fbpx

Joie de vivre, czyli francuska radość życia. Na czym polega?

Joie de vivre, czyli francuska radość życia. Na czym polega?
Francuska radość życia ma wiele wspólnego z umiejętnością dostrzegania małych przyjemności: dobrego jedzenia, miłej rozmowy, czyjejś uprzejmości. (Fot. iStock)

Joie de vivre – francuska radość życia nie jest wprawdzie kwintesencją szczęścia, ale ma wiele wspólnego z umiejętnością dostrzegania małych przyjemności: dobrego jedzenia, miłej rozmowy, czyjejś uprzejmości… W końcu to one dodają smaku naszym dniom i nocom. I wcale nie wymagają nakładów kosztów ani czasu.

Można boki zrywać z tego, że na komputer mówi się tu ordinateur, a podczas gdy na całym świecie panuje lockdown – rząd w Paryżu ogłasza le confinement, ale tzw. francuska polityka kulturalna, realizowana konsekwentnie od końca lat 50. XX wieku przyniosła efekty. Francuzi są dumni ze swojej francuskości. Oglądają francuskie filmy, czytają francuskich autorów i mówią (prawie wyłącznie) po francusku. Dla kultury rynek wewnętrzny to podstawa, to on może stać się trampoliną do międzynarodowych sukcesów. Jak w przypadku Brigitte Bardot, nazywanej towarem eksportowym równie ważnym jak samochody Renault. Schedę po niej (choć dziś nikt nie ośmieliłby się na równie merkantylne określenia) częściowo przejęła 40-letnia dziś wokalistka Isabelle Geffroy, znana jako ZAZ. Piosenka „Je veux” (Chcę), w której zamiast drogiej biżuterii, apartamentu w Ritzu i limuzyny („co miałabym z tym zrobić?”) wybiera miłość, dobry humor i serce na dłoni – jest najlepszą promocją francuskiej radości życia. A co się na nią składa?

Po pierwsze: sztuka konwersacji

Kiedy na pierwszych lekcjach francuskiego uczniowie powtarzają dialogi z użyciem „ça va”, jeszcze nie wiedzą, że dotykają nieskończoności. To coś więcej niż amerykański dialog „how are you?” – „fine” w jednym, bo w zależności od kontekstu „ça va” może być faktycznie pytaniem „co słychać?” i odpowiedzią na nie, ale i hasłem dla sprzedawcy, że nałożył już dość jabłek, albo dla przyjaciela, że pasuje ci jego propozycja. Odpowiedź „ça va pas”, czyli mniej więcej „nie w porządku” wprowadza z kolei napięcie i zdarza się raczej tylko w szczególnych okolicznościach lub zażyłych relacjach. „Ça va” jest alfą i omegą francuskiej konwersacji, zaproszeniem do dialogu.

Paweł Kunachowicz, licencjonowany przewodnik wysokogórski, mieszka w Chamonix. W dolinę przyjeżdża od lat, ale dopiero od kiedy sprowadził się tu z rodziną, tak naprawdę poznaje lokalne zwyczaje. Na przykład taki, żeby rano koniecznie zarezerwować trochę czasu na rytuał „ça va” z którymś z sąsiadów, czasem z kubkiem albo miseczką (bol, wielkości tej używanej u nas np. do płatków) café au lait, w ręku. Kiedyś wychodził z domu na ostatnią chwilę, teraz świadomie dołożył kilka minut do porannego grafiku, żeby – zamiast przebierać nogami – pozwolić sobie na pełną uśmiechów i wymiany „co słychać?”, „co dziś robisz?” rozmowę z przyjaźnie nastawionym lokalsem. I bardzo docenia ten powolny początek dnia. Zwłaszcza że zajmuje mu tylko kilka minut (we Francji nikt nie ma czasu ani ochoty, żeby przed ósmą rano wdawać się w długie konwersacje), a buduje miłą atmosferę.

Po drugie: elegancja

Pokazy haute couture, drogie marki kosmetyczne czy terminy ze świata mody, które przeniknęły do słownika powszechnego, jak choćby szanelka – owszem, to wszystko kojarzy się z Paryżem i prestiżową aleją Champs Élysées, ale elegancja obejmuje także sposób wyrażania się. Podczas gdy naszą codzienność, nie tylko korporacyjną, zdominowało amerykańskie mówienie na „ty”, Francuzi trzymają się swojej formy grzecznościowej „vous”. I nie ma to nic wspólnego z dalekowschodnią honoryfikatywnością czy polskim „wy” z minionej epoki, choć gramatycznie jest to właśnie druga osoba liczby mnogiej . „Vous” stwarza całą gamę możliwości, stopień bliskości relacji określa to, co mu towarzyszy: imię, nazwisko czy formalne Madame, Mademoiselle, Monsieur. Dziś nie mam już tendencji do bratania się z każdym, ale jako dwudziestoparolatka byłam szczerze zdumiona, słysząc tę formę od osób z mojego pokolenia, z którymi dzieliła mnie niewielka różnica wieku.

Elegancja oznacza także uprzejmość. Nie bez powodu Francuzi mają całą masę zwrotów grzecznościowych używanych w korespondencji. Te oczywiście wraz z upowszechnieniem się e-maili częściowo zniknęły, ale nadal dzielą je lata świetlne od naszych sztandarowych „pozdrawiam” czy „łączę pozdrowienia”. Do najbardziej spektakularnych, choć, przyznaję, niewidzianych od lat, należą zakończenia oficjalnych listów, w których można znaleźć m.in. wyrazy nadziei, że lektura listu była przyjemnością; deklarację pełnej dyspozycyjności, gdyby adresat miał jakiekolwiek pytania, czy wyrazy największego szacunku. I cóż z tego, że formuły grzecznościowe mogą prawie przykryć zasadniczą treść listu? Tak jak to poranne „ça va” chroniły przed popadnięciem w kult efektywności.

Uprzejmość ujawnia się także w takich kontekstach, jak plansze informujące np. o robotach drogowych, gdzie poza opisem prac i planowaną datą ich zakończenia można znaleźć formułkę przepraszającą za utrudnienia i wyjaśnienie, że to wszystko dla większego komfortu podróżujących. We Francji nie trafiłam nigdy na komunikat, w którym odpowiedzialnością za konieczność naprawy obciąża się użytkowników, a ogłoszenie podobnej treści wisiało kiedyś przez kilka dni przy nieczynnych schodach na warszawskiej stacji metra. Pamiętam też, jak zaskoczyło mnie „dziękuję” wypowiedziane przez kobietę, która wsparła jakiegoś proszącego o pieniądze pana, gdy to on jej podziękował. Nie wiem, czy był to z jej strony jakiś głębszy gest, czy automatyczna reakcja, ale na pewno znak, że dostrzegła człowieka, a nie intruza.

Po trzecie: sztuka jedzenia

Celebracja jedzenia to oczywiście nie tylko francuska specjalność. Wielką wagę do biesiadowania przykładają choćby Włosi, Grecy czy Marokańczycy. Jednak to Francuzi wynieśli gastronomię na poziom sztuki, to o gwiazdkach Michelin marzą najlepsi szefowie kuchni. Zwani chefs, stoją na czele całej armii pracowników na także z francuska nazywanych, trudno przekładalnych na inne języki stanowiskach, jak sous chef (zastępca) czy marmiton (pomocnik). W przeciwieństwie do niektórych krajów z basenu Morza Śródziemnego Francuzi mają również dostęp do oceanu, co zapewniło im kiedyś duże kolonie (a dziś nadal kilka terytoriów zależnych) – z korzyścią dla gospodarki i kultury, także gastronomicznej. Dzięki temu kuchnia znad Sekwany od dawna korzysta nie tylko z lokalnych składników, choć oparte na nich potrawy regionalne trzymają się bardzo dobrze.

Za przykład (choć nie do naśladowania) francuskiego przywiązania do wystawnych uczt może posłużyć XVII-wieczny majordomus François Vatel, który miał popełnić samobójstwo zrozpaczony brakiem ryb zamówionych na przyjęcie z udziałem króla. Ryby ostatecznie dotarły z opóźnieniem, a cała ta historia została sfilmowana przez Rolanda Joffé (tego od „Misji” i „Pól śmierci”), a Vatela zagrał Gérard Depardieu. Dziś wyrafinowana kuchnia francuska jest lżejsza, to efekt burzliwych lat 60., które przyniosły kinematografii „nową falę”, a gastronomii tzw. nową kuchnię.

Podnoszenie jedzenia do rangi artyzmu nadal obowiązuje i wykracza daleko poza luksusowe restauracje i renomowanych kucharzy. Francuzi z takim samym smakiem potrafią zajadać się przegrzebkami na zupie kremie z selera, jak jednogarnkowym ratatouille, zagryzanym świeżą bagietką, którą można wytrzeć talerz do czysta. Zresztą bagietki czy w ogóle pieczywo to inny ważny temat. Najlepiej kupować je w piekarni, czyli à la boulangerie. W niedzielne poranki przed tymi najlepszymi ustawiają się kolejki. Po kilku godzinach sklepik się zamyka.

Bagietki są też niezbędne podczas ulubionej formy spędzania wolnego czasu, czyli pikników. Nic dziwnego, że aby wstrząsnąć francuskimi widzami twórcy filmu „Na zawsze razem”, odnoszącego się do ataków terrorystycznych w Paryżu, wybrali na miejsce strzelaniny położony we wschodniej części stolicy Lasek Vincennes, polecany jako jedno z najlepszych miejsc do piknikowania. Poza parkami w Paryżu piknikuje się także nad Sekwaną, np. w pobliżu najstarszego w mieście mostu – Pont Neuf. Oczywiście jedzenie podlega tu takim samym zasadom jak w każdym innym miejscu, wprawdzie nikt nie gotuje (ani nie dręczy innych zapachem karkówki z grilla), ale także nie ma mowy, żeby posiłek oganiczył się do czipsów i napojów gazowanych. Są za to pasztety (w zależności od konsystencji noszą różne nazwy), sery i wino. I to ostatnie zwykle pite nie w przypadkowych naczyniach, a w kieliszkach. Problem zastawy rozwiązują specjalne kosze piknikowe.

Dla małych Francuzów kulinarną świętością jest le goûter, czyli podwieczorek. Regulaminowo powinien odbywać się od 16., ale to zależy, o której kończą się lekcje. Zaraz potem dzieciaki wpadają do koleżanek i kolegów z sąsiedztwa na garść łakoci.

Po czwarte: pochwała dojrzałości

„Jesz kolację ze znajomymi z liceum – grupą ludzi, których uwielbiasz, ale z którymi widujesz się zaledwie raz na dwa lata, bo tyle czasu zajmuje wszystkim zgranie terminów. Wspaniale się czujesz wśród uśmiechniętych znajomych twarzy, troskliwych spojrzeń i zabawnych anegdot. Niespodziewanie, gdy z pewnego dystansu przyglądasz się zebranym, zachwyca cię piękno obecnych tu kobiet. Wszystkie niejeden raz zmagały się z życiem, wszystkie odniosły niejeden sukces. Los wystawiał je na rozmaite ciężkie próby. Coś je łączy: każda bez wyjątku pracuje nad utrzymaniem pewnej wizji własnego ciała, własnej atrakcyjności… wizerunku siebie, który lubi. Natomiast faceci… To zupełnie inna bajka” – piszą w książce „Druga młodość. Cóż z tego, że druga?” Caroline de Maigret, modelka i ambasadorka Chanel, i producentka filmowa Sophie Mas. To cudowny manifest dojrzałej kobiecości.

Francuzki – jak ironicznie twierdzą autorki – od wczesnych lat podstawówki żyją z jarzmem renesansowego wiersza z podręcznika, w którym odrzucony kochanek straszy młodą kobietę, że wkrótce jej czar przeminie i wtedy będzie żałować swojej powściągliwości. Paradoksalnie, to przeznaczenie nie staje się jednak fatum, a przynosi uwolnienie od obsesji wiecznego odmładzania się. Francuzki nie chcą zatrzymać czasu, a jedynie wygląć o 10 lat młodziej niż wskazywałaby metryka. Nie ukrywają wieku, a niektóre nawet dodają sobie lat tylko po to, by usłyszeć „Naprawdę?! Niemożliwe!”.

Dbanie o wizerunek, jaki dla nich samych jest atrakcyjny, przynosi efekty – we Francji dojrzałe kobiety są sexy. „Francuski przemysł filmowy kocha kobiety w średnim wieku. Francuscy widzowie też nas uwielbiają. Do diabła z kultem młodości i dyskryminacją ze względu na wiek!” – mówiła Kristin Scott Thomas w wywiadzie dla SENSu, wyjaśniając, dlaczego zamiast kariery w Hollywood – wybrała Francję.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze