fbpx

Jak być autorytetem dla swojego dziecka?

Jak być autorytetem dla swojego dziecka?
Czy potrafisz być autorytetem dla swojego dziecka? (Fot. iStock)

Co oznacza dla nas pojęcie autorytetu? Czy wiemy, na czym ten autorytet polega w odniesieniu do naszych dzieci? I dlaczego tak wielu rodziców pojmuje autorytet jako umiejętność podporządkowania sobie dziecka? Trudne kwestie związane z wychowaniem wyjaśnia dr Tomasz Srebnicki, psycholog i terapeuta.

Mamo, jeśli nie czujesz, że jesteś autorytetem dla dzieci, zabierz je do swojej firmy. Niech zobaczą, jak kierujesz zespołem, a nie tylko jak gotujesz zupę. Tato, jeśli świetnie grasz w piłkę, to weź dzieci na mecz. Niech zobaczą, jak strzelasz gola, a nie tylko jak wyrzucasz śmieci, kiedy mama ci powie. Pokazujmy dzieciom to, w czym jesteśmy dobrzy, a będziemy dla nich autorytetem!
Hm? Sama to wymyśliłaś? No cóż… Z pojęciem autorytetu rodzicielskiego wiąże się wiele mitów. Ja uważam, że jeśli rodzic chce być dla dziecka autorytetem, to chyba nie rozumie, co to znaczy… Zacznijmy od tego, że do dziesiątego, jedenastego roku życia rodzice są dla dziecka nawet kimś więcej. Są tym, kto wszystko potrafi, wszystko ma, wszystko może i we wszystkim pomoże. Czyli są dla dziecka całym światem. Bazą, na której ono może się oprzeć we wszystkich swoich poczynaniach. Dziecko postrzega rodziców jako wszechwładnych i to w pozytywnym sensie.

Co więcej, potrzebuje tak ich postrzegać, bo zadaniem rodziców do czasu osiągnięcia przez dziecko dojrzałości jest zapewnianie mu wszystkiego, czego ono samo sobie zapewnić nie może. Bo już tak jest, że dzieci są od dorosłych zależne, potrzebują ich opieki i troski, potrzebują też za nimi podążać i czuć się do nich przywiązane.

Czyli do 12. roku życia rodzice nie muszą się starać, bo są autorytetem dla swoich dzieci?
Tak. Koniec kropka.

To najkrótszy rozdział. I najprostsze rozwiązanie. Dziękuję doktorze!
Proszę bardzo! Ale ja się tak łatwo nie poddam. Postaram się o to, żeby nasi Czytelnicy nie zamknęli tej książkę i nie poszli do pokoi dzieci napawać się swoim autorytetem. Złośliwie więc zapytam: „dlaczego, Rodzicu drogi, chcesz być autorytetem dla swojego dziecka?”.

„Bo mnie gówniarz nie słucha! Nie wykonuje poleceń! Ma inne zdanie!”.
Mam cię! Możemy już przejść do tego, czym jest autorytet. A raczej, jak rodzic rozumie, czym powinien być? Zwykle rodzic zakłada, że jeśli jest autorytetem dla dziecka, to gdy tylko powie: „odrabiaj lekcje”, ono rzuci wszystko i złapie się za zeszyty. Będzie odrabiać polski, matmę, chemię bez szemrania. Jak powie: „wynieś śmieci”, to dzieciak poleci z kubłem, zapominając nawet założyć buty. A na pytanie: „posprzątałeś w pokoju?”, niby szeregowiec na widok generała, otworzy drzwi do swojego pokoju i stanie na baczność, w pełni gotowe do inspekcji! No nie, rodzic nie jest autorytetem, gdy dziecko zawsze robi to, czego on chce. Wtedy je sobie podporządkował. Jak owczarka niemieckiego – całkiem udanie go wytresował.

Ale rodzice właśnie na to się skarżą, że dzieci ich nie słuchają. To jest problem?
Zgadza się! Część rodziców chce dowiedzieć się, jak poskromić dziecko. Oczekuje ode mnie rady, jak to zrobić, i to tak, żeby się przy tym nie napracować. Jak to zrobić, żeby dziecko przyjęło, że oni są ponad nim w hierarchii, że wiedzą lepiej, co dla niego dobre. Że wiedzą, jak ono ma postępować, żeby uniknąć ich błędów i dlatego ma się ich we wszystkim słuchać.

Chcą ustrzec dziecko przed swoimi błędami, co w tym złego?
Zaraz zrozumiesz. Otóż rodzic uważa, że jest autorytetem w kontekście swojego życia i może jest. Ale nie jest nim w kontekście życia swojego dziecka. Skupiony na sobie – nie pozwala dziecku przeżyć jego życia po swojemu. By mogło także dzięki różnym błędom, jakie popełni, optymalnie się rozwijać. „Beatko, moja kochana córeczko – mówi tatuś czy mamusia – ja chcę cię ustrzec przed rzeczami, których doświadczyłem! Chcę ci opowiedzieć o wnioskach, jakie wysnułem ze swojego życia, żebyś przeżyła swoje życie w taki sposób, w jaki ja chciałbym je przeżyć”. Rozumiesz już?

Jak być autorytetem dla swojego dziecka?
Dlaczego tak łatwo pomylić autorytet z autorytaryzmem? (Fot. iStock)

Rodzic zawłaszcza życie dziecka. Chce, żeby ono przeżyło ulepszoną wersję jego życia. A przecież dziecko ma prawo do własnej drogi!?
Bingo! Tyranią dobrych chęci rodzic zawłaszcza przestrzeń życiową dziecka. Zanieczyszcza ją, wrzucając różne własne mądrości.

Zanieczyszczenia? Mądrości rodzica są jak papierki od cukierków?
Mądrości?! Nawet jeśli rodzic jest bardzo mądry, a bądźmy szczerzy, różnie to bywa, to postępuje niemądrze, jeśli chce, żeby dziecko przeżyło swoje życie inaczej niż po swojemu. Inaczej niż potrzebuje, by rozwinąć swój potencjał. Taki rodzic nie postępuje mądrze, gdy chce, by dziecko przeżyło swoje życie pod jego dyktando. Nawet jeśli pragnie, żeby lepiej niż on zaplanowało swoją edukację, lepiej niż on umiało rozpoznawać złych ludzi. Efektem takich mądrości jest ograniczenie rozwoju dziecka…

Proszę o przykład!
Powiedźmy, że dziecko ubiera się w szkolnej szatni w swoim tempie, tak jak umie, ale mama, bardzo zdenerwowana, wciąż je pogania: „ubieraj się szybciej, o 18.00 masz korepetycje!”. Ta matka z powodu niepunktualności straciła kiedyś świetną pracę i chce, żeby to nie przydarzyło się nigdy jej dziecku. Dlatego jest teraz zdenerwowana. Ale dziecko mimo ponagleń mamy nie ubiera się szybciej, bo po prostu nie umie. Matka odbiera to jednak osobiście: „Nie słucha mnie!” i jeszcze dokłada do swojej irytacji niby do pieca te swoje mądrości: „nie możemy się przecież spóźnić, punktualność jest w życiu bardzo ważna. Bez niej nic się nie osiągnie!”. W rezultacie dziecko słyszy od matki wiele przykrych słów, a może nawet w szatni dochodzi do szarpaniny. Dzieciak płacze, zaczyna myśleć o sobie słowami, które usłyszał od matki: że jest ślamazarą, że guzdrałą, że do niczego w życiu nie dojdzie… Ubieranie się w szatni następnym razem będzie już dla tego dziecka stresem.

Matka chciała ustrzec dziecko przed konsekwencjami niepunktualności, jakich sama doświadczyła, a tymczasem zachwiała jego samooceną i zaufaniem do siebie? Nie jest autorytetem dla dziecka, ale krytykiem i agresorem?
Tak. Kolejny przykład, dziecko skarży się na kłopoty z kolegami: „Piotruś mi nie wierzy, że dostałem na urodziny nowy rower”. Rodzic może postąpić różnie. Ten, który chce, żeby dziecko przeżyło ulepszoną wersję jego życia, odniesie to, co przydarzyło się dziecku do swoich doświadczeń i do swojego temperamentu oraz do tego, co dla niego w sytuacji, kiedy kolega by mu nie wierzył byłoby problemem. Rodzic tego co tak naprawdę poruszyło jego dziecko nie wie, on zgaduje. Ten wątek na razie zostawmy i skupmy się na tym, że jeśli rodzic myśli tylko o sobie i o swoim życiu, to doradzi dziecku najlepiej, jak umiałby doradzić, ale sobie. Czyli na przykład: „powiedz mu, żeby spadał!”. Albo: „sobie wierz, tylko sobie!”. Albo: „no to nie baw się z nim, bo to zły kolega”. I jeśli tak od siebie doradzi, to też jeszcze nie jest tragedia. Rodzic mówi, co myśli, choć nie powinien. Problem zaczyna się dopiero wówczas, gdy domaga się, aby dziecko skorzystało z jego rady – z rady autorytetu. Jeśli syn postąpi inaczej, ojciec zareaguje złością, agresją w słowach, a nawet w czynach. Często wymusza w końcu na dziecku taką reakcje, jaką uważa za najlepszą. No i tak zakłóci rozwój swojego dziecka, jego kontakty z rówieśnikami, ale też relacje z nim, bo następnym razem, kiedy dziecko będzie miało kłopot, już tak spontanicznie i szczerze tacie o nim nie opowie.

Może jeszcze jeden przykład?
Dobrze, to będzie opowieść o dziadku, czyli o ojcu takiego autorytarnego ojca. Opowieść o tym, jak doświadczenia życiowe dziadka przeniesione na jego relacje z wnuczką zaśmiecają tę relację i życie wnuczki. Otóż dziadek ów dał wnusi na imieniny piękny pamiętnik. Lecz dając go zaznaczył, że wnusia ma w nim zapisywać tylko ważne wydarzenia, a nie jakieś głupotki… Ten zeszyt, niby prezent, prezentem do końca nie jest. Jest próbą zawłaszczenia fragmentu życia wnusi, bo dziadek narzuca jej, co może z tym zeszytem robić, a czego nie. Dziadek zatruł swoją relację z wnusią, narzucając jej przeznaczenie tego przedmiotu, bo dziewczynka albo dziadka posłucha albo nie. Albo powie mu prawdę, albo go okłamie. Albo zeszyt odłoży na półkę i nie będzie używać. Tak czy inaczej będzie tym prezentem skrępowana, a w kontaktach z dziadkiem to skrępowanie się pojawi.

Dlaczego tak się stało? Dziadek ma kłopoty z pamięcią i dlatego podarował wnusi zeszyt, żeby ona zapisywała wszystko, co jest ważne. Gdyby on prowadził kiedyś taki pamiętnik, to miałby wszystko czarno na białym, a więc by „pamiętał”. A może gdyby pisał, ćwiczył mózg, to miałby lepszą pamięć? Może nawet teraz nie miałby demencji? To dobry przykład na toksyczność dobrych chęci. Na toksyczność przekładania własnych doświadczeń na życie dzieci i zaburzanie relacji z nimi.

Prezentem „zaśmiecającym” nie jest pamiętnik, ale mądrość dziadka?
Jasne! I dlatego dziadek obrazi się, jeśli zobaczy, że wnusia napisała w swoim pamiętniku: „na górze róże na dole fiołki, ja i Piotruś kochamy się jak dwa aniołki!”. Pomyśli, że nie ma autorytetu i zrobi synowi, czyli ojcu wnusi, awanturę, jak wychował córkę! Ten dziadunio wcale nie chce być autorytetem, on chce narzucić wnusi swoją wolę! Domaga się tego, czego domagamy się, gdy mylimy autorytet z autorytaryzmem.

Wymuszanie takich zachowań, jakie uważamy za właściwe, nie ma nic wspólnego z byciem autorytetem?
Zupełnie nic. I wróćmy teraz do przykładu z niedowiarkiem Piotrusiem. Rodzice autorytarni narzucają dziecku swoją wolę na różne sposoby. Najbardziej subtelną i jednocześnie najbardziej toksyczną metodą wcale nie jest przemoc fizyczna, lecz psychiczna. No na przykład: kiedy tatuś, który zakazał synkowi kontaktów z Piotrusiem niedowiarkiem, dowie się, że synek go nie posłuchał, okaże synowi swoje rozczarowanie, dezaprobatę i na przykład może być smutny…

Smutny?! „Lekceważysz mnie, gówniarzu!” – krzyknie.
Powiem ci szczerze – pół biedy, jak domowy tyran wrzeszczy i wyzywa. Kiedy daje dziecku bezpośrednie komunikaty, kim jest to dziecko w jego oczach, gdy nie robi tego, co tato kazał! Kiedy dziecko słyszy wprost od rodzica, że jest złe i durne, to w dorosłym życiu łatwiej mu będzie się z tego wykaraskać. Gorzej, gdy „słyszało” to samo, ale subtelnie zasygnalizowane!

Oj, oj, naprawdę trudno potem na psychoterapii dogrzebać się przyczyny złej samooceny u fajnego młodego człowieka. Trudno też zmienić te jego ponure myśli o sobie. Trudno sprawić, aby odzyskał realny ogląd siebie, odkrył, że jako dzieciak był w porządku, tylko jego rodzice pragnęli mieć nad nim całkowitą władzę. Powtórzę więc: najbardziej toksycznie wpływają na dzieci wszelkie westchnienia, wywracanie oczami, odwracanie się plecami, łzy mamy, albo smutek taty, który może trwać nawet i kilka dni.

Toksycznie, bo dziecko wtedy czuje się winne?
Właśnie, a tymczasem tata będzie smutny, bo wrócą do niego wspomnienia różnych wydarzeń z jego własnego dzieciństwa i dorastania, kiedy padał ofiarą głupich uwag ze strony kolegów i koleżanek, jak teraz jego syn. Zacznie sobie przypominać, jak się wtedy czuł słaby i samotny, i jak bardzo sobie z tym nie potrafił poradzić. Będzie więc myślał wyłącznie o sobie. Dziecko natomiast odbierze smutek taty jako jasny i czytelny komunikat, że to ono jest temu winne, że skrzywdziło tatę, nie postępując tak jak tatuś chciał. I w efekcie zacznie myśleć źle o sobie. I jeśli rodzice często stosują takie metody wychowawcze – to dziecko nawet jako człowiek dorosły będzie źle myśleć o sobie.

Co więcej i co warto, żeby rodzice wiedzieli, to że zawsze, kiedy mama czy tata są smutni, płaczą, dziecku jest źle. Dlaczego? Wyobraźmy sobie, że mama płacze, bo dowiedziała się, że córka nie powiedziała złośliwej koleżance, żeby ta dała jej spokój. Mamie przypomniało się to, jak źle się jej życie potoczyło, ponieważ już w szkole podstawowej nie nauczyła się bronić, czyli mówić wrednym ludziom: „dość! przestań!”.

Płacząc w tej sytuacji, mama zaburza świat swojego dziecka na dwa sposoby. Otóż, po pierwsze, kiedy płacze jest skupiona na przeszłości i swoich uczuciach. A więc jest niedostępna dla dziecka. Smutek izoluje ją od córki. Po drugie, tylko pozornie akceptuje, że dziecko postąpiło po swojemu. Tak naprawdę dalej stara się wymusić na nim, żeby zrobiło tak jak ona uważa, że to je ustrzeże przed złymi doświadczeniami, jakie przeżyła.

Rozumiem, że stara się to wymusić płaczem?
Tak. Rodzice zmuszają dzieci, aby jednak postąpiły tak jak oni chcą, na wiele innych sposobów. Na przykład, gdy ojciec, zwolennik twardych rozwiązań, ale jednak nie brutal, usłyszy od syna: „dzisiaj bawiłem się z Piotrusiem piłką i było super!”, to z przyklejonym uśmiechem powie chłodno: „to świetnie!”. Jeśli dziecko doda: „chciałbym zaprosić Piotrusia do domu”, rodzic odpowie: „dobrze, zaproś Piotrusia!” – jednak tonem i miną jasno pokaże dziecku, że jest zły. Twarz ojca może stać się kamienna, może cofnąć się, tworząc emocjonalny chłód i zająć się czymś innym, przestać zwracać na syna uwagę…

Brrr… Dając dziecku odczuć, że nie akceptuje Piotrusia, tato niszczy przyjaźń syna z kolegą?
Niekoniecznie, lecz przyjaźń z nim będzie już obciążona tym, co myśli o tym tato. Zachowanie rodzica wymusi na dziecku różne strategie działania. Jakie one będą, zależy od jego cech wrodzonych, od temperamentu, charakteru. Na przykład dziecko, które stres traktuje, jak wyzwanie, może zacząć ukrywać przed rodzicem, że robi to, czego ten nie akceptuje, czyli dalej bawi się z Piotrusiem, ale o tym tacie nie mówi. Dziecko lękowe może się z rodzicem identyfikować i zacząć bardzo źle mówić o Piotrusiu. Dziecko wrażliwe może wciąż bawić się z tym kolegą, ale już nie z taką radością, bo będzie czuło się winne, że go lubi i miło spędza z nim czas. Tak czy inaczej dziecko zareaguje, a więc jego relacje z rodzicem i z Piotrusiem będą już naznaczone dezaprobatą rodzica.

Zawsze taka dezaprobata rodzica rzuca cień na dziecko, na jego spontaniczne przyjaźnie?
Nie ma zawsze. Ale taka jest zasada. Obowiązuje także w relacjach między dorosłymi. Wyobraź sobie, że twój partner jest zazdrosny o to, że ty co tydzień widujesz się ze mną i zaczyna nas podejrzewać o romans. Wprost tego nie mówi, ale jak poinformujesz go: „jadę dziś do Tomka”, to chrząka, spogląda w znaczący sposób, albo inaczej daje ci znać, że coś mu nie pasuje i nie aprobuje tej wyprawy. I tymi swoimi podejrzeniami i obawami obciąża naszą relację. Ty wtedy możesz zastosować różne strategie, m.in. po prostu przestać mówić mu, że do mnie jedziesz. Możesz też sama zacząć się zastanawiać, czy jednak ten Tomek nie myśli o tobie w kontekście damsko-męskim?

Oj! A myślisz?
No właśnie, tak to działa. Co więcej, takie uwagi twojego partnera mogą podnieść moją wątpliwą atrakcyjność w twoich oczach. I sama możesz zacząć myśleć o mnie inaczej i zacząć podejrzewać, czy przypadkiem jednak coś się między nami nie dzieje? No sama nie będziesz wiedziała…

Będę – za młody dla mnie jesteś!
Oj, to dobrze. Możemy dalej pracować nad książką. Niestety, dzieci tak nie pogadają jak my, nie ujawnią tego, co się zaczyna w ich relacji rozpychać. Jednak obawy i zaciekawienie oraz zmiana spojrzenia, będą takie same. Czyli dziecko może nieświadomie zacząć mieć takie obawy, jakie odczytuje ze strony rodzica. Na przykład: „czy Piotruś mnie lubi? Czy jest moim kolegą? Może nie powinienem się z nim bawić?”. Dziecko z tego sobie nie zdaje sprawy, jednak zaczyna się inaczej w stosunku do kolegi zachowywać. Na co ten odpowiada także mniej otwartym zachowaniem i wszystko zaczyna się między dzieciakami psuć – nie wiadomo, dlaczego?! Niema dezaprobata to najbardziej toksyczny sposób na podporządkowanie sobie dziecka.

Lepiej wrzasnąć niż wywracać oczami, czy mieć focha i milczeć?
Tak, a szczególnie w sytuacjach, kiedy między rodzicami jest konflikt! Wtedy używają oni swojego autorytetu, aby podważyć autorytet drugiego z nich. Na przykład ojciec przychodzi do domu o 20.00, ale po drodze kupuje dziecku czekoladę. Wpadł na taki pomysł więc kupił i teraz tę czekoladę dziecku daje. No, ale wtedy i on, i dziecko słyszą od strony fotela, w którym siedzi mama, znaczące chrząkniecie. Albo takie „uuuu…”. Albo wprost słowa mamy: „on już dzisiaj słodycze jadł”. I wtedy dziecko jest w takiej oto sytuacji: jeden autorytet bezwarunkowy podważa drugi autorytet bezwarunkowy. Dla dziecka to, że tata kupił mu czekoladę oznaczało tylko tyle, że się naje słodyczy. Hura! Dziecka nie interesuje, że już jadło, że jest po 20.00. Chce czekoladę! Ale… mama chrząka!? I nawet jeśli tata, zgodnie z zaleceniami dietetyków, da wtedy dzieciakowi tylko kawałek, a resztę schowa, to dzieciak jedząc ten kawałek czekolady, będzie miał w uszach chrząkanie matki.

Prawdziwy emocjonalny thriller! Pewnie ma też niedobre konsekwencje?
Dziecko musi się do tego chrząknięcia ustosunkować. Jeśli jeden autorytet mówi co innego niż drugi, to ono zaczyna się gubić. W sytuacji zagrożenia, a taką jest sytuacja konfliktu między rodzicami, dziecko instynktownie opowie się za tym, kto jest silniejszy. Jeśli więc rodzice są skłóceni, to podporządkuje się temu, który wydaje mu się mocniejszy. Jeśli w jego oczach jest to ojciec, to gdy ten powie: „ale ja chcę, żeby on teraz zjadł czekoladę, bo po to mu ją kupiłem”, zidentyfikuje się z tatą i zje przysmak. Jeśli to matka umie tupnąć nogą i mu tę czekoladę zabierze, to dziecko stanie po jej stronie.

Zauważ, że sytuacja „ja i czekolada” została zaśmiecona. Od teraz dziecko, kiedy zobaczy czekoladę, zanim ją zje, to się zastanowi, co na to powie mama?

Proste rzeczy, jak zjedzenie czekolady z tatą, proste relacje, jak ta z kolegą, który coś głupiego powiedział, zostają zanieczyszczone oczekiwaniami rodzica.

Rodzicu! Strzeż się chrząkania!
Inaczej: chrząkaj sobie, płacz, miej focha, ale jak dziecko pójdzie spać! Twoja żona czy mąż da sobie z tym radę. Dzieciak nie!

Fragment wywiadu pochodzi z książki „Niezwykły rodzic”.

Niezwykły rodzic