Jak rozprawić się z wewnętrznym nieprzyjacielem?

Zanim zaczniemy walczyć z toksycznymi relacjami, warto rozprawić się z naszym wewnętrznym nieprzyjacielem. (Fot. iStock)

Nikt nie jest wobec nas bardziej surowy niż my sami. A przecież jeśli sami nie będziemy się dobrze traktować, to jak mamy spodziewać się szacunku i miłości od innych? Psycholożka Hanna Samson radzi, by zanim zaczniemy tropić wrogów na zewnątrz, rozprawić się z naszym wewnętrznym nieprzyjacielem.

Bywa, że mam ochotę zatkać sobie uszy. Ktoś mówi, a ja nie chcę słuchać. Nie chodzi o to, że nie interesuje mnie czyjaś historia, ale o sposób, w jaki ten ktoś traktuje siebie. Na przykład Ala, lat 43, w trakcie rozwodu, opowiada o swoich przeżyciach: – I znowu weszłam w rolę ofiary. Zachowałam się jak debilka. On zaczął mi dowalać, a ja nic, stałam jak gamoń. No to on jeszcze bardziej. Że nawet dziecka nie umiem wychować, Szymek znowu ma problemy w szkole, mogłam mu powiedzieć, że to też jego syn, a zamiast tego zaczęłam się tłumaczyć, że pracuję i nie mogłam dopilnować, to on jeszcze mocniej mi dowalił, że odbierze mi prawa rodzicielskie, bo jestem złą matką i w sądzie żadne tłumaczenia mi nie pomogą, a mnie zatkało jak kretynkę i on mi dalej dowalał… – On chyba nie jest w stanie ci dowalić tak, jak ty sama – chciałam, żeby się na chwilę zatrzymała. – Co ja sama…? – Dowalasz sobie. – Przecież ja tylko opowiadam, jak on mi dowala, a ja nie potrafię się obronić, jestem niewyuczalna, stoję jak debilka…
– wróciła do swojej wyliczanki. – No nie! – tym razem to nie ja musiałam interweniować, inna uczestniczka grupy także miała już dość wywodów Ali. – Ofiara, gamoń, debilka, kretynka, jak jeszcze chcesz sobie dowalić? – zapytała.

Ala nie rozumie, o co nam chodzi. – Przecież ja mówię tylko, jak było. Chyba mam prawo opowiedzieć o sobie? On mnie zaatakował, a ja jak zwykle stałam jak… – Stop! – udało mi się przerwać w porę. – Opowiedz to samo, ale bez oceniania siebie. Nie używaj tych wszystkich epitetów, spróbuj stanąć po swojej stronie.

Dla Ali nie jest to łatwe. Jej Wewnętrzny Krytyk/Sabotażysta/Dowalacz (jaką nazwę kto woli) nigdy nie próżnuje. Ala nie widzi tego, co robi dobrze, co jej się udaje, z czego mogłaby być zadowolona, liczy się tylko to, co jej nie wychodzi. Oskarża siebie, karze, z każdej sytuacji wynika niezbicie, że jest nie taka, jak trzeba.

Marta, lat 37, zdradzona przez partnera, długo nie była w stanie się z tym uporać. Gdy dowiedziała się o zdradzie, a właściwie zobaczyła esemesy, które świadczyły o tym, że partner ma ciepłą relację z inną kobietą, kazała mu się natychmiast wyprowadzić. Wyprowadził się do rodziców, przekonywał, że do zdrady nie doszło, ale Marta wiedziała swoje. Po kilku miesiącach jego starań pozwoliła mu jednak wrócić i wszystko niby jest dobrze, a nawet lepiej niż było, ale Marta nie umie pogodzić się z sytuacją. – Jak ja mogłam pozwolić mu wrócić! Nie mam honoru! Inna kobieta na moim miejscu nie chciałaby już z nim być! – wciąż powtarza. – Pewnie są takie, które by nie chciały i takie, które by chciały. Ty chcesz z nim być? – pytam. – Chcę, ale nie powinnam. Powinnam mieć więcej godności. – A może to jest zdolność wybaczania, a nie brak godności? Może go kochasz i dlatego chcesz z nim być? – pytam dalej. – Powinnam być konsekwentna, nie powinnam się zgadzać na powrót. Jestem beznadziejna, nie potrafię sprostać własnym zasadom. – Myślisz, że sztywne trzymanie się zasad jest lepsze niż elastyczność? Niż uwzględnianie własnych uczuć?

Marta ma wiele zasad i żyje zgodnie z nimi. Na przykład nigdy nie spóźniła się do pracy, choć dojeżdża z daleka, bo wychodzi z domu z półgodzinnym zapasem na nieprzewidziane zdarzenia. Nigdy nie była na zwolnieniu lekarskim, bo ogólnie jest zdrowa, a nawet gdy jest chora, to daje radę. Nie ma dla siebie taryfy ulgowej, więc czemu miałaby ją mieć dla partnera? Nie zgadza się na żadne słabości, a swoją zgodę na jego powrót traktuje jak słabość. – Nienawidzę się za to, że jestem słaba! – wybucha. Marta wie, jaka chce być. Na pewno nie taka jak jej mama. To dlatego tak trzyma się zasad. Każde odstępstwo skutkuje tym, że miesiącami się dręczy. Chciałaby żyć jak dobrze działająca maszyna. – Nie jesteś maszyną, Marta. Masz uczucia, masz możliwości wyboru, z których warto korzystać. Nie jesteś doskonała i nie będziesz, choćbyś się zadręczyła tymi wszystkimi nakazami.

Wiele czasu minęło, zanim Marta pogodziła się z tym, że nie musi być doskonała. Nim zobaczyła, że między brakiem zasad a kurczowym się ich trzymaniem jest wielkie pole na własne poszukiwania. Że oprócz czerni i bieli są jeszcze inne kolory. Nim zaczęła traktować się z życzliwością, a nie jak kontrolerka z urzędu skarbowego, która liczy każdą złotówkę, bo nic nie wolno roztrwonić. Nim znów zaczęła się cieszyć swoim związkiem, a nie cierpieć z powodu słabości.

Imię prawdę ci powie

Pamiętacie indiańskie imiona z westernów oglądanych w dzieciństwie? Na przykład Sokole Oko. Albo Rącza Strzała. Można się z nich sporo dowiedzieć o człowieku, który je nosi. Indiańskie imiona tworzy się na kilka sposobów. Na przykład Biegnąca z Wilkami. Ale też Ta, Która Się Nie Poddaje; Ten, Który Mierzy Wysoko; Ta, Która Drąży Skałę. Czasem proszę uczestniczki i uczestników warsztatów, aby nadali sobie indiańskie imię. Takie, które określa to, co najważniejsze – w nich, w ich sposobie istnienia w świecie, w relacjach z ludźmi, w stylu działania. Mężczyźni zwykle starają się uchwycić swoje mocne strony. Wrażliwy Tygrys. Ten, Który Walczy. Rozważny Strateg. A kobiety? Są wśród nich Mądre Sowy; Oddane Wilczyce; Te, Które Dbają o Świat. Ale dla wielu jest to dobra okazja, żeby spojrzeć na siebie krytycznie. Ujawnić swoje słabe punkty. Wyśmiać siebie. No po prostu dowalić sobie jak Ala. Oto próbka z ostatnich warsztatów: Ta, Która Nie Ogarnia; Ślepa Wrona; Ta, Która Robi Wciąż Te Same Błędy; Nieudolna Łasica; Zaniedbana Estetka.

Sama sobie wilkiem

– Dlaczego nazwałaś siebie Ślepą Wroną? – pytam Monikę, świetnie wyglądającą czterdziestolatkę, matkę dwójki dzieci, właścicielkę dobrze prosperującej firmy. – Bo przez dwa lata nie widziałam, że mąż mnie zdradza, choć robił to niemal na moich oczach. A wrona? Bo jestem czarna i pospolita, mam taką urodę, że nie wyróżniam się w tłumie.

Nieudolna Łasica łasi się do wszystkich, a oni i tak ją odrzucają. Zaniedbana Estetka dba o wszystkich wokół, o to, żeby było ładnie i miło, a nie ma czasu, by zadbać o siebie i sama wygląda jak kocmołuch. O tak! Nikt nam tak nie dowali, jak my same sobie! Jesteśmy w tym mistrzyniami. Warto czasem wsłuchać się w to, co same do siebie mówimy. Dobre myślenie o sobie dodaje nam energii do życia i realizacji marzeń. Jeśli myślimy o sobie źle, nie doceniamy własnych kompetencji i osiągnięć – musimy walczyć o swoje miejsce na świecie. Udowadniać, że na nie zasługujemy. Wiele ocen, które mamy w głowie, niewiele mówi o nas, a znacznie więcej o naszym stosunku do siebie.

Czasem proponuję osobie, z którą pracuję, by porozmawiała ze sobą. Wyobraziła sobie, że naprzeciwko niej siedzi ona sama. Co chce jej powiedzieć? Rzadko padają słowa „jesteś ważna i cenna”, „kocham cię niezależnie od tego, czy zrobiłaś coś dobrze, czy źle”. Znacznie częściej można usłyszeć: „jesteś beznadziejna, bezwartościowa, wstydzę się za ciebie”. To zwykle głos któregoś z naszych rodziców, jeśli nie szczędzili nam takich ocen. Utożsamiamy się z nim, bierzemy go ze sobą na dalszą drogę, znęcamy się nad sobą, nawet kiedy rodzice już tego nie robią. Tak to jest w naszej kulturze, że wychowanie odbywa się głównie przez uogólnione oceny. Jesteśmy porównywani z grzeczniejszymi kolegami, z bardziej elokwentnymi lub zdolnymi. Będąc dziećmi, nie umiemy się przed tym bronić. A potem sami porównujemy się z innymi, żeby na chwilę poczuć swoją wyższość albo żeby sobie dokopać.

Poczucie własnej wartości

W tej rozmowie ze sobą możemy zmienić miejsce i odpowiedzieć na raniące słowa. Powiedzieć sobie, jak czujemy się pod ostrzałem krytyki i niezadowolenia. Odmówić dalszego słuchania tego głosu. Dopuścić inne myśli. „Wcale nie musisz być lepsza od innych. Wystarczy, że jesteś wobec nich w porządku. I wobec samej siebie”. „Taka, jaka jesteś, jesteś ważna i cenna, niezależnie od tego, czy coś ci się udało, czy nie”.

Niedawno wyszło wznowienie ważnej książki Jolanty Brach-Czainy, wspaniałej filozofki dnia codziennego, pt. „Szczeliny istnienia”. Ta książka pomaga uwierzyć w sens i wartość naszego istnienia. W naszą wartość – niezależnie od tego, jacy jesteśmy. Wyrwanie kawałka tekstu pewnie wnosi niewiele, ale i tak chcę się nim podzielić. „Formuła porodu brzmi: niech to, co jest, będzie. Niewiarygodne przesłanie. Każe zapomnieć o cierpieniu, poniechać buntu. Oznacza akceptację wszystkiego, co zdarzyć się może. Wskazuje samo istnienie jako niezachwianą wartość”.

Jesteś wartością, więc traktuj siebie tak, jak na to zasługujesz. Z miłością, akceptacją, szacunkiem. Rozwijaj skrzydła, zamiast sama się dziobać. Ciesz się, że jesteś sobą.