie, podobnie jak himalaizm, doprowadza ludzi do granicy. Co sprawia, że jedni ją przekraczają, a inni nie?
Są tacy, którzy chcą coś udowodnić, sobie lub innym. Mnie freediving po prostu pozwala małymi kroczkami przesuwać granicę swoich możliwości, czyli wytrzymuję pięć minut na bezdechu, schodząc na głębokość 20 metrów i doznaję olśnienia: „to nie jest wszystko, na co mnie stać, mogę zrobić więcej i to nadal będzie bezpieczne”. Mam chęć próbowania i ciągłego rozwijania swojego potencjału. To daje poczucie wolności i świadomość, że nasze ograniczenia są tylko w głowach. Ale też nigdy nie doszłam do miejsca, w którym bym poczuła, że to kres moich możliwości i że robiąc krok dalej, ryzykuję zdrowie.

Można do nurkowania na bezdechu podchodzić rekreacyjnie? Na zasadzie nauczenia się technik relaksacji?
Pewnie, że można. Najbardziej relaksacyjną dyscypliną jest swobodne unoszenie się. Wstrzymujesz oddech, kładziesz się płasko na wodzie z głową w dół. Bez ruchu. Oczywiście celem jest, by wytrzymać tak jak najdłużej, a jest to możliwe, kiedy zużywasz jak najmniej tlenu, czyli: im mniej myślisz, im mniej się spinasz.

Udaje ci się tak dryfować bez jednej myśli?
Nie, to jest chyba niemożliwe (śmiech). Ale zdarzyło mi się kilka razy, że się wyłączyłam totalnie i na minutę czy dwie wpadłam w tak głęboki relaks, że „odpłynęłam”. Pierwsze sekundy wstrzymywania oddechu są bardzo przyjemne, falujesz na wodzie i uczysz się nie przywiązywać do myśli, które pojawiają się w głowie. One sobie przepływają obok, a ty unosisz się lekko na powierzchni, kołysana przez wodę… Fakt, że to jest sport, a nie terapia, sprawia, że inaczej do tego podchodzisz. Zmniejszenie gonitwy myśli staje się miłym efektem ubocznym.

Czego jeszcze uczy swobodne nurkowanie?
Budowania zaufania do drugiej osoby i współpracy, bo nurkujesz zawsze w parze. W naturalny sposób uczycie się porozumiewać bez słów, jedynie przez gest i dotyk, ale też obserwować i odczytywać swoje reakcje. Twój partner uczy się wychwytywać momenty, kiedy trzeba ci pomóc, a ty stopniowo uczysz się oddawać swoje życie w jego ręce, bo jeśli zemdlejesz pod wodą, tylko on może cię uratować. Możesz robić swoje, bo on nad tobą czuwa.

Dlatego od dłuższego czasu chodzi mi po głowie pomysł, by zrobić warsztat dla par w wodzie, połączony z pracą z ciałem. Pary będą się ćwiczyć w tym, jak pomóc drugiej osobie się rozluźnić lub badać granice swoich możliwości. To wspaniale wzmacnia bliskość. W ogóle pod wodą trzeba dużo się dotykać, a mam wrażenie, że na co dzień prawie tego nie robimy. W nurkowaniu szybko przekracza się barierę fizyczności, ale też w bezpieczny sposób – bo jest między wami woda. Co więcej, woda też nas dotyka, a jeśli tylko odpuścimy i jej się poddamy, to nawet nas przytuli.

 

Agata Bogusz – trenerka freedivingu, sędzia federacji AIDA. Jest magistrantką psychologii klinicznej oraz coachem – wspiera klientów, wykorzystując elementy freedivingu, organizuje wyjazdowe warsztaty, więcej informacji na: www.freediveexperience.com