Jak bezpiecznie i bezstresowo prowadzić samochód?

fot. iStock

Opanowanie nowej umiejętności bywa nie lada wyzwaniem. Mówisz sobie „to trudne!” i od razu pojawia się stres. O tym, jak go obsługiwać, opowiada instruktorka Jola Szulecka, która od lat uczy swoich kursantów bezstresowej jazdy.

Kiedy próbujesz nowych rzeczy, musisz liczyć się z tym, że opuścisz swoją strefę komfortu i przemieścisz się do strefy uczenia się. A w niej nie będziesz już mistrzem. Zmierzysz się ze swoimi ograniczeniami, będziesz popełniać błędy. I pewnie też – mniej czy bardziej – stresować się.

Czego się boisz?

Na szczęście taki stres można stosunkowo łatwo wyciszyć – uważa Jola Szulecka z OSK „Mustang”, która od 25 lat uczy ludzi prowadzić samochód. Jest wyczulona nie tylko na każde drgnięcie silnika, ale też na to, jak w danym dniu czuje się uczeń, jak reaguje na własne błędy lub niekorzystne warunki atmosferyczne. – Jeśli widzę, że człowiek za kółkiem jest podminowany, gorzej mu idzie, rezygnuję z trudniejszych zadań. W takich sytuacjach lepiej odpuścić (w moim przypadku pojechać na łatwiejsze trasy) i podejść do tematu za kilka dni – tłumaczy instruktorka. I zapewnia, że nie trzeba być psychologiem, żeby rozpoznać, kiedy ktoś spina się podczas jazdy. – To widać po kurczowym trzymaniu kierownicy, braku lekkości przy zmianie biegów. Nierzadko ktoś usztywnia rękę, napina bark, plecy, pochyla się. Jedzie niemal na baczność, na płytkim oddechu – mówi Jola Szulecka. – Czasem nawet chwytam za ten sztywny nadgarstek, macham nim, by pokazać, jak się zgina. Zalecam też głębokie oddychanie – zwłaszcza na egzaminie, zanim odpali się silnik.

Nie da się ukryć: wiele osób boi się jeździć. Z jednej strony zdają sobie sprawę, że to bardzo potrzebna umiejętność (co może sprzyjać presji), z drugiej – że opanowanie jej w niewystarczającym stopniu może bardzo dużo kosztować. Taki lęk dobrze jest nazwać, skonkretyzować. Odczarować. – Czasem widzę, że czyjś strach jest nieco irracjonalny. Pytam wtedy: „Czego się boisz? Że nie zahamujesz na czas? Że ktoś w ciebie wjedzie? Że pieszy wyjdzie ci przed maskę? Powiedz, o co ci chodzi!”. Bardzo dużo osób nie potrafi odpowiedzieć, tymczasem nazwanie lęku sprawia zwykle, że on znika – mówi instruktorka. Sama, kiedy uczyła się jeździć, śniła wiele razy ten sam sen: przyciska pedał hamulca, ale samochód się nie zatrzymuje. Uderza w ścianę. Budzi się. – Niektórzy przychodzą z przekonaniem, że coś jest trudne – tak sobie z jakiegoś powodu wymyślili. Często też lęki ludzi biorą się z różnych obiegowych opinii, na przykład takiej, jak to w Warszawie ciężko się jeździ… Ktoś tak mówi, wierzymy mu i fobia gotowa. A może lepiej byłoby sprawdzić i wyrobić sobie własne zdanie?

Jednocześnie Jola Szulecka przyznaje, że lęk, który nie paraliżuje, a wzmaga czujność, może być w nowych sytuacjach bardzo cenny. – Moja córka dopiero po roku jeżdżenia dzień w dzień powiedziała pewnego ranka: „Dzisiaj wreszcie nie boję się jechać”. Poza tym lęk potrzebny jest, żeby nas chronić – choćby przed dziwnie zachowującymi się użytkownikami dróg.

Mówiąc o ograniczonym zaufaniu, instruktorka kładzie jednak nacisk na zaufanie. – Bez niego nie dałoby się jeździć, zresztą nawet w prawie o ruchu drogowym napisane jest, że mamy ufać kierowcom, wierzyć, że używają tych samych przepisów. Kiedy zapala się czerwone światło, oczekujemy, że wszyscy się zatrzymają i jak obserwujemy życie, to tak się dzieje. Bez zaufania naprawdę się nie da. Nie tylko na drodze…

Musisz popełniać błędy

Co jeszcze utrudnia nam naukę nowych rzeczy, przyczynia się do stresu? Pośpiech, niecierpliwość, presja, jaką na sobie wywierasz. – Niektórzy, ucząc się, próbują stawiać na intensywność – mówi Jola Szulecka. – Myślą na przykład, że jak będą jeździć po trzy godziny dziennie, to się szybko nauczą. Ale to tak nie działa. Te umiejętności nabywa się i utrwala powoli, systematycznie. Nauka to proces, który rządzi się swoimi prawami. Są pewne etapy, poziomy i nie można ich przeskakiwać. Czasem na którymś trzeba się zatrzymać dłużej. To wszystko trwa. Panuje przekonanie, że jeżeli ktoś w 30 godzin nie nauczy się jeździć, to albo nie powinien kierować samochodem, albo ma złego instruktora. Nieprawda.

Nie sposób też przewidzieć postępów – czasem przez dłuższy czas jest opornie, a potem nagle coś się odblokowuje. Sama miałam kiedyś taki pomysł, że muszę się bardziej starać, to szybciej nauczę. Nie! Co prawda zaczynam zwykle pierwszą lekcją w centrum Warszawy i od razu każę uczniowi ruszać na ulicę, ale też na początku „niańczę” go, chcę, żeby poczuł się bezpiecznie. A potem prowadzę go w stronę coraz większej samodzielności. Potrzeba czasu, spokoju. Tego nie da się przyspieszyć, tak jak nie da się ustawić zegarka, żeby szybciej chodził.

Do Joli Szuleckiej trafiają bardzo różni ludzie, również tak zwane trudne przypadki. Ci, którzy boją się, nie lubią, zgłaszają opory. Albo tacy, którym wydaje się, że już wszystko wiedzą. Z każdym pracuje inaczej: jednego trzeba zmobilizować, zachęcić, innego utemperować. Są jeszcze perfekcjoniści, tacy z syndromem prymusa na przykład. Każdy ma inne predyspozycje. Instruktorka uważa, że prowadzenie samochodu trudniej przychodzi ludziom z tzw. umysłem humanistycznym. Inaczej też z nimi rozmawia. – Mężczyźnie ze ścisłym umysłem mówię na przykład, że samochód na niewłaściwym biegu warczy, a empatycznej kobiecie – że cierpi. Czasem tłumacząc coś, odnoszę się do zawodu, który dana osoba wykonuje.

Zdarza się (bardzo rzadko!), że trzeba zasugerować komuś, żeby odpuścił. Może jest po traumie wypadkowej albo przeżywa jakiś kryzys osobisty i musi się z tym najpierw zmierzyć. Może uparł się, że nie musi przestrzegać przepisów, że go nie obowiązują. A może przychodzi z nieodpowiednią motywacją – na przykład zmusili go rodzice – i lepiej, żeby jeszcze trochę poczekał. Aż poczuje, że sam chce czy potrzebuje. W ogóle motywacja to ważny czynnik. Czy jest pozytywna („będę mieć własny samochód”, „pojadę w piękne miejsce”), czy negatywna („to wstyd nie umieć”). Czy idąc na lekcję, czujesz radość, ekscytację, czy raczej presję, niechęć. Czy umiesz wzmocnić się pozytywnie, docenić własny wysiłek, czy tylko skupiasz się na potknięciach. Czy pamiętasz o tym, że – skoro się czegoś uczysz – naturalne jest, że jeszcze tego nie umiesz. Że masz prawo próbować i mylić się, pytać, zapominać i pytać ponownie.

– Uczeń jest od tego, żeby popełniać błędy – mówi Jola Szulecka – a nauczyciel, żeby dawać informację zwrotną w przystępnej, kulturalnej formie. Zdaję sobie sprawę, że nie wszyscy tego przestrzegają – podnoszą głos, pozwalają sobie na wycieczki osobiste. Ja staram się, żeby te komunikaty były miłe, nie krytykuję. Ale też musi przyjść moment, kiedy zacznę oceniać, zwracać uwagę na każde niedopatrzenie. Stopień trudności musi wzrastać.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »