fbpx

Gdy rodzice się starzeją…

Gry rodzice się starzeją…
Opieka nad rodzicem czasem nas przerasta. Jesteśmy postawieni w sytuacji odwrotnej niż ta, do której przywykliśmy… (fot. iStock)

…role w rodzinie się odwracają. Dzieci czują się zobowiązane do opieki, ale nie wiedzą, jak to mądrze zorganizować, zwłaszcza jeśli mieszkają daleko lub nie mają z nimi dobrych relacji. – To, jak wszyscy odnajdą się w tej nowej sytuacji, zależy od wzorców kulturowych i budowanej przez lata więzi – mówi psycholog Paweł Droździak w rozmowie z trenerką Renatą Mazurowską.

Podczas gdy my mamy własne rodziny i karierę, po południu zawozimy dzieci na zajęcia dodatkowe, a wieczorami robimy zlecenia ekstra, żeby spłacić kredyt – nasi rodzice zaczynają podupadać na zdrowiu lub dokucza im samotność. Dochodzi do zamiany ról – stajemy się opiekunami rodziców, równocześnie opiekując się swoimi dziećmi. Na określenie tego zjawiska pojawiła się nawet nazwa „pokolenie sandwich”. Czujemy się ściśnięci pomiędzy dwoma napierającymi na nas kromkami rodzinnej kanapki.
Kiedyś rodziny mieszkały razem lub blisko siebie. Współcześnie przyjmuje się, że oddzielne mieszkanie jest oznaką dorosłości, stąd każde nowe pokolenie dąży do tego, by się wyodrębnić, wypierając myśl o tym, że w jakimś momencie życia wzięcie do siebie rodzica może i tak okazać się konieczne.

To częsty czynnik kryzysowy w związkach, bo powstają dwa rodzaje napięć: między naszym partnerem a naszym rodzicem oraz między naszym rodzicem a nami. Po wprowadzeniu się naszych rodziców partner może poczuć, jakby wróciły czasy dzieciństwa, kiedy ciągle był obserwowany przez starszych. Pojawia się pewna kłopotliwość związana z życiem seksualnym, z poczuciem własnej dorosłości, niezależności. Rodzic może mieć tendencję do tego, by oceniać, ingerować – krótko mówiąc, powstają problemy, których nikt wcześniej nie przewidywał. Wszystkie strony mogą się czuć nieco niezręcznie, szczególnie że w naszej kulturze brakuje jasnych wzorców hierarchicznych.

Sprawa komplikuje się jeszcze bardziej, gdy do rodziców nie czujemy ani miłości, ani wdzięczności. Trudno opiekować się kimś, kto nie był dla nas dobrym rodzicem albo wręcz był restrykcyjnym, nieobecnym, przemocowym. Więzi krwi czasem nie wystarczają.
Logika nakazywałaby oczekiwać, że miły, sympatyczny i życzliwy rodzic może liczyć na większą chęć opieki ze strony potomków niż odrzucający i krytyczny. Tymczasem niektórzy ludzie całe życie spędzają na próbach udowodnienia odrzucającemu rodzicowi, że zasługują, by być jego dziećmi. Opiekują się nim na starość, poświęcając mu cały czas i energię, a on odpłaca im za to krytyką lub obojętnością, więc dzieci starają się jeszcze mocniej. Z kolei z drugiej strony może być tak, że rodzic, który robił wszystko, co się dało, by jego dzieci były zadowolone, może przeżyć na starość rozczarowanie, bo dzieci przyzwyczajone, że wszystko im się należy, nie przejdą z roli podopiecznego do roli opiekuna, tylko zrobią to, co robiły przez całe życie – poproszą o jeszcze więcej opieki.

Normy społeczne nie pozwalają nam nie zaopiekować się rodzicem, nawet jeśli nie możemy na niego patrzeć. Czy taki wewnętrzny konflikt jest w ogóle możliwy do rozstrzygnięcia? Albo poświęcimy normy, albo siebie…
Tak, to silny konflikt wewnętrzny! Z jednej strony panuje ogólnie przyjęte poczucie obowiązku oparte na społecznych normach: „To moja matka, matki się nie zostawia, dzieci mają obowiązki wobec rodzica, niezależnie od tego, jaki on był i jest” – z drugiej strony są indywidualne przeżycia, których norma społeczna nie bierze pod uwagę. I chociaż ze zwyczajowego punktu widzenia wiemy, że „matka jest tylko jedna”, to na własną matkę, z powodu wspomnień, po prostu nie możemy patrzeć.

Odpowiedź na pytanie, czy ten konflikt można rozstrzygnąć, będzie zależała od tego, komu je postawimy. Jako terapeuta analityczny mogę powiedzieć, że rozwiązanie warto próbować znaleźć poprzez własną analizę i nie jest ono uniwersalne dla wszystkich. Ktoś podczas analizy będzie wracał do złych wspomnień, będzie nazywał uczucia, badał, na ile społeczne normy go determinują i dlaczego akurat te, a nie inne, i w pewnym momencie dojrzeje do samodzielnej decyzji. Sprawa jest trudna o tyle, że dochodzi do konfliktu pomiędzy dwoma porządkami, które się na siebie nie przekładają. To jak problem Antygony: zadziałać jako siostra czy jako córka, jako wyznawczyni własnej religii czy jako obywatelka? Takie konflikty są nazywane tragicznymi, ponieważ tragedią jest brak rozwiązania, które by każdy mógł zaakceptować. Być może niektórzy są w takiej sprawie skazani na to, żeby nigdy nie osiągnąć spokoju. Nie doświadczą stanu, w którym wiedzą, że na pewno postąpili słusznie.

Nie ma prostych, jednoznacznych odpowiedzi, choć jeśli nie miłość, nie więzi, to chociaż przyzwoitość nakazuje zająć się starszymi członkami rodziny.
Psychoterapeuci nie mają żadnych moralnych kwalifikacji do odpowiadania na takie pytania, z drugiej strony gdybyśmy chcieli pracować w sposób całkiem oderwany od ocen etycznych, nie moglibyśmy przeprowadzić żadnej rozmowy, bo ocena etyczna jest wszędzie. Zatem czy mam prawo odmówić matce rozmowy telefonicznej trzy razy dziennie, gdy ona bardzo chce trzy razy dziennie rozmawiać? A sześć razy? A dwanaście? Jak to ocenić? To problem etyczny, nie medyczny.

Terapeuta może wspólnie z klientem omawiać jego dylematy w tej sprawie, uczucia, które ona w nim wzbudza i obawy związane z ewentualnym stawianiem granic czy oceną innych osób, ale ostatecznie dochodzą do wniosku, że o takich problemach nie sposób rozmawiać w oderwaniu od etyki. Od kiedy psychologia wzięła ślub ze statystyką i rozwód z filozofią, psycholodzy przestali w ogóle zauważać ten problem, a nawet go rozumieć. Kiedy czujemy się winni z powodu patologicznego poczucia winy, a kiedy czujemy się winni, bo faktycznie jesteśmy winni – to bardzo ciekawa kwestia. Na pewno nie sposób tu dać odpowiedzi, która rozwiąże dylemat moralny każdego czytelnika.

Gry rodzice się starzeją…
Konflikt wewnętrzny pojawia się, gdy opieka nad rodzicem staje się dla nas przymusowa. (fot. iStock)

Posiadanie dzieci nie gwarantuje, że na starość nie będziemy sami, ale w wielu domach najmłodsze z nich nadal chowane są na opiekunów, zwłaszcza kobiety są delegowane do opieki nad rodzicami, a nawet teściami.
To prawda. Najczęściej taką opiekunką, z założenia przeznaczoną do ofiarności, jest córka. Z kolei syn często to ktoś, kim do końca życia będzie się opiekować matka – przy czym obie strony zgodnie tworzą pozory, że pracują nad czymś dokładnie przeciwnym, czyli nad jego usamodzielnieniem się. Taki mężczyzna często do końca życia mieszka z matką, pobierając część jej emerytury. Tworzą się bardzo bliskie symbiotyczne relacje, a ofiarna siostra dopełnia obrazu: dojeżdża, pomaga i zamartwia się nad swoim biednym bratem i jego przyszłością. Przy okazji rujnując swoje życie prywatne. Większość z nas zna takie historie.

Sytuacji nie ułatwia fakt, że trudno zachować cierpliwość i okazać wyrozumiałość wobec niedomagających rodziców, gdy ciągle się śpieszymy, mamy za dużo obowiązków i musimy utrzymać rodzinę. A jeszcze trzeba zajechać do rodziców, kupić leki, ugotować obiad albo odwiedzać w szpitalu i może nawet pomagać na nowo uczyć się chodzić…
Do pewnego stopnia zależy to od przyjętych norm. Żyjemy w kulturze, która z założenia neguje transmisję międzypokoleniową, starsi są uważani za wstecznych. Dlatego nie działamy odruchowo, tak jak Chińczycy, dla których opieka nad rodzicem lub dziadkiem jest oczywistością absolutną i inna opcja w ogóle nie istnieje. Ale nie działamy też tak jak ponoć Czesi, o których Mariusz Szczygieł pisze, że zdarza im się nie odebrać po kremacji prochów bliskich, dopóki nie dostaną kolejnego ponaglenia. Jako społeczeństwo plasujemy się chyba gdzieś pośrodku. Zdarzają się rzeczywiście przypadki, że jedno z dzieci jest „przeznaczone” do pozostania przy rodzicach i opiekowania się nimi. To rzadko bywa wypowiedziane wprost, ale po przyjrzeniu się decyzjom rodzinnym dotyczącym na przykład podziałów lokali, spadków, kształcenia dzieci czy związków można się czasem domyślić istnienia niepisanego układu. W rodzinach najczęściej załatwia się różne rzeczy właśnie przez tę nieoficjalną „oczywistą oczywistość”, pewne rzeczy „jakoś się wie”. Na tym polega siła rodzinnych systemów.

Ale są też rodziny, gdzie pojawiają się inne postawy. Rodzice mówią: „Nie róbcie sobie kłopotu”, „Jakoś dajemy radę”. Co na ogół kłopotem się jednak kończy, bo niemówienie o dolegliwościach lub oszczędzanie na lekach może doprowadzić do powikłań.
Słowa „Nie róbcie sobie kłopotu” są bardzo interesujące. Mogą mieć całe spektrum różnych znaczeń. Mogą znaczyć to, co na pierwszy rzut oka wydaje się, że znaczą, a mogą też komunikować „Nie udawaj, że ci na starej matce zależy, bo dobrze wiem, że wcale nie” i służyć wywołaniu wyrzutów sumienia. Od jednej skrajności do drugiej, poprzez całą gamę możliwości.

Ja się jednak trochę uprę, że gdy jest bliskość w rodzinie, te role zwykle wydają się naturalne: dzieci interesują się rodzicami, a rodzice nie wstydzą się prosić o pomoc. Podzielę się prywatnym doświadczeniem z okresu, gdy moja ukochana babcia cierpiała na chorobę Alzheimera. Nie poznawała już nikogo, trzeba było pomagać jej przy jedzeniu, myciu, kładzeniu się do łóżka. Gdy siedziałyśmy któregoś dnia przy stole i babcia opowiadała wciąż tę samą historię – dosłownie jakby była nagrana i odtwarzana – i zaśmiewała się przy tym, to czułam, że przez chwilę jest szczęśliwa, i w ogóle mnie nie irytowała ta powtarzanka. Jednak wiem i rozumiem, że opiekunowi trudno uchronić się od frustracji, zmęczenia, niewyspania, stresu, także finansowego. Jak w tym wszystkim zadbać też o siebie, żeby – mówiąc potocznie – nie zwariować?
W przypadku opieki nad nieuleczalnie chorymi rodzicami czasem mówimy o wielu latach, a nawet całym życiu spędzonym na poświęcaniu siebie komuś innemu. To rodzi mnóstwo trudnych uczuć: rozgoryczenie, osamotnienie, złość, a nawet nienawiść. Dorastające dziecko kiedyś zwróci nam zainwestowaną energię, a osoba nieuleczalnie czy przewlekle chora – nie. Może okazywać wdzięczność, dawać jakieś poczucie więzi, ale już nie stanie się zdrowa, nie będzie w stanie zająć się ani sobą, ani tym bardziej nami. To bardzo trudne. W takich okolicznościach często wpada się w specyficzną pułapkę – im bardziej czuje się te trudne, raczej zakazane do ujawniania uczucia, tym silniej się angażuje w opiekę bez reszty, czasem nawet z jakąś zawziętością, niemal na granicy znęcania się nad sobą. Do tego stopnia, że postrzega się wszelkie pragnienia innego życia jako zagrożenie. „Jeśli mam takie potrzeby, to czy nie znaczy to, że narzekam na swój los?”.

Czasem też opiekun, obciążony zadaniem, które jest zasadniczo bezgraniczne, zaczyna mieć podobnie bezgraniczne oczekiwania wobec otoczenia. To szeroki temat. W Polsce tym trudniejszy, że nie mamy, jak dotąd, prawidłowej pomocy państwa dla osób dożywotnio opiekujących się niepełnosprawną osobą. Taki opiekun nie zawsze może na przykład podjąć pracę, a to, co mu państwo oferuje, jest dalece niewystarczające. Jednak to problem na całkiem inny, obszerny materiał.

Myślę, że nieumiejętność czy unikanie opiekowania się rodzicem jest też dlatego trudne, bo mierzymy się z własną śmiertelnością. Gdy rodzic choruje, a potem umiera, definitywnie przestajemy być dzieckiem. Nikt nas nie pocieszy, nie zadzwoni z życzeniami na urodziny, nie dopyta, czy założyliśmy czapkę. To nas niepokoi. Ale może jednocześnie taka świadomość bywa pomocna, by tego rodzica uznać i przyjąć jakim jest?
Większości relacji między rodzicami i dorosłymi dziećmi jest ambiwalentna: jakaś część nas odczuwa przywiązanie i tęsknotę za dzieciństwem, a inna chce się oderwać, jest krytyczna, negująca. Zwykle rodzic też odczuwa wewnętrzną sprzeczność: to jego dziecko, czuje się odpowiedzialny za jego los, za jego rozwój, ale nie wszystkie wybory życiowe swojego dziecka akceptuje. Zadaje sobie pytanie: „Jak to możliwe, że wychowałem taką osobę? Kogoś, kto robi rzeczy, jakich sam bym nigdy zrobić nie chciał i które mnie się nie podobają? Co to mówi o mnie? ”. Ta ambiwalencja często ujawnia się w ten sposób, że coś innego czujemy w odniesieniu do rodzica lub dziecka w ich obecności, a coś innego, gdy ich nie ma w pobliżu. Gdy ich nie ma, kochamy i tęsknimy, a gdy są, to czekamy, kiedy będzie można już wrócić do siebie.

Obowiązek wobec rodziców w zgodzie ze sobą

Żyjemy coraz dłużej, a to oznacza, że opieka nad starzejącymi się rodzicami także będzie dłuższa. Jeśli nie masz czasu albo możliwości, by zatroszczyć się o rodziców osobiście, skorzystaj z pomocy:

  • podziel obowiązki opieki na wszystkich członków rodziny; poszukaj organizacji społecznych, które oferują odwiedziny wolontariuszy u osób starszych i samotnych;
  • jeśli rodzice są sprawni, zapisz ich na zajęcia, gdzie znajdą towarzystwo dla siebie – na uniwersytet trzeciego wieku, do grupy wsparcia czy grupy terapeutycznej, do klubu filmowego albo na zajęcia sportowe dla seniorów;
  • dzwoń często, rozmawiaj, odwiedzaj – naucz rodziców podstawowej obsługi komputera czy tabletu, zainstaluj programy, które pozwalają rozmawiać i wzajemnie widzieć się na ekranie;
  • buduj więź międzypokoleniową w rodzinie, włączaj dzieci do pomocy dziadkom i starszym krewnym, zachęcaj do odwiedzin;
  • sprawdź, na jaką pomoc instytucjonalną możesz liczyć;
  • pamiętaj o swoich potrzebach, o odpoczynku.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze