Dajmy sobie prawo do przeżywania smutku

Dajmy sobie prawo do przeżywania smutku
"Akceptuję smutek, akceptuję siebie smutną, bo kocham siebie, także wtedy, gdy jest mi źle." (Fot. iStock)

Różnie go nazywamy: melancholią, nostalgią, chandrą. To stan, kiedy boli nas dusza. Choć zdarza się każdemu, to nie wszyscy potrafimy go dobrze przeżyć. A  to ważne! Odepchnięty, wyparty smutek skumuluje się i  może przerodzić się w  depresję.

To naturalne, że unikamy smutku, ale też całkiem naturalne jest to, że od czasu do czasu nas ogarnia. Psycholodzy nie na darmo przekonują, że każda emocja jest w porządku. Jest komunikatem o  tym, w  jakiej kondycji psychicznej się znajdujemy, co przeżywamy i  jakie jest to dla nas ważne. Smutek często wiąże się ze stratą, z  żalem za czymś, rozczarowaniem kimś lub sobą, poczuciem życiowej pustki czy niemożnością realizacji pragnień, marzeń. Nierzadko jego źródłem jest  poczucie niespełnienia, które wynika z  oczekiwań stawianych wobec świata i  innych ludzi.

Szukając szczęścia na zewnątrz, a  nie w  nas samych, nie unikniemy rozczarowań. A  co się z  tym wiąże –  uczucia smutku. Konfrontując się ze smutkiem, poznamy jego przyczynę, a  ta, zrozumiana i  opłakana, uwolni nas od jego odczuwania.

Smutek niejedno ma imię. Co innego gorszy dzień, chwilowa chandra, gorsze samopoczucie, które każdemu z  nas się zdarza, a  co innego smutek bliski rozpaczy. Gdy mamy tzw. doła, trudno o  hurraoptymizm, o  pozytywne myślenie – przeciwnie, najchętniej zaszyłybyśmy się w  jaskini albo przynajmniej na kanapie pod ciepłym kocem, udając, że nie ma nas albo nie ma świata. Niektórzy lubią „dołować” się jeszcze bardziej, by ta przykra emocja wybrzmiała do końca. Ale smutek często towarzyszy nam, gdy z  jakiegoś ważnego powodu jesteśmy nieszczęśliwe – trudno nie być, gdy odejdzie ktoś bliski albo stracimy źródło dochodu, gdy cierpi nasz przyjaciel lub jesteśmy świadkami czyjegoś nieszczęścia. Smutek trzeba przyjąć, zaakceptować, przeżyć. I  choć jego przyczyna może tkwić na zewnątrz (wydarzenie, zachowanie innych ludzi), rozwiązania poszukajmy w sobie. Bo to my tym zdarzeniom nadajemy znaczenie.

Wzorem św. Tomasza

Tomasz z  Akwinu, średniowieczny filozof i  teolog, który uważał rozum za zarządcę duszy, podawał pięć sposobów na smutek:

1. sprawić sobie przyjemność (byle godziwą),
2. wypłakać się,
3. porozmawiać z  przyjacielem,
4. kontemplować prawdę (choć to może być trudne),
5. kąpiel i  sen.

Te średniowieczne sposoby znakomicie sprawdzą się i  dziś, albowiem trudno nie zgodzić się z  filozofem, że „przyjemność w  stosunku do smutku ma się tak, jak spokój czy odpoczynek do zmęczenia”, albo też że „każda przykrość, którą człowiek zamyka w  sobie, bardziej go boli, gdyż wzmaga uwagę na jego przedmiot”. Także dzielenie smutku z  kimś bliskim sprawia, że ten ciężar jest mniejszy, łatwiej go nieść. Ponadto, jak trafnie zauważa średniowieczny myśliciel, „ten, komu przyjaciele współczują, ma świadomość, że jest kochany przez nich, a  taka świadomość jest przyjemna. Skoro więc każda przyjemność łagodzi smutek, to jasne, że także współczucie przyjaciół łagodzi go”.

Ogromnie ważna jest „kontemplacja prawdy” – konfrontacja z  przyczyną smutku – bywa niekomfortowa, spychana w  niebyt, ale jeśli nie poznamy i nie zaakceptujemy powodu – smutek zostanie jedynie zamieciony pod dywan i kiedyś powróci ze zdwojoną siłą.

Dlatego nie walcz ze smutkiem, ale go przyjmij i  zaakceptuj. Pomoże ci następująca sekwencja: „Akceptuję smutek, akceptuję siebie smutną, bo kocham siebie, także wtedy, gdy jest mi źle. Przyjmuję, nie oceniam. Nie odrzucam siebie smutnej”. Powiedz te kilka zdań do siebie z  prawdziwą troską i  współczuciem. Jeśli wyzwoli to w  tobie jeszcze większy smutek, żal – to po prostu pobądź z  tym. Płacz, nie wahaj się – łzy naprawdę przynoszą ulgę.

Bajka terapeutyczna o zasmuconym smutku

Po piaszczystej drodze szła niziutka staruszka. Chociaż była już bardzo stara, to jednak szła tanecznym krokiem, a  uśmiech na jej twarzy był tak promienny, jak uśmiech młodej, szczęśliwej dziewczyny.

Nagle dostrzegła przed sobą jakąś postać. Na drodze ktoś siedział, ale był tak skulony, że prawie zlewał się z piaskiem. Staruszka zatrzymała się, nachyliła nad niemal bezcielesną istotą i  zapytała: „Kim jesteś?”. Ciężkie powieki z  trudem odsłoniły zmęczone oczy, a  blade wargi wyszeptały: „Ja…? Nazywają mnie Smutkiem”.

„Ach, Smutek!” – zawołała staruszka z  taką radością, jakby spotkała dobrego znajomego.

„Znasz mnie?” – zapytał Smutek niedowierzająco. „Oczywiście, przecież niejeden raz towarzyszyłeś mi w  mojej wędrówce”. „Tak sądzisz?” – zdziwił się Smutek – „To dlaczego nie uciekasz przede mną? Nie boisz się?”. „A  dlaczego miałabym przed tobą uciekać, mój miły? Przecież dobrze wiesz, że potrafisz dogonić każdego, kto przed tobą ucieka. Ale powiedz mi, proszę, dlaczego jesteś taki markotny”. „Ja… jestem smutny” – odpowiedział Smutek łamiącym się głosem. Staruszka usiadła obok niego. „Smutny jesteś…” – powiedziała i  ze zrozumieniem pokiwała głową. – „A  co cię tak bardzo zasmuciło?”. Smutek westchnął głęboko.

Czy rzeczywiście spotkał kogoś, kto będzie chciał go wysłuchać? Ileż razy już o  tym marzył. „Ach, wiesz…” – zaczął powoli i  z  namysłem – „najgorsze jest to, że nikt mnie nie lubi. Jestem stworzony po to, by spotykać się z  ludźmi i  towarzyszyć im przez pewien czas. Ale gdy tylko do nich przychodzę, oni wzdrygają się z  obrzydzeniem. Boją się mnie jak morowej zarazy”. I  znowu westchnął: „Wiesz, ludzie wynaleźli tyle sposobów, żeby mnie odpędzić. Mówią: tralalala, życie jest wesołe, trzeba się śmiać. A  ich fałszywy śmiech jest przyczyną wrzodów żołądka i  duszności. Mówią: co nie zabije, to wzmocni. I  dostają zawału. Mówią: trzeba tylko umieć się rozerwać. I  rozrywają to, co nigdy nie powinno być rozerwane. Mówią: tylko słabi płaczą. I  zalewają się potokami łez. Albo odurzają się alkoholem i  narkotykami, byle tylko nie czuć mojej obecności”.

„Masz rację” – potwierdziła staruszka. – „Ja też często widuję takich ludzi”.

Smutek jeszcze bardziej się skurczył: „Przecież ja tylko chcę pomóc każdemu człowiekowi. Wtedy gdy jestem przy nim, może spotkać się sam ze sobą. Ja jedynie pomagam zbudować gniazdko, w  którym może leczyć swoje rany. Smutny człowiek jest tak bardzo wrażliwy. Niejedno jego cierpienie podobne jest do źle zagojonej rany, która co pewien czas się otwiera. A  jak to boli! Przecież wiesz, że dopiero wtedy, gdy człowiek pogodzi się ze smutkiem i  wypłacze wszystkie wstrzymywane łzy, może naprawdę wyleczyć swoje rany. Ale ludzie nie chcą, żebym im pomagał. Wolą zasłaniać swoje blizny fałszywym uśmiechem. Albo zakładać gruby pancerz zgorzknienia”.

Smutek zamilkł. Po jego smutnej twarzy popłynęły łzy: najpierw pojedyncze, potem zaczęło ich przybywać, aż wreszcie zaniósł się nieutulonym płaczem.

Staruszka serdecznie go objęła i  przytuliła do siebie: „Płacz, płacz, Smutku” – wyszeptała czule. – „Musisz teraz odpocząć, żeby potem znowu nabrać sił. Ale nie powinieneś już dalej wędrować sam. Będę ci zawsze towarzyszyć, a  w  moim towarzystwie zniechęcenie już nigdy cię nie pokona”.

Smutek nagle przestał płakać. Wyprostował się i  ze zdumieniem spojrzał na swoją nową towarzyszkę: „Ale… ale kim ty właściwie jesteś?”.

„Ja?” – zapytała figlarnie staruszka, uśmiechając się przy tym tak beztrosko, jak tylko małe dziecko potrafi. – „JA JESTEM NADZIEJA!”.

(Autor anonimowy)

 

Metamorfoza, czyli terapia jednego spotkania
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze