Jak żyć, żeby chciało nam się kochać? Radzi Katarzyna Miller

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)

Zmęczeni pracą, życiem, a czasem i sobą nawzajem, gonimy za ekscytacją, odmianą, czymś nowym. Szukamy miłości, ale powoli przestajemy w nią wierzyć. Katarzyna Miller przywraca wiarę w to, że „miłości jest tyle, ile trzeba nam”. I tłumaczy, jak niezbędna do kochania jest celebracja życia oraz akceptacja siebie i innych.

Żyjemy w czasach rzeczy jednorazowego użytku. Zamiast naprawiać, wymieniamy na nowe. Rodzi się pokusa, żeby przełożyć to na relacje. Nie masz wrażenia, że w tej materii czasem też zbyt szybko się poddajemy? Wyrzucamy na śmietnik jeszcze całkiem dobrze funkcjonujący związek tylko dlatego, że trochę się zaczął psuć?
Prawda, zbyt szybko się poddajemy – i to w wielu dziedzinach. Moim zdaniem jest to bezpośrednio związane z rodzajem wychowania, jakie nam się funduje. Jesteśmy niecierpliwi, bo nasi rodzice nie byli wobec nas cierpliwi. Nie dawali nam prawa do tego, żebyśmy na przykład bardzo spokojnie i bez pośpiechu nauczyli się zawiązywać sobie sznurówki albo jeść łyżką zupę. Dziecko bez przerwy jest popędzane przez dorosłych. Oczywiście rodzice samych siebie tak popędzają, ale poprzez to popędzają też swoje dzieci. Dlaczego nazywamy nasze czasy szybkimi? Właśnie dlatego. Ciągle słyszę i czytam, że czas tak szybko leci. A gówno prawda! Czas nie biegnie ani szybciej, ani wolniej – to od nas zależy, jak go postrzegamy i co z nim robimy. Jeśli zaczynasz urlop z myślą, że zaraz się skończy, to nic dziwnego, że czas ci pędzi jak szalony. Jeśli idziesz na randkę i nie oddajesz się przyjemności patrzenia na tę drugą osobę i trzymania jej za łapkę, tylko myślisz gorączkowo: „No, ciekawe, czy pójdziemy dziś do łóżka” albo: „Kiedy on mnie wreszcie pocałuje?”, tracisz całą przyjemność tej chwili.

Jak rozumiem, postulujesz o coś, co można nazwać…
… celebracją życia. Rzecz dziś bardzo unikalna. Niektórzy mówią, że celebrują życie w święta, ale nie bardzo chce mi się w to wierzyć – z moich obserwacji wynika, że raczej zapieprzają… Bo najpierw trzeba kupić, potem ugotować, podać, posprzątać, podać następne – gdzie tu jest celebracja? A jak ktoś śpiewa piosenkę „Zamienię ciebie na lepszy model”, to wszyscy się cieszą, i choć przyznaję, jest to zabawny i przyjemny utwór, to jednak też i smutny. Wszyscy zgodziliśmy się na to, że jesteśmy takimi modelami – głównie do oglądania i oceniania: tu za dużo, tu za krótko, a tu nie ten kolor… Ciągle coś trzeba poprawiać i zmieniać.

Koleżanka powiedziała mi ostatnio, że jak słyszy, że jakaś kobieta zmieniła wszystko: wygląd, pracę, a potem partnera – to zaczyna się o nią martwić.
No bo jest w tym przymus uznania dla jej wielkiej zmiany. Wszyscy mają się cieszyć, że schudła i wszyscy mają się cieszyć, że ma nowego faceta. Ale czasami nowy jest gorszy od starego. Taki przykład: jak pomaluję sobie u kosmetyczki brwi, to się cieszę, że nie muszę ich codziennie malować i dzięki temu dobrze wyglądam od rana i mogę zaoszczędzić czas, ale nie spodziewam się, że dzięki nowym brwiom moje życie się odmieni. Po zmianach spodziewajmy się tylko konkretnych rezultatów, nie magii, raczej zadowolenia niż natychmiastowego szczęścia. Więcej dobrego wyniknie z tego, że dzięki temu, że schudłaś, będziesz bardziej zadowolona. W związku z tym zrobisz więcej miłych i dobrych rzeczy i na więcej będziesz miała ochotę. To są realne plusy. Na tym polega zmiana, ale nie na tym, że nagle świat się w tobie zakocha, bo inaczej wyglądasz. Świat może tego nawet nie zauważyć.

Na wspomnianej liście zmian ta dotycząca partnera była przedstawiona niczym jeden z porządków, jakie możesz zrobić w swoim życiu, tak jak przemeblowanie mieszkania. Trochę się przeciwko temu buntuję…
Rzeczą zrozumiałą w częstszych zmianach partnera jest to, że dzięki postępowi medycyny żyjemy obecnie coraz dłużej i po kilkunastu czy kilkudziesięciu latach może się okazać, że jeden partner nie jest kompatybilny z naszym życiowym rozwojem. Jeżeli para poznała się w podstawówce i od tego czasu są razem, mają dzieci i strasznie długi staż – to dla jednych będzie to cudowne, a dla innych męczące i nudne. Gorzej, jak tylko dla jednej strony będzie męczące, a dla drugiej cudowne. Ludziom w trakcie życia zmieniają się punkty widzenia, po kilkudziesięciu latach mogą mieć zupełnie inne cele, niż mieli na początku znajomości – jeśli partner nie zmienia się w takim tempie i kierunku jak ty, możecie po jakimś czasie nie mieć już ze sobą o czym rozmawiać.
Kiedyś wizja bycia z kimś do końca życia była dla mnie przerażająca. Dziś mogę ze zdziwieniem wyznać, że jestem w niezłym związku od prawie 30 lat, choć z przerwami, i myślę, że to całkiem normalna rzecz. I chwilami fajna. Oczywiście czepiam się go czasami, on mnie też, ale myślę, że każdego bym się czepiała, choć pewnie w innej sprawie. Może więc zmieniamy partnerów, bo chcemy się poczepiać kogoś o inne rzeczy (śmiech).

Ale słyszałam też takie wyznanie – mężczyzny, który ma już czwartą żonę – że dziś widzi, że tak naprawdę mógł być szczęśliwy już z tą pierwszą.
To samo słyszałam od jednej kobitki: „Po cholerę mi trzeci mąż, jak pierwszy był najlepszy”. Jedna z moich pacjentek nazwała to kiedyś ładnie „smok poganiacz” – myślę, że wielu z nas ma go w sobie. Ten smok podpowiada: „Jest dobrze, ale stać cię na więcej”, „Zmień coś, bo jakiś zastój się zrobił” i „Co ludzie powiedzą, że wy ciągle razem, z tym samym chłopem”. Dlatego zdarza nam się czasem psuć całkiem udane związki. Oczywiście każdy bardzo fajny związek z czasem nieuchronnie zmierza do kryzysu, ale po to, by go wspólnie przepracować. Znam wiele przykładów par, które po przepracowanych zdradach dostały takiego wiatru w żagle, że tylko zazdrościć. Przegadali, co trzeba, przyznali, że oddalili się od siebie i że zdrada znów ich zbliżyła – zrozumieli, że wcale nie chcą się rozstawać. Prawda jest taka, że gdyby ludzie dobrze się dobierali, to naprawdę mogliby większość życia przeżyć szczęśliwie w jednym związku. Ale zwykle ludzie nie są dobrze podobierani – czasem łączą się w pary całkiem przypadkowo, a bo ktoś mnie porzucił i teraz chcę pokazać, że wcale nie jestem taka kiepska, a bo nie było kogoś lepszego…

…albo wprawdzie się nie kochamy, ale się lubimy.
O, to już jest bardzo dużo. Wtedy można się tylko zastanowić, co dobrego zrobić, żeby dołożyć tu odrobinę iskry… To może być lepszy początek, niż zacząć od czystej namiętności, bo ta potrafi spalić na węgiel i zostawić związek na zgliszczach. Owszem, są małżeństwa, które tę początkową namiętność potrafiły przekształcić w bardzo głębokie przywiązanie, czyli prawdziwą miłość. Ale to zdarza się rzadko. Moja znajoma mi niedawno wyznała: „Ach, szkoda że ja tego mojego Adama nie spotkałam kilkanaście lat wcześniej, bo ja bym chciała przeżyć z nim całe życie”, na co jej odpowiedziałam, że wtedy pewnie by go nie doceniła.

Często podajesz przykład pary, która pobierała się cztery razy…
Tak, ale my z Edkiem też jesteśmy takim przykładem. Co prawda nigdy się nie pobraliśmy, ale nie raz i nie dwa się rozstawaliśmy, to znaczy, uczciwie mówiąc, to ja się rozstawałam. Dlaczego? Ciężko powiedzieć. Z jednej strony mam głębokie poczucie, że jest to mi najbliższy na świecie człowiek, a z drugiej bardzo mnie wkurza i mi przeszkadza – bo jest zupełnie inny ode mnie. Więc co jakiś czas miałam go zwyczajnie dosyć i mówiłam: „Już dłużej nie dam rady”. Rozstawaliśmy się i wiązaliśmy z innymi partnerami, ale po jakimś czasie wpadaliśmy na siebie i okazywało się, że nie chcemy być z nikim innym, tylko ze sobą. Jest między nami coś, co nas razem trzyma. Niektórzy nazywają to karmą – to ładny pomysł, choć troszkę zdejmujący z człowieka odpowiedzialność…

Kilka lat temu miało miejsce ciekawe zjawisko: ludzie rozstawali się ze swoimi partnerami i wracali do miłości ze szkolnych czasów.
I czasem byli rozczarowani, a czasem okazywało się to strzałem w dziesiątkę, prawda? Cóż, miłość z czasów szkolnych ma taki żar, świeżość i wbrew pozorom tak wielką głębię, wielkie nadzieje i taką niesamowitą wyjątkowość, że można tęsknić za tym całe życie. Poza tym młodość ma to do siebie, że za nic nie odpowiada – poza sobą i samą miłością.

Dlaczego chcemy wrócić do stanu pierwszego zakochania – z tą samą albo z inną osobą?
Myślę, że jest to swoisty powrót do niewinności. Wszyscy jako bardzo młodzi ludzie mówimy sobie: „Nie będę jak moi starzy, nie będę poganiał swoich dzieci, nie będę krzyczała na męża, nie będę się podlizywać szefowi” „Będę działać tylko w zgodzie z moimi wartościami”, a kilka lub kilkanaście lat później robisz wszystko podobnie jak rodzice. Kiedy ludzie mają poczucie, że zdradzili swoje ideały, że się sami na sobie zawiedli, to co im zostaje? Dawna miłość na przykład. Może być tęsknotą za otworzeniem nowego rozdziału, powrotem do tego momentu, w którym to dorosłe życie dopiero się zaczynało. Jeśli ludzie byli w stanie zachować w sobie Wewnętrzne Dziecko, które nie dało się stłamsić i zagłuszyć, to powrót do siebie z czasów pierwszej miłości, tej niesamowitej radości i wiary, jest możliwy. Na ile się uda go zachować na dłużej, to już inna sprawa. Sama znałam cudowną parę, która spotkała się po latach. Byli w sobie zakochani w szkole, potem on wyjechał za granicę i miał cztery żony, z którymi był względnie szczęśliwy, ona została i miała dwóch mężów, z którymi była nieszczęśliwa. Kiedy po kilkudziesięciu latach wrócił do Polski i się spotkali, nie mogli się nadziwić, co robili osobno przez tyle lat. Byli tak zgrani, miało się wrażenie, że nie wkładają w to bycie razem żadnego wysiłku.

Piękny przykład dojrzałego uczucia. Stanu, mam wrażenie, niedocenianego.
Masz rację, przeceniamy stan z początku związku, a nie doceniamy dojrzewania, nie doceniamy odpowiedzialności. Świat ludzki jest, niestety, światem niedorobionym. Większość idzie po linii najmniejszego oporu, bo nie nauczono ich czerpania satysfakcji z przezwyciężania siebie i z uczenia się nowych rzeczy. Nie chwalimy siebie, nie doceniamy swoich osiągnięć i w związku z tym mamy tak mało radości z ciężkiej pracy, jaką wykonujemy.

A jak to przekłada się na związek?
Ano tak: „Ja jestem zmęczona, ty jesteś zmęczony, odczep się ode mnie, sam wiesz, jakie jest to wszystko trudne”. Albo: „Marudzę, bo ty marudzisz, marudzę, bo już nie daję rady”. To, że oboje jesteśmy w podłym stanie, nie jest żadnym powodem do tego, żeby się poczuć blisko, tylko dalej od siebie. A przecież warto powiedzieć sobie: „Ponieważ oboje jesteśmy zmęczeni, zróbmy sobie kąpiel, herbatkę lub napijmy się winka”, a może się zdrzemnijmy, pobawmy z psem, obejrzyjmy z dziećmi jakiś film i chwilowo nic od siebie więcej nie chciejmy. I nie przenośmy na drugą osobę frustracji, którą przynieśliśmy z innego miejsca. Ale to wymaga wysiłku, o wiele łatwiej jest sobie odpuścić. Tym bardziej że tam – w pracy czy na ważnym spotkaniu – się pilnowałaś, a tu to przecież twój chłop, dla niego tak starać się nie musisz.

Jesteśmy milsi dla obcych osób niż dla tych najbliższych?
Wielokrotnie błagałam moją mamę: „Bądź dla mnie tak miła jak dla obcych ludzi albo tych, których nie lubisz”. To jakoś osmotycznie chyba przenika w głąb nas, że na swoich się warczy, a do obcych się mówi: „A dzień dobry pani, ależ nie, nie przeszkadza pani, nic się nie stało”. I kto oberwie potem za taką chwilę sztucznego uśmiechu? Mąż albo dzieci, czyli domownicy.

Porozmawiajmy chwilę o pracy nad związkiem.
Jeśli człowiek jest troszkę kumaty, to wie, że – czegokolwiek by to dotyczyło – ile włoży, tyle wyjmie. Wszyscy wiedzą, że warto inwestować w firmę, bo to się opłaci, ale niewiele się mówi o tym, że warto inwestować też w swój związek i rozwój. W pracy jest to dla nas zrozumiałe, że najpierw jest potrzebny wysiłek, żeby był efekt. A w pozostałych sferach życia oczekujemy, że samo się ułoży.

No ale z drugiej strony, jeśli ciągle musisz w coś wkładać dużo wysiłku – i mówię tu już o związku – to może nie jest on taki dobry, jak ci się wydaje…
Ale co to znaczy „wkładać w coś dużo wysiłku”? Może to, że na przykład zechcecie przez dwa dni nie wychodzić z łóżka? Robicie sobie szlafrokowy weekend, jecie śniadanko i pijecie kawkę w łóżku, gadacie sobie głupoty, co i rusz trochę seksu, troszkę przytulania, troszkę spania, troszkę oglądania filmów, a troszkę drapania po plecach – to jest właśnie wkładanie wysiłku i inwestowanie w związek. Czego przeciwieństwem jest na przykład to, że każde siedzi przy swoim laptopie i nawet na siebie nie spojrzą.

Albo inaczej: wracasz padnięta do domu i on od progu czymś cię denerwuje. Ty, zamiast odruchowo wyładować na nim złość, mówisz: „Chwileczkę, daj mi pięć minut”, wchodzisz do łazienki, bierzesz prysznic, robisz kilka głębokich oddechów…
Tak jest – na tym właśnie polega ta praca i ten wysiłek. Na wstrzymaniu odruchu roszczeniowego Wewnętrznego Bachora, który marudzi i kaprysi, bo chciałby, żeby ktoś go trochę porozpieszczał. Za darmo.

A widzisz, mnie się długo wydawało, że praca polega na tym, żeby wiecznie komuś ustępować, bardziej się starać, myśleć za dwoje, poświęcać się…
Bez poświęcania się mogłoby być na przykład tak – ja w mój związek wkładam więcej wysiłku, ewidentnie. I dawno sobie powiedziałam, że jakbym nie chciała, tobym tego nie robiła. Ja to lubię i ja to umiem. W jednych dziedzinach robię więcej, ale mi to nie przeszkadza – ja urządzam nasze mieszkania, planuję życie towarzyskie i ja zawsze myślę o prezencie, jak do kogoś idziemy. On wiedzie prym w innych sprawach, na przykład technicznych. Jesteśmy dla siebie wzajemnie dobrzy, żadne z nas nie jest męczennikiem miłości. Doceniamy swoją różnorodność i czerpiemy z tego obustronne korzyści.

Sądzisz, że jest możliwa reaktywacja miłości w wieloletnim związku?
Tak, ale pod warunkiem że najpierw zreaktywujemy miłość do samych siebie. Bo wtedy mamy z czego czerpać.

Można się na nowo zakochać we własnym mężu?
Absolutnie.

A czego do tego trzeba?
Przede wszystkim potrzeba zwolnienia obrotów, trzeba popytać samą siebie o to, czego mi brakuje i czy zdobycie tego jest w zasięgu ręki – a bardzo dużo rzeczy jest w zasięgu naszej ręki. Jeśli nie jest, to przestańmy się wreszcie siebie czepiać. To samo dotyczy partnera – jeśli nie jest nam w stanie dać tego, czego chcemy, przestańmy się go czepiać. Zgódźmy się na pewne rzeczy, bo one już inne nie będą. Natomiast są sprawy, które można odświeżyć. Na przykład wprowadzić jakieś wyjątkowo miłe nowe zwyczaje. Powiedzieć coś inaczej niż zwykle, zrobić coś dla drugiej osoby.
Oczywiście, jeśli ci się chce. Jeśli ci się nie chce, nie rób nic – tylko potem nie miej pretensji.

Może przydałaby się też zmiana myślenia? Na przykład by zacząć nawyki partnera, które cię do tej pory denerwowały, postrzegać jako jego część składową. Może nawet uroczą. Na zasadzie: „on tak ma, i już”.
Jesteś mądrą kobietą, bo to jest właśnie największa sztuka, kochać kogoś tak po prostu. I z taką całkowitą akceptacją: „on tak ma”. W skrócie o to w tym wszystkim chodzi. Warto też przełożyć to na siebie, powiedzieć sobie i innym: „ja tak mam”. Mnie nie przeszkadza na przykład, jak ktoś mnie krytykuje, mówię wtedy: „Ale tobie się to może nie podobać, ja to rozumiem i nawet szanuję, ale niezbyt mnie to dotyka, bo niespecjalnie mogę coś z tym zrobić, a po drugie, nie zamierzam, więc po co masz sobie gębę strzępić?”. To jest właśnie to pytanie: Po co to robisz? Po co wszyscy to robimy? Odpowiedź jest prosta: dla poczucia czegoś znanego. Zawsze wygrywa to, co znane. Jeśli mieliśmy taki dom lub takie życie, że wiecznie było w nim marudzenie albo narzekanie, albo przynajmniej brak radości i chwalenia, to tego będziemy szukać i oczekiwać w życiu. Chyba że ktoś nad sobą naprawdę mocno popracuje, ale rzadko kto chce.

Co powiedziałabyś kobiecie, która jest po kilku nieudanych związkach i trochę wątpi w miłość…?
Że nigdy nie wiadomo, czy kolejny nie będzie cudny.

A tej, która jest w związku, ale też zaczęła wątpić…
Napisałam kiedyś takie słowa w piosence: „Bo miłości jest tyle, ile trzeba nam. Warto mieć do niej bilet, warto stukać do bram”. Tyle jej jest, więc ją bierzmy. Zacznijmy od akceptacji siebie, a potem akceptacji tych, co do których nie jesteśmy zbyt szlachetne, że tak to ujmę. Po prostu popracujmy nad sobą. Oczywiście, jeśli ktoś nas rani czy niszczy – to coś zupełnie innego, ale jeżeli on się po prostu uwalił na kanapie, to niech leży. A co ci do tego? Kocury tak mają, że lubią leżeć na kanapie. Bo widzisz, w życiu to jest tak: albo będziesz chciała strasznie dużo rzeczy, które są nierealne, i nie będziesz ich miała, albo zobaczysz to, co masz, i się z tego ucieszysz. Czasu jest tyle, ile nam potrzeba, a życie jest długie i wszystko się w nim zmieści.