fbpx

Znów pod jednym dachem – relacje dorosłych dzieci z rodzicami

Znów pod jednym dachem - relacje dorosłych dzieci z rodzicami
Każdy, kto wraca po latach - zanim znów zostanie domownikiem - jest gościem. I musi poznać zasady panujące w domu, zwłaszcza jeśli zechce je zmieniać. (fot. iStock)

Życie nieraz tak się układa, że po latach dorosłości, niezależności i mieszkania z dala od rodziców, wracamy do rodzinnego domu. Niezależnie od tego, czy wymusza to choroba, czy ekonomia – obie strony automatycznie wchodzą w stare role. A to strategia z góry skazana na porażkę, bo przecież wszystko się zmieniło! Jak więc się odnaleźć w takiej sytuacji? Jak zbudować nowe relacje z rodzicami?

Zespół zachodzącego słońca polega na tym, że cyklicznie, zwykle wieczorem, starszy człowiek przechodzi atak niepokoju, drażliwości, dezorientacji, nawet agresji. Zjawisko to, związane z wiekiem, szczególnie nasila się u chorych na Alzheimera lub inną chorobę otępienną. W historii Ady i jej mamy miały miejsce dramatyczne zachody, ale także – jak twierdzi Ada – jej własne, bezcenne wschody słońca.

Idę na balet, a ty zazdrościsz

Ada ma 33 lata, jest najmłodsza z trojga rodzeństwa i to ona zamieszkała z chorą mamą. Dokonała życiowej wolty: wróciła z Warszawy do rodzinnej Częstochowy. Nie miała pracy, męża ani dzieci, więc rodzina zdecydowała, że tak będzie najlepiej. Nie od razu: najpierw nie mogli uwierzyć, że Alzheimer dotknął ich mamę – zadbaną, aktywną, emerytowaną instruktorkę tańca, która nawet jako 70-letnia wdowa miała adoratorów. Kiedy zaczęły się kłopoty z pamięcią i ze zmiennymi nastrojami, pocieszali się, że to normalne w starszym wieku. „Skleroza nie boli” – śmiała się sama Alicja, ale kiedy nie mogła sobie przypomnieć, do czego służy szampon, i założyła biustonosz na bluzkę, wszyscy się naprawdę przestraszyli. Lekarz, testy… i werdykt: Alzheimer.

Utrata pamięci to tylko jeden z objawów, chory bywa agresywny, może stać się niebezpieczny dla siebie i otoczenia, nie kojarzy, że trzeba wyłączyć gaz, zakręcić wodę. Początkowo wystarczała dochodząca opiekunka, lecz pewnego dnia Alicja wyszła z domu, nie zamykając drzwi, i przepadła. Telefonu nie odbierała, bo wyrzuciła go w krzaki. Policja znalazła ją tańczącą w parku, pewną, że ma znowu 20 lat. Po drodze podarowała sprzedawczyni w osiedlowym sklepie wszystko, co miała w torebce. Zrozumieli, że mama nie może mieszkać sama. Tylko z kim? Obaj synowie żonaci, z dziećmi, pracujący od rana do nocy. Co innego córka, z Adą zawsze były kłopoty: w szkole średniej wagarowała, paliła papierosy i trawkę, cudem ukończyła studia. I wciąż brakowało jej pieniędzy, pomysłu na życie też. Na rodzinnej naradzie usłyszała: „Wracaj, siostra do Częstochowy. Zamiast szukać kolejnej beznadziejnej pracy, zaopiekuj się mamą, a my złożymy się na twoją pensję”. Zgodziła się. „Zemszczę się za te lata, kiedy ona miała nade mną władzę” – zażartowała, ale nikt się nie roześmiał.

Kiedy jednak zamieszkała z mamą, ten jej życiowy luz się skończył. Bracia zamartwiali się chorobą, szukali innych diagnoz, a ona wprowadzała to, czego nauczyła się podczas szkolenia dla opiekunów osób chorych na Alzheimera. Wyrysowała na ścianach i podłodze kolorowe strzałki, opatrzyła napisami sprzęty, schowała ostre przedmioty. Powiedziała sobie: „To choroba nieuleczalna, nic na to nie poradzimy. Łatwo nie będzie”. Nie było…

Alicja budziła się w nocy, za dnia wymykała się z mieszkania. Znów policja, szukanie, lęk, czy nie wpadła do wody albo w ręce rabusiów. Ada odkryła, że mama ucieka zawsze w stronę parku. Dlaczego? – Idę na balet – wyjaśniła Alicja. – Mama mnie zapisała, Teresko, a ty zazdrościsz. – Ada zrozumiała, że jej matka wraca w czasy dzieciństwa i bierze ją za swoją siostrę. Powiadomiła sąsiadów, ekspedientki, gospodarza domu, że mama jest chora. Rozdała wszystkim swój numer telefonu. Wszyła w ubrania Alicji dane kontaktowe, jej imię i nazwisko. Zmieniła zamki w drzwiach, by nie dało się otworzyć ich bez klucza od środka. I ułożyła mamie plan dnia: ćwiczenia pamięci, taniec, domowe zajęcia, dużo aktywności dla rak. – Najgorsze było dla mnie to, kiedy siedziała bezmyślnie i kiwała się w fotelu. Wolałam już, jak rozrabiała – wspomina Ada. – Ale kiedy miała lepsze dni, mówiła: „Ty jesteś Ada, moja córeczka!”. I na twarzy miała szczęście, jakbym się dopiero urodziła. Udzielało mi się, to były moje wschody słońca. Prawdziwe.

Teraz Alicja nie poznaje nikogo, nawet siebie w lustrze, ale Ada nie zgadza się z powszechną opinią, że najtrudniejsze jest to, że rodzic chory na Alzheimera czy demencję staje się kimś innym, obcym człowiekiem. – To nie tak – protestuje. – Ona po prostu nie pamięta, kim jest. Ale ja pamiętam.

Jesteś dorosły, nie zamierzam się wtrącać…

Socjologowie nazywają ich „Pokoleniem bumerangów”. To dorosłe dzieci, które wracają do rodzinnego gniazda. Najczęściej skłaniają ich ku temu względy finansowe: trudno samemu utrzymać się z niewielkiej pensji i wynajmować mieszkanie. Ale nie zawsze o to chodzi. Czasem życie tak się układa: po rozstaniu z partnerem, w związku ze zmianą pracy, decydują się na powrót do domu – na jakiś czas, na kilka lat, na zawsze.

Anka wróciła po rozwodzie, po kilkunastu latach życia w innym województwie. Do taty wdowca, który przyjął córkę z otwartymi ramionami. Paweł z kolei powrócił zaraz po studiach, bo dostał dobrą ofertę pracy w rodzinnym mieście. Zamieszkał w domu rodziców „tymczasem”, zanim znajdzie własne M.

– To było dziwne – opowiada – przecież bywałem w domu często, na wszystkie ferie, święta. A teraz, kiedy wróciłem, najbardziej przeraziła mnie wizja mieszkania w dawnym pokoju. Czułem się za duży do tej klitki i tapczanika. Postanowiłem zrobić remont, ale mama była z tego niezadowolona, więc tylko pozrywałem stare plakaty z zespołami i pomalowałem ściany. Nie byłem już Pawełkiem nastolatkiem, ale moi rodzice jakby cofnęli się w czasie. W wielu sprawach oprócz jednej: ojciec zapytał, ile będę dokładał do domowego budżetu, skoro jem, korzystam z energii elektrycznej i tak dalej. Wizja, że kupię sobie auto na raty odpłynęła w dal. Za to mogłem korzystać z samochodu ojca.

Anka po przeprowadzce odetchnęła z ulgą. Tata nie miał nic przeciwko licznym zmianom, które wprowadzała, chwalił każde dzieło kulinarne, namawiał do kontaktów towarzyskich. Za to wziął w swoje ręce jej szczęście i sam zaczął szukać jej odpowiedniego partnera, oczywiście innego niż „ten kretyn, pierwszy mąż”. Finansowo radzili sobie doskonale, bo Anka zarabiała, a tata miał dobrą emeryturę, więc wysoki czynsz i zakupy nowych mebli nie były im straszne. Trudne natomiast stały się wieczory. Tata, przyzwyczajony do kolacji przy telewizorze, najlepiej przy programach informacyjnych, uznał za oczywiste, że Anka też tak lubi. Komentował wszystko, złorzeczył politykom, a prognozę pogody konfrontował na kilku kanałach i przeżywał tak, jakby co najmniej uprawiał pola bawełny.

Anka zaczęła się męczyć. – Głośność nastawiona na ful, bo tata głuchł – wspomina. – Marzyłam, by obejrzeć serial na laptopie albo pogadać ze znajomymi na fejsie. Nie mówiąc o tym, że kolacja o 21 to dla mnie zdecydowanie za późno, a tata szykował ją osobiście i suto. Ale czego się nie robi dla świętego spokoju…

Paweł także inaczej wyobrażał sobie wieczory. U niego – dla odmiany – to mama szykowała kolację i miała wielką radość z tego, że synowi dopisuje apetyt. No i miał to być czas na integrację rodzinną. Mama oczekiwała, że będzie zdawał relację z pracy: jaki szef, czy ładne koleżanki… Ojciec ze szczegółami opowiadał, co robił przez cały dzień. W końcu Paweł poprosił, żeby kolacje jedli bez niego, ale kiedy wróciła pewnego dnia po północy, nazajutrz usłyszał wykład na temat zasad mieszkania pod jednym dachem, sakramentalne: „Jesteś dorosły, nie zamierzam się wtrącać, ale chyba można poinformować… pół nocy człowiek nie śpi”.

Z wygodnictwa nie protestował, kiedy mama wzięła na siebie pranie i prasowanie jego rzeczy. I nawet przed wyjściem do pracy wkładał krawat, żeby nie robić jej przykrości, po czym zdejmował go w windzie. Wreszcie zrozumiał, że zachowuje się jak dzieciak: nie zaprasza kolegów, bo hałasują w nocy, ani koleżanek, bo mama lustruje je z góry do dołu. Dotarło do niego, że też przeszkadza swoim rodzicom. Ostateczni oznajmił im, że chce się wyprowadzić i ku jego zdziwieniu nie protestowali, a nawet obiecali dołożyć się do zakupu kawalerki.

Ance puściły nerwy, kiedy tata kupił jej kostium według swojego gustu. – Usłyszał, że nie chcę tego kostiumu, tak samo jak wieczorów z telewizją i swatów. I jeśli on chce, żebym została z nim w mieszkaniu, musi to uszanować – opowiada. Tata zaskoczył ją po raz kolejny. – Czemu od razu nie powiedziałaś? – zapytał. – Już jestem okropnie zmęczony tym dbaniem o ciebie, ale nie chciałem robić ci przykrości.

Rozmowa z psychoterapeutką Iwoną Dąbrowską

Kim jest dorosły człowiek, który wraca do rodzinnego domu?

Gościem. Każdy, kto wraca po latach, zanim znów zostanie domownikiem, jest gościem. I musi poznać zasady panujące w domu, zwłaszcza jeśli zechce je zmieniać. Do tego bardzo się przydaje cecha, która wielcy myśliciele tego świata określają współodczuwaniem, i jest to coś więcej niż empatia.

Współodczuwanie oznacza zrozumienie dla tego, co ktoś czuje, i pomaganie mu w tym – przez radość. Z tym że chodzi o radość w dużo szerszym znaczeniu niż potoczne. Oznacza to dawanie nadziei, pogodę ducha, pozytywne nastawienie do świata i nade wszystko opiekę przez duże „O”.

Dorosły człowiek wraca do rodzinnego domu, przekonany, że wszystko już zna… Jednak okazuje się, że nie do końca. Co się zmieniło?

Wszystko, bo przeminęło jedno pokolenie. Rodzice zostawili za sobą młodość, weszli w późną dojrzałość. Stali się ludźmi inaczej patrzącymi, inaczej funkcjonującymi. My z dzieci staliśmy się dorosłymi osobami. Wracając, trzeba mieć świadomość, że już nie będzie tak samo jak przedtem… Spotykamy się w zupełnie nowych rolach, a zachowujemy, jakbyśmy nie wyszli ze starych. Tak jakby życie było mieszkaniem z pokojami ustawionymi szeregowo i przechodząc do kolejnego pomieszczenia – i my i rodzice – zabieralibyśmy bagaż doświadczeń, swoje przekonania, a zarazem próbowaliśmy zachowywać się tak samo. Niestety, to nie wychodzi i nie wyjdzie – bo i my się zmieniliśmy i nasze otoczenie. Patrzymy na rodziców i myślimy: „Boże, to ja za 20 lat. Ja tak nie chcę: wolę się zatrzymać albo wrócić”. Tymczasem to niemożliwe.

Może dlatego dorośli nie chcą mieszkać w swoich dawnych dziecinnych pokojach lub robią remonty…

To materialny wyraz tego, o czym mówimy: wracamy, ale już nie do tej dawnej roli, bo nie chcemy wrócić do zależności i relacji, w której byliśmy, kiedy mieszkaliśmy w dziecinnym pokoju. Przybywamy z innego etapu, niż wychodziliśmy – jako inne osoby. A to, co zastajemy, budzi nasz lęk, bo ludzie boją się starości i właściwie nie wiedzą, jak sobie z nią poradzić. Naprawdę łatwiej będzie, jeśli damy przyzwolenie na starość: sobie i rodzicom, do których wróciliśmy. Zwłaszcza że im jest trudniej wprowadzić zmiany, i dlatego częściej nie odpuszczają swojej dawnej roli.

Zatem co zrobić, jeśli wspólne mieszkanie to konieczność?

Ponazywać rzeczy. Powiedzieć: „Tato, spójrz na metrykę, mam tyle lat. Fajnie, że się o mnie troszczysz, ale jak będę potrzebowała pomocy, to cię o nią poproszę”. Należy swoje potrzeby komunikować, bo rodzice nie muszą wiedzieć, że one w ogóle istnieją, na przykład: „Mamo, potrzebuję wyjechać” albo: „Zapraszam gości, chce, aby byli do dwunastej. Postaramy się nie być za głośno, żeby nie przeszkadzać ci w spaniu”. Bardzo ważne jest też odczytanie i zrozumienie potrzeb rodzica, bo one również się zmieniły – pewnie potrzebuje więcej ciszy, snu, ale i rozmowy, zajęcia, zaopiekowania się nim.

Powrót do domu często wiąże się z chorobą, zniedołężeniem, potrzebą opieki. Wówczas następuje odwrócenie ról i to dziecko staje się rodzicem.

Nie odwracajmy ról. Dziecko jest dzieckiem, a rodzic rodzicem do końca, bez względu na stan świadomości czy choroby i wiek. Jeśli dziecko podejmuje się opieki nad chorym czy starym rodzicem, to staje się opiekunem, ale pozostaje synem czy córką. Należy unikać sformułować przypominających dialog z dzieckiem. Zamiast: „Musisz to zjeść, tatusiu. Włóż ciepłe kalesony…”, lepiej powiedzieć: „Tato martwię się, że nie jesz, pomóż, powiedz, co lubisz. Co byś chciał zjeść?”.

Kiedy dziecko wchodzi w rolę matki czy ojca, jest to dla obu stron niekorzystne – rodzica ubezwłasnowalnia, odbiera mu doświadczenie, powagę; w dziecku budzi frustrację, prowadzi do depresji. Opiekun to ktoś, kto ma przestrzeń dla siebie, dla przyjaciół, zainteresowań, kto potrafi odpocząć. Rodzic cały swój czas oddaje dziecku. Opiekun organizuje czas podopiecznemu, ale daje mu przyzwolenie na pozostanie sobą, a dla niego samego opieka to zajęcie, dzięki któremu czuje się potrzebny. Rodzic wychowuje. Relacja opiekuńcza pozwala czerpać radość i dobro z tej sytuacji.

Degradacja bliskiej osoby jest bolesna, jak czerpać z tego dobro?

Bo działa zasada: „dajesz, a otrzymujesz o wiele więcej”, która faktycznie ma się nijak do praw matematyki, ale jednak obowiązuje… Będąc obok chorego, stajemy się uważni, uczymy się pokory, szacunku, budujemy nową relację. Przeformatowujemy swój system wartości, a nawet pewne cechy własnej osobowości. Jeśli – jak mówiłyśmy – współodczuwamy, zaczynamy poznawać świat oczami chorego i znajdujemy w nim coś dobrego. Oczywiście, pod warunkiem że będziemy działać, nie rozpamiętywać, radzić sobie z sytuacją, ale też pamiętać o sobie – dojrzałej osobie, która ma potrzeby, pasje, określone zwyczaje. Jeśli zrobimy z siebie pokutników narzekających na los, to, niestety, będzie tylko trudniej.

Pokonać lęk i dopuścić radość – to przepis na to, by znowu dobrze żyć pod jednym dachem?

Tak, bo w życiu, jak mówi bajka o aniołach – wszystko się dzieje po coś i nie wszystko jest takie, jak wygląda. Dlatego unikajmy oceny innych, uczmy się współodczuwać, a radość przyjdzie sama. Taka jest recepta dla tych, którzy podejmują trud opieki nad rodzicami – warto ją wykupić.

 

Iwona Dąbrowska – psycholog, certyfikowany psychoterapeuta poznawczo-behawioralny, pedagog, terapeuta integracji sensorycznej, www.poza-schematami.pl

 

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
?>