Jak być szczęśliwym mimo przeciwności losu? Zaakceptuj to, co masz!

Tajemnica szczęścia tkwi w zaakceptowaniu tego, co mamy. I ujrzeniu w tym cudu. (fot. iStock)

Wszyscy znamy osoby, które mimo ciężkiej choroby lub niepełnosprawności są radosne, a nawet inspirują pozostałych. I takie, które, mając to, o czym inni nawet nie śmią marzyć, zachowują się jak ofiary. Psycholog Rafael Santandreu twierdzi, że tajemnica szczęścia tkwi w zaakceptowaniu tego, co mamy. I ujrzeniu w tym cudu.

Szczęście, radość, miłość – tego najczęściej życzymy sobie i innym. Zwykle łączymy te stany z sytuacjami zewnętrznymi albo z innymi osobami: partner, sukces, dobrobyt. Hiszpański psycholog i terapeuta Rafael Santandreu uparcie przypomina: możesz być szczęśliwy zawsze i wszędzie. „Dla dobrze umeblowanych głów nie istnieje praktycznie żadna poważna przeszkoda w osiąganiu pełni życia” – pisze w książce „Być szczęśliwym na Alasce”. I podpowiada, jak uzyskać stan umysłu, jakim cieszą się ludzie nieporuszeni w obliczu największych dramatów.

Trzy kroki do szczęścia

Lęk, depresja, stres, nieśmiałość i inne stany czy emocje, których tak bardzo nie lubimy, są produktem niewłaściwych procesów umysłowych. Na szczęście te procesy są odwracalne. Metody proponowane przez terapeutę bazują na psychologii poznawczej (kognitywnej). Jesteś gotów zaangażować się, poćwiczyć? No to zaczynamy!

Krok pierwszy: Zwróć się do wnętrza

„Główną przyczyną tego, że my, ludzie, jesteśmy neurotyczni, jest wiara w to, że szczęście leży na zewnątrz. To podstawowy błąd, psujący nam mózg” – tłumaczy Santandreu. Wierzymy, że będziemy szczęśliwi, gdy znajdziemy lepszą pracę, miłość życia, schudniemy, pozbędziemy się jakiejś dolegliwości. Rezultat? Wciąż odkładamy szczęście na później – czasem do ostatnich dni. Tymczasem główne źródło szczęścia znajduje się w naszym wnętrzu. Sprawdź, czy je wykorzystujesz. A konkretnie: jak obchodzisz się z tym, co ci się przydarza. Dręczysz się, bo kolega powiedział ci coś niemiłego? To nie o jego słowa chodzi, tylko o to, co dołożyłeś od siebie. W jaki monolog wewnętrzny się wdałeś? Kolega może nie troszczyć się o twoje samopoczucie, ale ty mógłbyś to zrobić.Krok drugi:

Krok drugi: Naucz się żyć bez obciążeń

Ten krok Santandreu uważa za najtrudniejszy. Zgłaszamy tyle potrzeb, oczekiwań, wymagań! Nie zauważamy, że tak naprawdę mamy wszystkiego pod dostatkiem. Zdaniem Hiszpana za każdą neurozą kryje się trudność w uwolnieniu się od wymyślonej potrzeby. Jeśli przestaniesz obstawać przy tym, że musisz coś mieć, by odczuć zadowolenie – dobre samopoczucie może pojawić się od ręki, w sposób całkiem naturalny.

„Najszczęśliwsze osoby to te, które mocno ograniczyły swoje potrzeby” – twierdzi Santandreu. I prezentuje piramidę wyrzeczeń. Chodzi o pięć kluczowych dóbr, które zwykło się uważać za niezbędne. Pierwsze: jak by to było, gdybyś gotów był zrezygnować z bezpieczeństwa ekonomicznego? Czy możesz wyobrazić sobie, że jesteś szczęśliwy bez pracy i pieniędzy? Oczywiście, gdybyś miał co jeść. Jeśli to niemożliwe, prawdopodobnie będziesz obawiał się utraty pracy i raczej stresował się nią niż cieszył. Dalej może być jeszcze trudniej: kolejne schodki piramidy to potrzeba akceptacji oraz towarzystwa, wygody, spokoju i wreszcie – życia. Tak, nawet ta ostatnia może odpaść – w końcu życie jest szybkim przejściem i nikt nie obiecuje, że będzie trwało długo. „Nie bać się śmierci – to kluczowe, by nie być hipochondrykiem i dobrze znosić stratę ukochanych osób” – tłumaczy psycholog. „Ale także do tego, by żyć z pasją dniem dzisiejszym”.

Krok trzeci: Doceń to, co cię otacza

A naprawdę jest co! Świat to wspaniałe, obfite miejsce i wciąż wydarzają się w nim nadzwyczajne rzeczy. To wielkie szczęście móc ich doświadczać! Tylko czy to dostrzegamy? Kiedy wyjeżdżamy do nieznanych miejsc, zwykle z łatwością przestawiamy się na tryb, który Japończycy nazywają wabi-sabi (polega właśnie na docenianiu otoczenia). Przechadzamy się, obserwując z ciekawością każdy szczegół – nie chcemy niczego uronić. Przystajemy, zachwycamy się, zadziwiamy. Czujemy puls życia. A przecież zdolność takiego odbioru rzeczywistości jest w nas przez cały czas, wystarczy sobie na to pozwolić! Gdyby więc włączyć tryb wabi-sabi w naszym własnym mieście? Po prostu robić wszystko wolniej, skupić się na pięknie. Korzystać z tego, co jest…

Porzuć błędne koło

Mimo że w tytule najnowszej książki Rafaela Santandreu pojawia się Alaska, twierdzi on, że sukces terapii (i każdy rozwój osobisty) można streścić stwierdzeniem „być szczęśliwym na wysypisku”. Chodzi o to, by zrezygnować z tego, co autor nazywa „bezsensownym pragnieniem ciągłego przebywania w raju”. Tak naprawdę również stany emocjonalne, których poszukujemy, są swego rodzaju „rajem utraconym”. Dążąc do nich, często odrzucamy smutek, złość, niepewność i wiele innych emocji, będących nieodłączną częścią życia. A gdyby tak pozwolić im po prostu być? Jeśli spojrzymy na to w ten sposób, odkryjemy, że raj jest wszędzie – wszystko zależy od naszej perspektywy. Czy dżungla jest lepsza albo gorsza od pustyni? Czy możesz spojrzeć na świat, wychodząc poza dotychczasowe filtry, podziały, etykietki? Poza opinie o tym, co dobre i ładne, a co brzydkie iniesłuszne?

Kiedy przyjmiesz, że to, co się przydarza, nie jest żadnym dramatem, zwykle emocja się zmienia. Przestajesz walczyć. Nie chodzi tu nawet o tak zwane pozytywne myślenie, raczej o pewną wewnętrzną argumentację, która sprawia, że wybierasz szczęście. Santandreu nazywa tę technikę „debatą kognitywną”. Składa się ona z dwóch faz. W pierwszej identyfikujesz swoje przywiązania: co uważasz za tak ważne? W drugiej uaktywniasz wyrzeczenie: odrzucasz tę bezsensowną zależność. Czyli uznajesz, że nie musisz mieć tej nagrody, tej obrączki na palcu, tego domu, stanowiska… To nie przeszkadza odczuwać ci szczęścia. Oczywiście wciąż masz prawo do swoich preferencji. Jedynie uwalniasz się od przymusu, presji, zależności.

Tak naprawdę rzecz sprowadza się do prostego ćwiczenia: masz zebrać logiczne argumenty, które przemawiają za byciem szczęśliwym mimo przeciwności. Zawsze jest przecież coś wartościowego do zrobienia, odkrycia. Coś, co cieszy, interesuje, pociąga, intryguje…

Przyjaciel opowiadał mi kiedyś o lekarzu, do którego trafił z powodu poważnej choroby. Usłyszał od niego: „Sprawami, również chorobami, należy się zajmować, nie przejmować”. Do tego samego sprowadza się przesłanie Santandreu. Rób to, co niezbędne, pamiętając o tym, że jeśli nie osiągniesz oczekiwanych rezultatów, świat się nie zawali. Ważne, by nie odpychać żadnego uczucia, które się pojawia. Przyjąć, że można być szczęśliwym nawet z depresją czy lękiem. Że żadna przeciwność nie jest na tyle istotna, by zatruć nam życie.

Jesteśmy wspaniali

Wyobraź sobie, że jesteś szczęśliwy w więzieniu. Albo na wózku inwalidzkim – proponuje Santandreu. Zrób sobie taką wizualizację (co bym robił w takiej sytuacji, z czego czerpałbym radość?), przekonasz się wtedy, że nic nie jest „straszne”, a nasze niedoskonałości nie mają znaczenia. Jeżeli możesz być szczęśliwy za kratkami, dlaczego miałoby to być niemożliwe bez partnerki czy stałej pracy? Zwykle sprawy nie mają aż takiego znaczenia, jakie im nadajemy. Przeżywamy straty i upokorzenia, ponosimy porażki, a życie toczy się dalej. I pewnego dnia się skończy… Nie ma sensu wypierać czegoś, co jest takie naturalne, oczywiste. „Wobec każdego strachu: przed prezentacją w pracy, zagubieniem się w niebezpiecznej dzielnicy Bogoty, w oczekiwaniu na decydujące wyniki badań lekarskich… przyjmijmy ze spokojem pewność, że niedługo będziemy martwi” – zachęca Hiszpan. Nieuchronność śmierci pomaga nam przekierować uwagę na chwilę obecną i doceniać jej wagę.

I jeszcze jedna bardzo ważna rzecz: nie karzmy się za neurotyczne zachowania. Uznajmy: „Tak, czasem jestem nieodporna na niewygody”. „Tak, czasem odczuwam irracjonalny lęk”. I co z tego? Wielu wspaniałych uczonych, artystów i mężów stanu było neurotykami. Odczuwali silne emocje, potrafili pogubić się, zatracić. A mimo to robili swoje. „Wszyscy mamy wady” – uspokaja Rafael Santandreu. „Popełniamy błędy, ale jesteśmy też wspaniali”.