fbpx

Irytacja i złość w pracy – jak zachować spokój i kontrolę w każdej sytuacji?

Irytacja i złość w pracy - jak zachować spokój i kontrolę w każdej sytuacji?
Mamy prawo wyrażać emocje w sposób naturalny, ale jeśli chodzi o złość trzeba uważać, żeby nie kierować jej bezpośrednio na innych ludzi. (Fot. iStock)

Złość to jedna z najsilniejszych emocji, więc trudno oczekiwać, że akurat w godzinach pracy uda się wyeliminować ją z naszego życia. Najważniejsze to rozpoznać, skąd się wzięła, i nie kierować jej na współpracowników. Trenerka i coach Wisława Grabarczyk-Kostka doradza, jak się tego nauczyć.

Czy złość w pracy jest na miejscu?
Przeżywanie złości w pracy jest czymś naturalnym, choćby dlatego, że przez wiele godzin funkcjonujemy pod presją oczekiwań, wymagań, ciągłej oceny naszych wyników, a do tego wśród ludzi, do których sposobu bycia i charakterów musimy się dopasowywać. To wszystko często budzi stres, frustrację, a w konsekwencji złość. Jest więc dużo powodów, dla których ludzie mają prawo przeżywać złość. Pytanie brzmi: co z nią robią?

No właśnie, co zrobić ze złością, która w naturalny sposób budzi się, gdy musimy wykonywać większość zadań za kolegę z zespołu?
To dość częsta sytuacja i doświadczenie wskazuje, że więcej pracy mają ci, co do których szef ma pewność, że nie zawiodą. Często dociążenie szczególnie trudnymi i odpowiedzialnymi zadaniami jest przejawem uznania, ale w efekcie praca nie jest sprawiedliwie rozdzielana. Jeżeli mamy poczucie, że pracujemy za dwóch, a dostajemy pensję jednej osoby – możemy powiedzieć szefowi: „Dziękuję, że mnie doceniasz, ale mam teraz więcej pracy. Przyjrzyjmy się zatem, które z moich mniej wymagających zadań możesz przydzielić komuś innemu, żebym miała czas zrobić to dobrze i żebym poczuła się sprawiedliwie potraktowana”.

Jeśli jesteśmy świetnie zorganizowani i wystarczająco kompetentni, żeby pracować więcej niż inni członkowie zespołu, możemy spróbować uzyskać w zamian jakieś istotne dla nas korzyści, na przykład wolne dni, możliwość pracy z domu czy dodatkowe wynagrodzenia. Warto jasno ustalić, na jakich warunkach to się odbywa, bo jeśli bierzemy na siebie kolejne zadania, a inni robią połowę tego co my za podobne pieniądze, to nasza złość będzie naturalna.

Na szkoleniach zachęcam ludzi, żeby stawiali granice i otwarcie negocjowali warunki, bo około 90 proc. pracowników tego nie robi, a potem się zniechęca do pracy lub wręcz z niej odchodzi.

A jeśli to po prostu kwestia lenistwa koleżanki albo kolegi, którzy sprytnie zwalają na nas swoją pracę?
Znowu trzeba jasno do tego się odnieść, na przykład powiedzieć: „Po raz kolejny nie było ciebie w kluczowym momencie. Następnym razem już cię nie zastąpię”. Pamiętajmy, że ludzie nieustannie testują nasze granice. Przy rozpoczynaniu nowych zadań warto takiej osobie powiedzieć: „Tym razem chciałabym, żebyśmy podzielili się pracą na innych zasadach, bo mam poczucie, że ostatnio zbyt wiele zadań spadło na mnie”. Znam osoby, które przy każdym spiętrzeniu terminów natychmiast są chore i biorą zwolnienia – i to jest złoszczące. Później manipulują nami, robiąc z siebie ofiarę, a równocześnie są bardzo miłe, częstują ciasteczkami, z zainteresowaniem pytają o dzieci… Wszystko po to, by trudno było udzielić im krytycznego feedbacku i wyegzekwować solidną pracę. Najlepiej zakomunikować im wprost, że wolimy nie jeść ciasteczek, tylko odpowiedzialnie dzielić się pracą. Nie bójmy się być asertywni, bo to wprowadza dużo zdrowszą atmosferę.

Zawsze warto dawać informację zwrotną i umawiać się na zakres odpowiedzialności, a kiedy kolega wymiguje się od pracy, można powiedzieć: „Widzę, że robisz sobie przerwę, to ja też chwilę odpocznę. Będę uczyć się od ciebie luzu”. Najczęściej takiej osobie nie zależy, żeby uchodzić za wyluzowaną, więc raczej weźmie się do pracy.

Złość w pracy budzą też osoby władcze, agresywne, niekulturalne.
A dlaczego takie są? Bo nauczyły się, że ich wymuszające uległość zachowania są skuteczne. Jesteśmy tak wychowani, żeby nie sprawiać kłopotu przez domaganie się swoich praw, i osoby autokratyczne z tego korzystają. Powinny więc doświadczyć sytuacji, kiedy ich rozkazujący ton nie działa. Można powiedzieć: „Im bardziej krzyczysz, tym mniej mi się chce robić to, o co mnie prosisz”, ale do tego trzeba trochę charakteru. Bywa, że brak nam sił na walkę z tak silnymi osobowościami, zwłaszcza gdy mamy słabszy dzień. Wybaczmy sobie ten chwilowy brak asertywności. Pilnujmy jednak, żeby to nie był nasz typowy styl bycia w kontaktach z osobą agresywną. Ćwiczmy odważną komunikację!

Byłam kiedyś w takiej sytuacji, że irytowała mnie osoba, która uaktywniała się na końcowym etapie prac, a potem przypisywała sobie sukcesy. Okazało się, że to był jej stały sposób funkcjonowania.
Wiele osób doświadczyło takich zachowań i nie zawsze potrafi sobie wybaczyć, że tak łatwo się dało wykorzystać. Lepiej jednak potraktować taką sytuację jako okazję do nauczenia się czegoś. W odpowiedzi na wspomnianą postawę należy rozważyć dwie alternatywne reakcje: walki lub ucieczki. Mnie się zdarzyło, że ktoś nie tylko podpisał się pod moją pracą, ale mnie z niej wykreślił. Zareagowałam i zapytałam: „Jak to możliwe, że nie ma tu mojego nazwiska? Przecież pisałyśmy te materiały szkoleniowe razem”. „To się dopisz” – usłyszałam w odpowiedzi. Podsumowując – walczmy o siebie i swoje prawa. Toksyczne osoby szukają „żywiciela”, czyli kogoś mniej asertywnego, niepewnego siebie, delikatniejszego, albo po prostu nowego w pracy czy funkcjonującego niżej w strukturze. Jeśli więc jest to nasz autokratyczny szef, który nie ma zamiaru się zmienić, warto rozważyć drugą opcję: uciekaj jak najdalej od osób, które robią karierę twoim kosztem, szukaj innej pracy!

Zamiast nieustannie się irytować np. z powodu tego, że pracujemy za innych, lepiej stawiać granice i otwarcie negocjować warunki. (Fot. iStock)

W przypadku, o którym mówię, asertywne postawienie granic skończyło się dla kilku kolegów utratą pracy, bo tamta osoba była na tyle wysoko postawiona w hierarchii, że mogła do tego doprowadzić. Sposobem było uniezależnienie się od niej.
Nie ochronimy świata przed inwazją toksycznych osób, ale możemy uczyć się na własnych doświadczeniach. Ja wyznaję zasadę, że jeśli ktoś jest bardzo inwazyjny, nie pracuję z nim. Jeśli często wchodzimy w rolę ofiary, to w końcu zemścimy się, stając się jego prześladowcą, a przecież tego nie chcemy. Warto pracować w środowisku, gdzie ludzie traktują siebie nawzajem w sposób partnerski i koleżeński. Pamiętajmy, że świat istnieje również poza organizacją, w której funkcjonujemy, i nie jesteśmy na nią skazani.

Częstymi sposobami radzenia sobie ze złością jest jej tłumienie lub jej niekontrolowana ekspresja.
Ani nadmierne tłumienie złości, ani impulsywne reagowanie nie są dobrymi rozwiązaniami. Konsekwencją tłumienia złości jest to, że staje się autodestrukcyjna. Jeśli nie wyrażamy trudnych emocji, one w nas zalegają i w pewnym momencie zaczynają nas niszczyć. Wtedy chorujemy, odczuwamy objawy nerwicowe, czasem depresję, w najlepszym wypadku – zniechęcenie. Energia, którą moglibyśmy wykorzystać, żeby realizować nasze cele, jest zużywana do powściągania złości, a to nas osłabia. Z kolei reakcje choleryczne czy niekontrolowane wybuchy złości działają destrukcyjne na innych i generują konflikty. Osoba, która w ten sposób wyraża złość, oczyszcza się z nadmiernego napięcia. Wykrzyczy się, czasem trzaśnie drzwiami, ale co potem dzieje się z tymi ludźmi, którzy za nimi zostają? Coś muszą z tą złością zrobić, żeby nie stać się jej ofiarą.

Wyżywanie się na innych jest słabym rozwiązaniem. Nie chcę przez to powiedzieć, że nie wolno nam reagować spontanicznie – mamy prawo wyrażać emocje w sposób naturalny, ale jeśli chodzi o złość, trzeba bardzo uważać, żeby nie kierować jej bezpośrednio na innych ludzi.

Czyli jak najlepiej zareagować, jeśli czujemy, że zalewa nas wściekłość?
Przede wszystkim trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie, skąd się ona wzięła. Zacząć od poszukiwań odpowiedzi w sobie. Psycholog David J. Lieberman, autor książki „Nie wpadaj w złość”, pisze, że częściej irytują się ludzie, którzy mają niskie poczucie własnej wartości. Są niepewni siebie, więc byle co wytrąca ich z równowagi, nie mają dystansu do innych i do ich opinii o sobie. Wystarczy jedna krytyczna uwaga i już budzi się w nich złość, która jest sposobem obrony przez atak. A przecież ważniejsze jest, jak my oceniamy siebie i swoją pracę.

Kiedy znamy swoją wartość, a równocześnie jesteśmy obdarzeni zdrowym samokrytycyzmem, zewnętrzne negowanie naszych kompetencji czy działań nie będzie nas tak mocno dotykać. Wtedy powiemy sobie i innym, że zrobiliśmy to dobrze lub najlepiej jak umieliśmy, albo rzeczywiście nie przyłożyliśmy się do zadania i to zmienimy. Przy takim podejściu nie ma przestrzeni na złość.

 

Jak nauczyć się kontrolować złość?

Żeby nauczyć się panować nad gniewem, musisz go dokładnie poznać. Pomoże ci w tym dzienniczek gniewu. Prowadź go przez kilka tygodni i obserwuj mechanizmy, które go wywołują, oraz własne nawykowe reakcje. A potem krok po kroku wprowadzaj zmiany.

  • Częstotliwość. Jak często wpadasz w gniew? Czy zdarza się to co godzinę? A może codziennie? Albo złościsz się kilka razy jednego dnia, a potem przez kilka dni zachowujesz spokój. Notuj dokładną liczbę wybuchów gniewu.
  • Czas trwania. Jak długo trwa napad gniewu? Zapisuj czas jego trwania, by go stopniowo redukować, zapanować nad sobą i ostatecznie na zawsze pozbyć się gniewu.
  • Intensywność. Zastosuj skalę od jednego do pięciu – dzięki niej będziesz mógł oszacować swoje uczucia.
  • Bodziec. Jakie sytuacje najszybciej wywołują twój gniew? Co jest katalizatorem przyspieszającym twoją reakcję? Zastanów się również, jakie zasadnicze czy ukryte lęki leżą u źródła konkretnego epizodu, abyś mógł sobie z nimi poradzić.
  • Ekspresja. Co zrobiłeś ze swoim gniewem? Jeśli masz skłonności do tłumienia uczuć – może lepiej będzie wyrażać je bardziej otwarcie i szczerze. Jeżeli zazwyczaj wybuchasz – pomyśl, jak mógłbyś spokojniej rozwiązywać problemy.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze