Jak mierzyć się z mrocznym dziedzictwem i po co w ogóle do tego wracać?

Jeśli ktoś mówi z krytyką: "Jesteś taka sama jak matka", warto się zatrzymać i zadać sobie pytanie: "Czy to na pewno o mnie?" (fot. iStock)

Im bardziej zagłębiamy się w historie rodziny, tym większe ryzyko odkrycia niewygodnych tajemnic. Jak mierzyć się z mrocznym dziedzictwem i po co w ogóle do niego wracać – pytamy psychoterapeutkę Ewę Chalimoniuk.

W filmie „Ciemno, prawie noc” Borysa Lankosza główni bohaterowie Alicja i Marcin, muszą mierzyć się z mrocznymi rodzinnymi historiami. Marcin, który bardziej odcina się od przeszłości pyta Alicję: „Jakie to ma znaczenie, jaka komórka jajowa i plemnik były na początku?”. No właśnie – jakie? Jak bardzo rodzinne tajemnice i historie, zwłaszcza mroczne, mają na nas wpływ?

Niestety, nie oglądałam tego filmu, ale na pewno to, jaka komórka jajowa spotkała się z jakim plemnikiem, ma wpływ na nasze życie. Jednak go nie determinuje. Czynnik genetyczny jest istotny i to, jaką spuściznę mamy po przodkach, z jakimi historiami i tajemnicami musimy się mierzyć – też. Nie jest również bez znaczenia, w jakiej kulturze się rodzimy, w jakim bogactwie, jakie wzorce są w naszej rodzinie, bo łatwo się mówi: „chcieć to móc”, ale kobieta w Kambodży czy dziecko w rodzinie alkoholowej mogą sobie wiele rzeczy chcieć, i niewiele z tego będzie wynikać. Jednak żadne mroczne historie, nawet największe traumy, nie zwalniają nas z odpowiedzialności za samych siebie. Czas przeszły warto poznawać, ale nie można go mieszać z teraźniejszością.

Panuje moda na odkrywanie losów przodków, zainteresowanie genealogią rośnie. Im więcej historii z przeszłości poznajemy, tym większe ryzyko, że trafimy na jakąś nieprzyjemną prawdę. Czy są osoby, które na przykład z powodu swojej konstrukcji psychicznej nie powinny zbyt drążyć takich tematów?

Powiedziałabym raczej, że są momenty, kiedy lepiej to poznawanie rodzinnej historii przerwać, bo odkrywamy ją zbyt szybko czy zbyt dużo naraz, a to może budzić dużo lęku lub gniewu. Potem jednak warto do tego wrócić. Natomiast i tak wszystko zależy od tego, co z tą trudną prawdą zrobimy. Czy jeśli dowiemy się, że na przykład ukochany dziadek był szmalcownikiem, to jednoznacznie go potępimy, czy też zadamy sobie trud, by poznać kontekst tej sytuacji? Czy będziemy chcieli się dowiedzieć, czy był pod wpływem jakiejś ideologii, czy może chciał chronić żonę Żydówkę oraz dzieci i oddalić podejrzenia Niemców od swojej rodziny? Potępienia wymaga to, co robił wobec Żydów i za to powinien odpowiadać, ale żeby zrozumieć całe jego życie i to, jakim człowiekiem był, trzeba połączyć wcześniejszy jego obraz z tym, co teraz odkryjemy. Czasami prawda budzi tak duży lęk i jest tak odległa od wyobrażenia o naszej rodzinie, że potrzebujemy przewodnika, kogoś, kto będzie nam w tym odkrywaniu tajemnic rodzinnych towarzyszył. To może być terapeuta, osoba, która jest dla nas autorytetem czy dobry przyjaciel. Ktoś, kto powie, jak to wygląda z jego perspektywy. I kto zada pytania pomocnicze, na przykład: „Jaka była intencja twojego dziadka?”, „Czy to naprawdę był jednoznacznie zły człowiek”. One otworzą przed nami kolejne drzwi.

Co nam to wszystko da?

Jeśli będziemy w stanie zintegrować nowe informacje z dobrymi wspomnieniami o dziadku, to ta trudna prawda nas ubogaci, pozwoli dostrzec, że nie ma ludzi bez cienia, sprawi, że będziemy mieć bardziej dojrzały stosunek do siebie i innych. Szkodzi bowiem zarówno idealizowanie przodków, bo nie da się doścignąć ideału, jak i ich dewaluacja, bo co potem zrobimy, gdy sami postąpimy niemoralnie? A przecież może się tak zdarzyć. Czy siebie potępimy, przekreślimy, czy jednak będziemy w stanie coś naprawić, wytłumaczyć, wziąć odpowiedzialność za siebie, zamiast wypierać się, że na przykład ukradliśmy w pracy notes?

Nie należy dać się przestraszyć, bo wtedy łatwo wejść w rolę kata lub ofiary. Uznać, że mój los jest przesądzony, ludzie już mnie w tym utwierdzili, jestem taki jak ojciec… i zacząć podążać tą drogą. (fot. iStock)

Mroczna prawda o przodkach może też wywołać w nas lęk przed tym, że ten mrok jest też w nas. Przypomina mi się historia piłkarza Kuby Błaszczykowskiego. Jego ojciec zabił jego matkę. Mały Kuba słyszał potem, jak ludzie w jego wiosce prorokowali, że skończy tak samo jak ojciec.

Takimi ocenami wyrządza się wielkie krzywdy. Nie dość, że ojciec zrobił Kubie wielką krzywdę, to jeszcze otoczenie mu dołożyło. Mogę podejrzewać, jakie ciążyło na nim piętno, że panowała wokół niego atmosfera nieufności. Myślę, że w oczach mieszkańców jego wioski mniej mu uchodziło. Podejrzewam, że gdyby napyskował nauczycielowi, wybił szybę, dał komuś kuksańca, byłby surowiej oceniany niż inny nastolatek. Na szczęście mógł liczyć na wsparcie bliskich krewnych, którzy go kochali i w niego wierzyli. Myślę jednak, że i tak pewnie zadawał sobie pytanie: „Czy nie jestem taki jak ojciec”.

Jak można sobie z takimi wątpliwościami radzić?

Nie należy dać się przestraszyć, bo wtedy łatwo wejść w rolę kata lub ofiary. Uznać, że mój los jest przesądzony, ludzie już mnie w tym utwierdzili, jestem taki jak ojciec… i zacząć podążać tą drogą. Albo z lęku, by się do ojca nie upodobnić, zupełnie nie bronić siebie, pozwalać, by ktoś pluł nam w twarz. Naprawdę nie można dać się ponieść determinizmowi. Naukowo udowodniono, że nie ma dwóch takich samych ludzi na świecie, nie ma drugiego takiego samego kodu genetycznego. Poza genami ojca mamy też geny matki, i jeszcze swoje cechy niepowtarzalne! Jeśli ktoś mówi z krytyką w głosie ‚”jesteś taka sama jak ojciec” czy „Jesteś taka sama jak matka”, warto się zatrzymać i zadać sobie pytanie: „Czy to na pewno o mnie?”. Nawet jeśli przypominamy w czymś swojego przodka, mamy wybór, co z tym zrobimy. Powiedzmy, że ktoś z krewnych zauważa, że jesteśmy tak samo pedantyczni jak nasz tata, który budził w nocy dzieci, żeby ustawiły równo buciki. Ale zamiłowanie do porządku nie musi oznaczać, że będziemy równie okrutni jak ojciec. Pamiętając, jakie jego zachowanie było dla nas trudne, możemy świadomie wybrać, że nie będziemy robić awantury o bałagan czy nieumyty talerz. Nie musimy jednak rezygnować z dążenia do ładu i porządku.

Zdarza się też, że historie rodzinne stanowią dla nas usprawiedliwienie, na przykład mężczyzna zdradza żonę i tłumaczy to tym, że wszyscy w jego rodzinie byli kobieciarzami.

Nie wiem, czy ten mężczyzna rzeczywiście dostał w genach większy seksualny temperament, czy może raczej przekazywane z pokolenia na pokolenie przyzwolenie. „Nie musisz się z kobietą liczyć”. Jednak niezależnie od tego, ciągle jeszcze ma wybór, wolną wolę. Wielu mężczyzn, których ojcowie byli niewierni, właśnie dlatego nie zdradza żon, bo wiedzą, jak to bolało ich samych i ich matki. Tłumaczenie niewierności zachowaniami przodków jest jedynie próbą zwolnienia siebie z odpowiedzialności za to, że się robi świństwo bliskiej osobie. Natomiast czymś innym jest szukanie u przodków zrozumienia naszych obecnych problemów z intencją ich rozwiązania. Jeśli czujemy, że nam coś w życiu zgrzyta. gdy ciężko nam ze sobą lub innym z nami, mamy jakieś ograniczenia – wtedy warto poznać swoją historię. Jeśli na przykład nie może liczyć i musi za wszystko brać odpowiedzialność – niech się dowie, jak kiedyś wyglądały związki w jej rodzinie. Może okaże się, że żadna z przodkiń na przestrzeni ostatniego stulecia nie miała się na kim oprzeć.

Tylko co nam to da, że sobie powiemy: „To teraz już rozumiem, dlaczego mi się w związku nie układa”?

Warto pójść dalej i zastanowić się, dlaczego te kobiety brały na siebie całą odpowiedzialność. Może 100 lat temu prababcia musiała sobie sama radzić, bo pradziadek zginął na froncie. A potem jej córka, która nie miała wzorca mężczyzny i nie wiedziała, czego może od niego oczekiwać, weszła w związek z taką samą nieumiejętnością brania czegokolwiek od partnera. Albo wybuchła kolejna wojna i ona też straciła męża. Przekonanie, że kobiety muszą sobie same ze wszystkim radzić, utrwalało się i kolejne kobiety nie mówiły partnerom o swoich oczekiwaniach, tylko skrycie marzyły, by oni się wszystkiego domyślili.

Mężczyźni z kolei uznawali, że partnerki niczego od nich nie potrzebują i się wycofywali.

Właśnie. Jeśli zaczynamy rozumieć ten wzorzec i dostrzeżemy, że żyjemy już w innej rzeczywistości, niż żyła prababcia czy babcia – możemy go zmienić. Zacząć musimy jednak od siebie – od nauki rozpoznawania swoich potrzeb i komunikowania ich bez pretensji. Zamiast żyć czasem przeszłym i zwalać wszystko na dziedzictwo, możemy zdobyć się na odwagę i sprawdzić, z jakim mężczyzną żyjemy. Przekonać się, czy jeśli go poprosimy: „Odśnież mój samochód” lub „Kup mi kwiaty”, on to zrobi, czy wymyśli pięć powodów, dla których to nie będzie możliwe. Kiedy staniemy w prawdzie, będziemy mogły podjąć świadomą decyzję, czy chcemy nadal być z nim, czy wolimy szukać partnera, na którego można liczyć. Czy nadal będziemy tylko narzekać, czy zaczniemy mówić o swoich potrzebach.

Czyli poznacie historii przodków może pomóc nam poprawić obecne relacje?

Oczywiście. Dzięki temu możemy lepiej zrozumieć intencje krewnych, nie oceniać ich pochopnie. Wyobraźmy sobie, że czeka nas operacja, która – jak każda operacja – może się źle skończyć. Próbujemy porozmawiać z bliskimi o naszych lękach, a wszyscy wokół mówią: „Będzie dobrze”, „Nawet o tym nie myśl!”. Z jednej strony trochę pocieszają i dodają sił, a z drugiej nie pozwalają nam mówić o tym, że się boimy. I zostajemy z tym sami, bo jak o tym wszystkim nie myśleć?! Wtedy warto dowiedzieć się, co tak strasznego wydarzyło się w naszej rodzinie, jakie choroby czy śmierci były tak trudne do przeżycia, że teraz bliscy nie są w stanie towarzyszyć nam w naszym lęku. Czy może to tylko ich osobista postawa wobec zagrożenia życia? Warto to wiedzieć i o tym rozmawiać. Dzięki temu nie będziemy czuli się tak bardzo opuszczeni.

Trudno mierzyć się nie tylko z dziedzictwem, które nas przeraża, ale też z takim, które nas przerasta. Co robić, gdy niemal wszyscy przodkowie cieszyli się dużym szacunkiem otoczenia – byli profesorami, lekarzami, prawnikami, naukowcami, zdobywali nagrody, walczyli o wolność, a my poszliśmy zupełnie inną drogą, nie mamy wielkich osiągnięć i czujemy się jak czarna owca?

Należałoby zadać pytanie, czy kiedy byliśmy dziećmi, dorośli pozwalali nam rozwinąć skrzydła, czy wywierali presję, żebyśmy szli wytoczoną przez przodków drogą, a gdy tego nie robiliśmy – wysyłali komunikat, że są zawieszeni. Wiele zależy od tego, czy nasza rodzina była otwarta na inność i tolerancyjna i czy tacy byli rówieśnicy oraz inne znaczące osoby w naszym życiu. Na poczucie własnej wartości bardzo duży wpływ ma otoczenie. Jeśli wychowujemy się w środowisku, w którym „inne” nie znaczy „złe”, jest wartością, bo uczy i ubogaca – to łatwiej nam pójść własną drogą. Natomiast jeśli otoczenie jest oceniające, sami też zaczynamy dla siebie tacy być. Nawet jeśli krewni nas nie krytykują, to my widzimy ich postawę wobec świata i ona staje się częścią naszego superego, naszej samooceny. Mamy potem w sobie konflikt między tym, jacy chcemy być, i tym, co mówi nasz wewnętrzny krytyk.

Jak sobie potem z tym wszystkim poradzić? Czy zawsze wymaga to pomocy profesjonalisty?

Czasem jest to trudne, ale można to zrobić i bez terapeuty. Mamy książki, filmy, przyjaciół… Starajmy się otworzyć na świat, inne opinie, poglądy. Bardzo ważne jest, żeby do naszych dwóch wewnętrznych głosów, które są w konflikcie, dołączył trzeci, który stanie po naszej stronie, stwierdzi: „Co ty opowiadasz?! Nie jesteś leniem! Jesteś zdolny i mądry!”. To wszystko może pomóc nam nabrać tolerancji wobec siebie. Wtedy można być dumnym i z rodzinnego dziedzictwa i z tego, że się ma odwagę iść własną ścieżką.