Pracując z wrogiem

fot. iStock

Zostałam asystentką prowadzącej telewizyjny show. Za relację z toksyczną szefową zapłaciłam chorobą.

Uważaj na nią, wykończyła trzy asystentki – usłyszałam w studio, kiedy gwiazda przyjęła mnie do show. „Radzisz sobie w pożarach, sporo się przy mnie nauczysz” – błysnęła uśmiechem i zaproponowała niezłą stawkę. Zakres obowiązków? Płynny. Research, rezerwacje hoteli, catering dla szefowej, manewry jej grafikiem tak, by nie kolidował z życiem osobistym.

Okres ochronny

„Mów mi po imieniu – zaproponowała. Czułam się wyróżniona, gdy zwierzała mi się z kłopotów osobistych. Szybko wiedziała o mnie tyle, ile przyjaciółki.

Na planie zniechęciła do mnie część ekipy – byłam jej pupilką. Inni nie mieli immunitetu. Do mnie mówiła o nich: „Ciota, wieloryb, down”. A przy kolacji fundowała im chardonnay: „Wiem, nie jestem łatwa – ćwierkała – ale, kochani, razem jesteśmy na medal”. Nie wiedziałam, czy bardziej przeraża mnie, jak manipuluje ludźmi, czy to, że odizolowała mnie od ekipy. Potrzebowałam jednak tej pracy i tej pensji.

Jadowita przyjaciółka

Taryfa ulgowa skończyła się bez zapowiedzi. „Zrób coś, nie będę spała w tej norze bez widoku na jezioro” – wysłała mi SMS, choć stałam w hotelu dwa metry od niej. Wieczorem przysiadłam się do niej w barze. „Czy ja szukam towarzystwa?” – syknęła. W nocy robiłam rachunek sumienia. Lojalność? Absolutna. Dyspozycyjność? Całą dobę. Komórkę zabierałam nawet do łazienki. Zakres obowiązków stawał się coraz bardziej płynny. Z czasem wymieniałam żwirek w kuwecie jej kota. Bonusy? Wieczorne telefony, żeby „pogadać o życiu”, czyli o współpracownikach. Czasem prezent: poplamiona markowa torebka. I zapewnienia: „Zrobimy razem jeszcze niejeden program”, co było o tyle ważne, że w sezonie kilka osób wyleciało bądź same odeszły, wykończone. Jednego dnia była „przyjaciółką”, innego kąsała. Albo zastawiała pułapkę. Raz wysłała mejl do pracowników, zmieniając godzinę kolegium. Mnie nie poinformowała. „Zebranie już było” – usłyszałam.

Pod koniec sezonu do ostatniej chwili trzymała mnie w niepewności, czy będziemy dalej pracować. Rezygnowałam z wakacyjnych planów, bo nie wiedziałam, czy nie będę bezrobotna. A gdy już pozwoliła na krótki urlop, rzuciłam się jej na szyję z radości. Wyjechaliśmy z mężem, ale ona bombardowała mnie telefonami, wymyślając absurdalne zadania i co kilka godzin sprawdzając, czy je wykonałam.

Ja? Nie istnieję

Bałam się chodzić do pracy, jeszcze bardziej – ją stracić. Odezwała się arytmia serca, od miesięcy nie miałam okresu. Lekarz stwierdził zaburzenia hormonalne przez stres. „Jeśli nie stanie pani na nogi, można zapomnieć o ciąży”. Zasypiałam i zrywałam się z myślą o szefowej. „Poczytaj o mobbingu w pracy” – namawiała siostra. Poszperałam w sieci. Naczelna rada: „Nie daj się zastraszyć, rozmawiaj o obowiązkach z pozycji dorosłego, a nie przerażonego dziecka”.

Spróbowałam. Podpisywałam za szefową faktury. Raz zamówiła do pokoju szampana za 400 zł. „Opisz, że to kolacja z gośćmi programu” – usłyszałam. „To nieetyczne” – odważyłam się. „Ta praca to twoje być albo nie być. Postaram się, żebyś nie znalazła nowej”. Ta groźba była silniejsza niż mój rozsądek. W końcu wylądowałam na ostrym dyżurze z migotaniem przedsionków. I… chciałam odłączyć kroplówkę i wracać do pracy.

W szpitalu uzmysłowiłam sobie, że „ja” nie istnieję. Lekarz polecił mi terapię dla ofiar mobbingu i namówił na zwolnienie. Chcę odzyskać poczucie, że zawodowo coś znaczę. Pracuję nad asertywnością, stawianiem granic. Rozsyłam CV. Wiem, że szefowa ma już nową asystentkę.