fbpx

Głos to autentyczność, czyli jak głośno mówić o swoich emocjach i reagować?

Głos to autentyczność, czyli jak głośno mówić o swoich emocjach i reagować?

Grzeczne dziewczynki mają wprawę w połykaniu zniewag. Potrafią wszystko dyplomatycznie przemilczeć i zawsze są gotowe się uśmiechać. Aż pewnego dnia robi się za dużo… Dziennikarka Jolanta Maria Berent opowiada, do jakiego miejsca doprowadziła ją, introwertyczkę, praca z głosem.

Znajoma opowiedziała mi niedawno, że chciałaby wykrzyczeć pewne rzeczy gdzieś w głuszy. Pomyślałam, że pewnie nie tylko ona. Często w głosie zamknięte są niewypowiedziane emocje. Coś, co nie przeszło przez gardło i wciąż tam tkwi. Być może sprawia, że głos łamie się, słabnie, gaśnie. Nie wszystkim wolno było w dzieciństwie wyrażać pewne stany emocjonalne – krzyczeć, płakać, może nawet głośno się śmiać… Niektórzy wychowywani byli według zasady, że dzieciom w sprawie głosu przysługują podobne prawa jak rybom. Wciąż noszą w sobie to uciszane, lekceważone dziecko. Mogą mieć problemy z oddechem, np. zadyszkę, odczuwać tremę przed wystąpieniami, nie lubić swojego głosu, mówić w sposób infantylny… Zaraz po tym usłyszałam od fizjoterapeutki, ile dobrego może wyniknąć z wrzasków i jaka to ulga wypuścić z ciała wszystko, co zwykło się określać mianem złogów emocjonalnych. Wołał mnie krzyk.

Jak ja właściwie brzmię?

„Obudź swój głos” – tak nazywa się kurs, na który się zgłaszam, prowadzony przez trenerkę Dorotę Szymonik w warszawskim ośrodku CUD Grochów. Pięć spotkań i tyleż kobiet, każda z ważną dla siebie motywacją: uwolnić stłamszoną emocjonalność, odnaleźć swój prawdziwy głos, rozwiązać kłopoty z gardłem.

– Pracując z głosem, pracujemy z elementami osobowości – twierdzi Dorota Szymonik. – Ja włączam też ciało. Głos jest dla mnie czymś materialno-organicznym. Jerzy Grotowski mówił, że to przedłużenie naszego ciała.

Głos pozwala nawiązać kontakt, przekazać coś światu. Jest naszą wizytówką – według amerykańskiego psychologa Alberta Mehrabiana aż 38 % informacji, jakie odbierają o nas inni, zawartych jest w brzmieniu głosu. Więc również stan emocjonalny, nasze poczucie wartości, stosunek do innych, do życia. Podświadomie wiemy to, dlatego próbujemy czasem nagiąć wymawiane dźwięki do wyobrażeń o tym, jakie mają i jacy mamy być. A głos swoje…

Żeby spotkać się z głosem, żeby – jak mówi Dorota Szymonik – „zobaczy go przed sobą”, trzeba go z siebie wydobyć. Tu wkracza na scenę ciało: jeśli jest zamknięte, głos napotka opór. Sprawdzamy, gdzie trzyma napięcie, jaka postawa sprzyja wydobywaniu głosu, jaki mamy dostęp do oddechu. Umawiamy się, że na czas wspólnych działań zwalniamy Wewnętrznego Krytyka – będziemy ziewać, nie zasłaniając ust, wzdychać, sapać, wykonywać niekontrolowane ruchy, wydawać niekontrolowane dźwięki. Rolujemy kręgosłup (powoli!), otwieramy klatkę piersiową, przeponę (na leżąco wypełniamy brzuch oddechem o określonym kolorze, wypuszczamy go z dźwiękiem), masujemy żuchwę, rozgrzewamy aparat mowy. Ćwiczeń jest dużo, bo dużo aspektów wpływa na nasz głos. Choćby ugruntowanie – dlatego sięgamy też do Aleksandra Lowena (skłon w przód z lekko ugiętymi kolanami i luźno zwisającą głową). Prowadząca podkreśla rolę żuchwy i miednicy – to dwa obszary szczególnie związane z emocjami. Do tego miednica usztywnia się często z powodu zablokowanej seksualności. I jak tu mówić z głębi, z brzucha? – Brzuch musi pomieścić dużo emocji, które tam spychamy – tłumaczy trenerka. – A kiedy jest nimi przepełniony, nie może być w pełni obecny w procesie mówienia. To odbija się na gardle, które męczy się, nadweręża, może odmówić posłuszeństwa.

Poszerzamy spektrum głosu: naśladujemy małe kotki (i duże marcowe kocury), skamlące psiaki (i szczekające po dorosłemu psy), kozy, baranki, ptaki… Trenerka pilnuje, by gardło pozostawało otwarte (pomaga trzymanie czubka języka przy dolnych zębach). – Dopiero, kiedy głos dźwięczy, czyli wydobywa się w swojej naturalnej barwie, można zadbać o elementy indywidualne – podkreśla. Kobiecość, wdzięk czy ową tajemniczą wibrację, za którą tęskni jedna z uczestniczek.

Co jakiś czas prowadząca sugeruje, żeby zaprosić głos wyżej. Intryguje mnie to – sądziłam, że będziemy raczej szukać niskich tonów. Kojarzyłam je z wiarygodnością, kompetencją, spokojem. – To stereotyp – kwituje Szymonik. – To, co niskie, mylone jest często z głębią. Taki głos może być mięsisty, ale bywa też pusty, nijaki. Kluczowa jest autentyczność – stwierdza. I dodaje, że odkąd zintegrowała swoją delikatność – pozwala sobie na wyższy, bardziej dziewczęcy głos. Na bardziej melodyjne dźwięki.

Jedna z kobiet chce wiedzieć, czy brzmi dyrektywnie. Dzielimy się odczuciami, okazuje się, że odbiór nie jest jednoznaczny. – Moim zdaniem brzmisz jak osoba konkretna, pewna siebie, świadoma swoich potrzeb. Jeśli ktoś nie lubi takich osób, jeśli wzbudzają w nim lęk, może odbierać twój głos jako dyrektywny – zauważa Dorota Szymonik. Zachęca, żeby pytać ludzi, co słyszą w naszym głosie. Ale też słuchać ich głosów: czy są niespokojne, nieśmiałe, smutne, zmęczone. Przyznaje, że sama, kiedy mówi, nie stawia kropek na końcu zdania. A w życiu trudno jej kończyć, domykać różne sprawy .

W słabości siła

Jest praca z tekstem, z lusterkiem, z korkiem w ustach. Jest też krzyk. Tak się składa, że nie mogę być na tym spotkaniu… Na ostatnich zajęciach pytam więc Dorotę o kilka podręcznych sposobów na rozładowanie emocji. Przecież po to tu przyszłam! Trenerka sugeruje, żeby potrząsnąć luźno ciałem, wyrzucać z niego negatywne emocje. Albo (z korkiem w ustach lub bez) wymawiać sekwencję głosek „stka-stke-stki-stko-stku”. Wczuwając się w trudną sytuację i dbając o to, by każda spółgłoska została dokładnie wyartykułowana. Ale jeśli głos wycofuje się, drży, coś go trzyma (tzw. klucha w gardle) – nie ma sensu się z nim mocować. Należy to uszanować. – Może właściwiej byłoby przyjrzeć się, co się temu głosowi stało – mówi terapeutka. Podkreśla, że odreagowywanie emocji nie musi się odbywać przez krzyk. I nawet nie przez płacz. Czasem może to być westchnienie.

To otwiera nam przestrzeń do pracy indywidualnej. Przyznaję, że dzieląc się sobą w grupie, czuję opór, głos więźnie mi w gardle. Wolę kontakt twarzą w twarz – w większym gronie zwykle spinam się, kontroluję. Dorota to zauważyła. I to, że niezbyt chętnie wykonuję ćwiczenia. No dobrze, przyznaję. Mam szczęście spotykać mądrych i życzliwych ludzi, którzy dzielą się ze mną swoją wiedzą. Jestem wdzięczna za sugestie, ale źle znoszę presję. Myślę, że mnogość bodźców (zwłaszcza w wypadku introwertyków) bywa zgubna, nie sprzyja głębokiemu kontaktowi ze sobą. Ja w każdym razie nie chcę teraz kolejnych ćwiczeń, technik. Chcę być sobą! I potrzebuję sama odkryć, co to znaczy.

Jak zgłaszać sprzeciw, protestować, odmawiać, żeby nikogo nie urazić? Chciałabym to robić w sposób otwarty, ale wyważony. Czasem jednak – żeby bronić swoich granic – trzeba podnieść głos. Trudny próg… Indywidualna praca z Dorotą prowadzi mnie w stronę głosu wewnętrznego. Kiedy jest on słaby, słaby jest też głos zewnętrzny. Nie dajemy sobie prawa, żeby komunikować własne potrzeby, a co dopiero, żeby protestować, żądać, walczyć o siebie. A przecież to bardzo ważna część naszej ekspresji!

Kluczem do wzmocnienia wewnętrznego głosu okazuje się kontakt z Wewnętrznym Dzieckiem. A tu nie potrzeba krzyku, wysiłku – raczej dużo uważności, czułości. Kiedy uznamy i przyjmiemy dziecięcą wrażliwość, staje się ona cennym zasobem. Rośniemy w siłę bez siłowania się ze sobą. Bez wymuszania. Co za ulga! Będę więc wzdychać sobie, przemawiać czule do Wewnętrznego Dziecka, być blisko niego.

Nie zgadzam się!

Ale to nie koniec. Spotykam się jeszcze raz z Dorotą, żeby domknąć wspólną pracę. I nagle – ujmę to w dużym skrócie – pojawia się ważny powód do wyrażenia dyskomfortu i złości. I to wobec terapeutki! Co więcej, prosi ona, żebym wykorzystała okazję – uwolniła emocje, wyznaczyła granice. Wchodzę w opis, stosuję czas przeszły („oniemiałam”, „miałam poczucie absurdu”, „nie rozumiałam”), zamiast powiedzieć wprost: „Nie zgadzam się na takie traktowanie. To nie w porządku!”. Idzie mi kiepsko, nie dopuszczam pewnych emocji do głosu. Przecież grzeczne dziewczynki nie znają słowa „wkurw”, nie komunikują się na tym poziomie. Są wytrenowane w połykaniu zniewag. Potrafią wszystko dyplomatycznie przemilczeć i są zawsze gotowe się uśmiechać. Aż pewnego dnia robi się za dużo. Za późno. Za daleko. I drzwi nie tylko zostają zatrzaśnięte, ale wylatują z futryny.

Trudna sesja. Mam jeszcze przećwiczyć scenkę z jedną z osób, której chcę postawić granice. Potrzebuję kilku podejść. W pierwszym mówię za długo, za bardzo się tłumaczę. W kolejnym idę w pochlebstwa („bardzo cenię sobie twoje rady…”). Za trzecim z przejęcia gubię myśl, brakuje mi słów. Wreszcie udaje się – trenerka zauważa, że głos się powoli „przeciera”. Komunikat, który przekazuję, jest krótki i treściwy, uprzejmy i stanowczy: „Mam prośbę, żeby nie namawiać mnie do… Nie odpowiada mi to rozwiązanie i proszę to uszanować”.

Wszystko poszło inaczej, niż planowałam. Nie pokrzyczałam sobie – ani w dzikiej głuszy, ani w sali na Grochowie. Nie przypuszczałam, że praca z głosem zaprowadzi mnie w krótkim czasie do tak ważnego miejsca – tam, gdzie mieszka mój wewnętrzny głos. Że pozwoli zrobić ważny kok w kierunku bardziej zdecydowanego komunikowania potrzeb i granic. I że to, może być ciche i łagodne. Ważne, żeby zabrzmiało prawdziwe. Bo to w prawdzie, nie w krzyku, tkwi największa moc.