Jak szczęśliwie się zakochać?

fot. iStock

Kto nie lubi być zakochany? Najlepiej z wzajemnością. Bycie w relacji tworzy nową jakość. – Pod warunkiem że nie chcemy w ten sposób wypełnić wewnętrznego deficytu, a zaspokoić rzeczywiste potrzeby – zaznacza psychoterapeuta Mateusz Ostrowski. I choć nie da się zakochać na zawołanie, to jednak w nowym roku możesz zrobić wiele, by otworzyć się na miłość.

Mam takie postanowienie noworoczne, żeby szczęśliwie się zakochać. Co mogę zrobić, żeby je zrealizować?
Czuję się przytłoczony (śmiech)… Pewnie już od kilku tysięcy lat zmagamy się z tym problemem jako gatunek – jak się zakochać i to z wzajemnością. Zatem może ustalmy, że będziemy raczej starać się próbować odpowiedzieć na to pytanie. Pierwsza rzecz, jaka przychodzi mi do głowy, kiedy to słyszę, to że zakochanie się jest poza kontrolą. Projekt partner, projekt małżeństwo z rozsądku – pewnie da się zrealizować, ale zakochanie to nie jest projekt biznesowy… Druga rzecz, ja nie do końca wierzę w postanowienia noworoczne. Zwykle po kilku tygodniach się wywracają, bo tylko jakaś część mnie podejmuje takie postanowienie. Jeśli brak nam wewnętrznego konsensusu, to długo się w tym trybie nie utrzymamy. A zatem kto postanowił, że się zakocha? Ktoś, kto uważa, że trzeba być w relacji, czy ktoś, kto odczuwa rzeczywistą potrzebę?

Chodzi o rzeczywistą potrzebę. Jak mogę wspomóc ten proces?
Pomysłów jest wiele, ale nie mam złudzeń, że znajdziemy jednoznaczne sprawdzone rozwiązanie. Odpowiem może, jak ja to widzę. Otóż bez sensu wydaje mi się szukanie kogoś wymarzonego. Model dwóch połówek jabłka zakłada, że jestem niepełny w jakiś sposób i dopiero drugi człowiek mnie dopełnia. To oznacza pewien deficyt we mnie i rodzi się ryzyko uzależnienia, wejścia w relację jak z dilerem miłości, który ma to, czego mnie brak. Uważam, że warto najpierw nauczyć się wypełniać te odczuwalne braki w sobie. I wtedy jedno pełne jabłko spotyka się z drugim pełnym jabłkiem. Zatem jeśli czegoś szukasz u partnera, to najpierw znajdź to w sobie.

Jak odnaleźć tę pełnię?
Dobrze zacząć od pracy ze swoim wewnętrznym krytykiem, bo on może dużo namieszać. Najpierw będzie mówił, że jestem beznadziejny, brzydki, głupi i inne nieprzyjemne rzeczy, i że wcale nie zasługuję na miłość. Jeśli uporam się z tym, będę mógł bardziej dojrzale spojrzeć na siebie, przestanę starać się dopasować do standardów wewnętrznego krytyka, a dzięki temu nie będę musiał udawać kogoś innego przed inną osobą. Poza tym będę wtedy też bardziej akceptujący dla tej osoby. Będę mógł zobaczyć ją z jej wadami i zaletami, a nie szukać kogoś, kto spełni moje wygórowane wymagania. Szukanie ideału to powszechny problem. Konsumpcyjna natura naszej kultury przenika też do relacji, więc mamy jakby listę wymogów, które powinien spełnić partner czy partnerka. Łatwo możemy zacząć zachowywać się jak na zakupach sprzętu AGD – partner jak pralka ma mieć różne funkcje…

Chciałabym się nad tym zatrzymać. Oczywiście partner to nie sprzęt AGD, ale jednak z jakiegoś powodu wybieramy tę, a nie inną osobę.
No pewnie, ale myślę też o zostawieniu sobie takiego marginesu w miłości, że coś mi przeszkadza, ale schodzi to na drugi plan wobec innych zalet partnera. Jestem gotów być z tą osobą, mimo że np. nie sprząta po sobie czy nie ogląda tych samych seriali. Inaczej szukanie partnera może się nigdy nie kończyć. Może stać się poszukiwaniem św. Graala czy polowaniem na yeti, czyli gonieniem za czymś, czego w rzeczywistości nie ma. Wrócę jeszcze do krytyka, bo przepracowanie tego tematu to na pewno duży krok w kierunku miłości, czyli akceptowania siebie takim, jakim się jest, a więc tak samo i innej osoby. Wtedy raczej nie będę chciał jej zmieniać, będę mógł przyjąć ją czy jego takimi, jakimi są. Pamiętajmy, że plany ewentualnej zmiany, którą zakładamy od początku relacji, nie mają nic wspólnego z miłością. Są raczej wyrazem egoistycznej kontroli.

Czy możemy jakoś doprecyzować, gdzie leży ta granica między listą oczekiwań a potrzebami?
Nie potrafię precyzyjnie określić, powiedzieć, co jest realną potrzebą, a co twoim egoistycznym oczekiwaniem. Będziesz to sama wiedzieć, mając kontakt ze swoją pełnią. Wtedy związane z deficytami oczekiwania znikają i zostaje to, co naprawdę jest dla nas ważne. I w tym miejscu można się zastanowić dalej, jak szukać kontaktu z tą pełnią.
Mówimy o miłości, a w większości duchowych ścieżek rozwoju ta pełnia jest tożsama właśnie z miłością. Warto więc zadać sobie pytanie: jak mogę doświadczać miłości? Nawet niekoniecznie w związku. Szukanie odpowiedzi wspomaga każdy rodzaj pracy nad sobą: medytacja, terapia czy praca z ciałem. Ten stan miłości jest gdzieś w nas. Wystarczy pomyśleć o chwili, kiedy miłość przez nas przepływała, kiedy czuliśmy się dobrze sami ze sobą. Ciało i umysł dobrze pamiętają ten stan i czasami odrobina wysiłku pozwoli go poczuć. To doświadczenie miłości nie musi zostać wspomnieniem z przeszłości, mogę mieć do niego dostęp teraz. Czuć miłość do siebie i z tym posagiem wchodzić w relacje.

Miłość do siebie ma złe konotacje…
I szkoda! To jakieś niezrozumienie. Jeśli mam dość miłości w sobie, to się też mogę nią łatwo dzielić. Jeśli widzimy kogoś, kto kocha, akceptuje siebie, jest przez to pełen życia, to aż chce się z kimś takim przebywać. To oczywiście nie daje pewności, że się zakocham, i to z wzajemnością, że będę w relacji, ale zwiększa prawdopodobieństwo takiego rozwoju sytuacji, a na pewno zwiększa mój wewnętrzny komfort.
Inna rzecz, że trzeba sobie zadać jedno pytanie i szczerze na nie odpowiedzieć: czy to aby na pewno jest dobry moment na nową relację? Zdarzają się okresy w życiu, kiedy trudno nam budować relację, bo to jest czas na coś innego. Chociażby po zakończeniu długiego związku potrzeba trochę czasu, żeby to rozstanie naprawdę przetrawić. Formalne zakończenie wcale nie musi oznaczać, że on się naprawdę dla nas zakończył. A może jestem w procesie poważnej zmiany tożsamości, a skoro ja sam nie wiem, kim jestem, to kto wtedy wszedłby w ten nowy związek? Jeśli się akurat przepoczwarzam, to warto to zaakceptować i poczekać, aż ta zmiana się dopełni. Przecież kokon nie wchodzi w relację, trzeba zostać motylem.

Jak więc zostać motylem?
Dodam, że można jeszcze być gąsienicą i też być w relacji. Chodzi mi o to, że na różnych etapach naszego rozwoju wchodzimy w różne relacje. Mam tylko wątpliwość, czy najlepszym rozwiązaniem będzie zaczynanie nowego związku na etapie gruntownej przebudowy. Jeśli na tego motyla spojrzymy jak na symbol kogoś, kto leci w kierunku własnej pełni, to według mnie bycie nim wymaga skontaktowania się z własną miłością, zobaczenia tego, że taki, jaki jestem, jestem w porządku i nic mi tak naprawdę nie brakuje. Czyli miłość i akceptacja, zamiast krytyki i kontroli. I znowu nie chodzi o projekt intelektualny „zostać motylem”, bo to, co się dzieje w głowie, to za mało. To, czego nam potrzeba, to ten wyświechtany, ale jakże prawdziwy kontakt ze sobą. I to się czuje, to się odnajduje w ciele.
W książce „ProcessMind: A User’s Guide to Connecting with the Mind of God” Arnold Mindell opisuje pewną medytację, w której pada pytanie: „Gdzie w twoim ciele mieszka twoje najgłębsze ja?”. Ciało dużo wie, kontakt z ciałem bardzo osadza w teraźniejszości. Dlatego myślę, że praca z ciałem naprawdę pomaga w duchowej przemianie.

Dlaczego bycie tu i teraz jest tak ważne w budowaniu relacji?
Jeżeli utkniemy w wizjach przyszłości, w tym, jaki ma być nasz wymarzony partner czy partnerka, to możemy nie zauważyć kogoś, kto mógłby się okazać ważny. Możemy też odrzucić kogoś tylko dlatego, że z kolei za bardzo przypomina nam postać z przeszłości, więc „znowu będzie tak samo”. Często jest to echo pierwszej czy poprzedniej miłości, ale też oczywiście relacji z rodzicami, bo przecież to jest pierwszy wzorzec, który rzutuje na przyszłość. Im bardziej uświadamiam sobie, kim teraz jestem, kim chcę być w relacji, na czym mi zależy – tym łatwiej mi budować głębokie relacje, zamiast odtwarzać ciągle tę samą rolę.

Jak uwolnić się od takiego schematycznego działania?
Jeśli chcemy się uwolnić od przeszłych wzorców, to można się tym zająć chociażby na psychoterapii. W kwestii wchodzenia w związki pomyślałbym też o pewnych fundamentach postrzegania relacji. Czym one dla nas w ogóle są? I być może zmianie paradygmatów myślenia o nich. Po pierwsze tego romantycznego: o połówce, która szuka uzupełnienia. Po drugie, oceniania relacji w kategoriach: sukces-porażka, bo przy takim myśleniu porażka zawsze czyha za rogiem. Lepiej przeformułować myślenie na takie, że kiedy spotykam drugą osobę, to nie kombinuję od razu, czy to wyjdzie, czy nie wyjdzie, ale nastawiam się na to, co mi ta relacja przynosi, czego się dzięki niej nauczę, czego doświadczę. Między dwojgiem ludzi zachodzi reakcja, która tworzy nową jakość i zmienia tych ludzi. W tym podejściu mam więcej zgody na to, że ta relacja może się kiedyś skończyć.
Mamy tendencję do gloryfikowania początków, widzimy tę magię na starcie, ale nie widzimy jej na końcu. Jeśli więc coś się kończy, to może miało się skończyć? Może ten los, który nas połączył, teraz nas rozłącza? Tak jakby relacja miała własny „termin przydatności do spożycia”, tyle że on nie jest podany na opakowaniu, więc trzeba po prostu próbować.

Łatwo powiedzieć, że trzeba próbować…
Oczywiście trudniej to realizować, bo boimy się zranienia. Mamy za sobą ileś podobnych doświadczeń i już wiemy, że ono może się przydarzyć, więc staramy się kontrolować sytuację, trzymać gardę, żeby było bezpieczniej. To jest strategia obronna, ale takie trzymanie gardy oznacza też, że coś tracimy, blokujemy jakiś przepływ miłości między nami a drugim człowiekiem, relacja na głębszym poziomie nie może się wydarzyć. Z drugiej strony, wrócę znowu do tego, że jeśli jesteśmy w kontakcie ze sobą, ze swoim sercem, to ewentualne zranienie będzie inne. Właściwie może być nawet mniej bolesne, bo jeśli przepuścimy ból przez serce, to on w końcu minie. To podobnie jak z żałobą – czy ją naprawdę przeżywamy, czy zamrażamy się w smutku?

Wszystko sprowadza się do pracy nad sobą. A co z poradami typu: ładnie się ubierz, poczujesz się lepiej?
Nieźle byłoby też od czasu do czasu dokądś wyjść, poznać nowych ludzi, otworzyć się na nową aktywność czy założyć profil na portalu randkowym. To prawda, ale takie działania są wtórne, pierwszoplanowe jest to, kto we mnie te działania podejmuje. Czy ubiorę się ładnie, bo czuję miłość do siebie, chcę się nią dzielić, chcę kogoś spotkać, być z kimś w relacji, czy mam w sobie wielką dziurę i szukam dilera miłości? Oczywiście możesz się ładnie ubrać, najlepiej na czerwono, bo badania pokazują, że to bardziej działa. I pewnie partner się pojawi, pytanie tylko, czy to jest to, o co naprawdę ci chodzi. Wydaje mi się, że dużo ważniejsze jest dotarcie do swoich rzeczywistych potrzeb i pragnień, a potem wzięcie odpowiedzialności za swoją część związku, bez przerabiania partnera, ale i bez naginania się, udawania.

To brzmi pozytywnie: zajmij się sobą, a zwiększysz swoje szanse na prawdziwą miłość.
Jasne, bo oczywiście można narzekać na zły los albo na jakichś złych onych, ale to jest unikanie wzięcia odpowiedzialności za swoje życie. A jeżeli coś chcę zrobić, to mogę zająć się tym swoim jabłkiem. I nie chodzi o to, że dopiero po osiągnięciu pełni będziemy zdolni do związku, bo mogłoby nam życia nie starczyć, ale o pewien ukierunkowany wysiłek. Rozumiem, że może zrodzić się taka obawa, że będę tak skupiony na sobie, samowystarczalny, że już nie będzie miejsca dla drugiej osoby, ale tak nie jest. Potrzeba dzielenia doświadczeń z drugim człowiekiem nie zniknie, bo bycie w relacji oznacza inną jakość.