fbpx

Za co warto pokochać jesień? Pytamy Katarzynę Miller

Katarzyna Miller przekonuje, za co warto pokochać jesień
Jesień może być najradośniejszą porą roku - przekonuje Katarzyna Miller. (Fot. iStock)

Dni coraz krótsze, noce coraz zimniejsze i myśli coraz bardziej posępne… – Nie zgadzam się, by jesień obarczać winą za to, że jest nam smutno – mówi terapeutka Katarzyna Miller i przekonuje tych jeszcze nieprzekonanych, że ta pora może być najradośniejsza w roku.

Uwielbiam jesień! Jej zapach, kolor. To, że przywołuje wspomnienia i to, że skłania mnie do zaczynania od nowa. A jednak nie wiem, czy nie jestem w mniejszości, bo wiele osób tej pory nie lubi. Powiem nawet więcej: uczy nas się tego, żebyśmy się jesienią spodziewali kryzysu…
A ja się nie zgadzam, żeby jesień za każdym razem obarczać winą za to, że jest nam smutno. Niby dlaczego? Ja też uwielbiam jesień!

Za co ją lubisz?
Za to, że jest łagodna i piękna w kolorze niebywale. Lubię ją za to, że ma takie prześwity światła, a jednocześnie niesamowite cienie. Wszystko robi się wtedy uspokojone, bogate, mieszczańskie, wypasione i nabrzmiałe – jabłka, gruchy, dynie, śliwy aż pękają od soków. Lubię ją za to, że jest dojrzała, mądra, spokojna i melancholijna, że narzuca nam pewne spowolnienie – lato się skończyło i ludzie przestają szaleć, za to, tak jak mówisz, chętnie zabierają się do czegoś nowego, uczeni doświadczeniem lat młodości, bo wszak we wrześniu zawsze zaczynała się szkoła. Ale też zaczynał się nowy sezon teatralny, festiwale filmowe i muzyczne, no i ruch w restauracjach. Mam nadzieję, że i w tym roku tak będzie.

Na pewno jesień pasuje osobom, które lubiły szkołę, zwłaszcza jedynakom, stęsknionym za towarzystwem rówieśników.
Ja wprost przepadałam za jesiennym powrotem do szkoły. Tyle sobie trzeba było opowiedzieć, tyle kwestii przedyskutować, przekonać się, czy ten chłopak, co mi się podobał przed wakacjami, wciąż mi się podoba, i czy szkolne przyjaciółki będą ze mną się nadal trzymać. Jesień to był dla mnie zawsze nowy zeszyt, nowy ciuch, nowy rok wręcz. A już o listopadzie to wiersze mogłabym pisać. Szaroperłowy, z gałęziami wreszcie widocznymi na tle nieba po tym całym listowiu, które opadło. Ma w sobie tkliwość, mądrość, filozoficzne zamyślenie i mistycyzm. I ten odurzający zapach ognisk i zbutwiałych liści. Magia.

Mówisz o jesiennym spowolnieniu, niektórych może to wytrącać z rytmu. Dla innych jesień jest właśnie powrotem do lubianej rutyny. Bo to lato wszystko zaburza.
Tak, coś w tym jest. Jesień sprowadza nas z powrotem na ziemię, a jednocześnie kieruje ku sobie. Nie tylko bardziej o siebie dbamy fizycznie – opatulamy się ciepło, wysypiamy, dobrze odżywiamy i robimy zapasy na zimę, ale i psychicznie – czytamy więcej książek, ukulturalniamy się, marzymy, tęsknimy… Jesień to królowa paradoksu – przypomina nam, że wszystko mija i jest nietrwałe, a jednocześnie, że właśnie jest w tym jakaś ciągłość i powtarzalność.

Zatem jakie zapasy zrobić na jesień, by ją dobrze przetrwać?
Przede wszystkim zalecam rozmaite przetwory i naleweczki. Przypomną nam lato, osłodzą mniej wesołe momenty. Przecież w tych słoikach i buteleczkach zamykamy nie tylko smaki i kolory, ale też emocje i chwile. A ponieważ jest to staroświeckie i przywołuje na myśl dawne spiżarnie w dworkach – przypomina nam o naszych korzeniach. Oczywiście nie każdy wywodzi się z dworków, a przeważnie z wiejskich chat, chodzi o samo wspomnienie, że babcia robiła kiszonki jak nikt, a wujek słynął z nalewek z aronii. Jakoś tak nam się robi lepiej na duszy, kiedy mamy świadomość, że jesteśmy oparci o dobrą przeszłość. Poza tym rządkiem ustawione w kredensie słoiczki z konfiturami mówią nam, że jesteśmy zadbani, że ktoś – może nawet my sami – o nas pomyślał. Jest w tym kupa uroku, ale i zabawy. Bo teraz tyle jest wspaniałych pomysłów na to, co można z czym połączyć i zawekować, że normalnie miau…

„Jesienią zawsze myślę o latach tak starych jak te kamienice” – śpiewał Muniek Staszczyk. Ta pora roku jakoś wyjątkowo kieruje nas do przeszłości, może lubią ją ci, którzy w przeszłość patrzą z pogodną nostalgią, a nie lubią ci, którzy mają mniej dobrych rzeczy do wspominania? Wtedy ich bardziej przybija?
Oczywiście możemy rozmawiać o tym, co w ludziach jest ciemne, pogubione, zaniedbane i niedokochane – i wtedy zrobi nam się bardzo poważna rozmowa o tym, że bardzo wiele osób tak naprawdę nie ma z czego czerpać. Ale jesienią patrzymy też w przyszłość – mówiłyśmy o tym, że wiele rzeczy planujemy właśnie we wrześniu czy październiku, i wiele rzeczy wtedy od nowa zaczynamy.

A może skoro nie udaje nam się czerpać z własnej przeszłości, możemy zaczerpnąć z historii? Wróciłam niedawno do ulubionej książki mojego dzieciństwa – „Hrabiego Monte Christo”. Jest tam scena, w której główny bohater, Edmund Dantes, po trafieniu do więzienia rozpacza i nie potrafi uczepić się żadnej nadziei na przyszłość. Narrator mówi wtedy, że Edmundowi było ciężej niż ojcu Farii, jego współwięźniowi, bo jako młody chłopak bez wykształcenia mógł się odwołać tylko do własnej krótkiej przeszłości, tymczasem uczony duchowny nie tylko był starszy, ale też miał wiedzę, dzięki czemu mógł sięgnąć do przeszłości bardzo wielu pokoleń. I to sprawiło, że się nie załamał.
To naturalne, że dorosły człowiek ma większe zasoby niż młody, bo ma własne wspomnienia, które nauczyły go na przykład o znikomości marzeń, ale też pokazały mu, że pewne rzeczy wcale nie są takie fajne, jak nam się wydaje, że ludzie nas zawodzą – i że można to przyjąć ze stoickim spokojem, uznać, że to, co nas spotyka, póki żyjemy, jest czymś ciekawym. Ale młody, który wyrywa się do świata, do seksu, do podbojów i nagle zostaje w tym zastopowany – jest zrozpaczony. Faria miał ogromne zasoby. Dzięki swojej wiedzy potrafił skonstruować prawie z niczego narzędzia potrzebne do zrobienia podkopu, ale też co noc pisał traktat polityczny na fragmencie swojej koszuli. Często kryzys postrzegamy właśnie jako taki loch, w którym nic, tylko rozpacz. Tymczasem jest wiele rzeczy, które w nim możemy robić, chociażby starać się z niego wydostać albo, tak jak młody Dantes, przekopać tunel do drugiej osoby, czyli zaprzyjaźnić się z ludźmi, którzy mogą nas czegoś nauczyć. Bo naszym najważniejszym zasobem, tym naszym zapasem na jesień i zimę, jest druga, bliska osoba.

Co zwykle bywa źródłem jesiennej depresji czy melancholii? Zbytnie zakopanie się w sobie?
Niezwracanie uwagi na drugiego człowieka? Specjaliści podkreślają, że na wiosnę i na jesieni zwiększa się zachorowalność na depresję, dlatego że to jest okres przejściowy. Moim zdaniem jednak nie ma takiego okresu w roku, żeby jakiejś części osób nie było źle. Jest to po prostu ludzka przypadłość, że siebie źle traktujemy, w związku z tym przekazujemy to dalej, zarażamy się tym podejściem, ciągnąc tym samym siebie i innych w dół. Jedną z największych zagadek ludzkości jest, dlaczego jedne osoby wykorzystują swoje doświadczenie, także to złe, do tego, by się rozwijać, a innym wiedzie się całkiem nieźle, a mimo to kiedy im się coś rozleje, to nad tym biadolą. Już nie wspominając o tych, którzy dostali straszliwego łupnia od życia… Po prostu jest duża grupa ludzi, którzy są nieszczęśliwi stale: czy kwitną kwiaty, czy dojrzewają śliwki, czy pada śnieg.

Zgadzam się, równie dobrze możesz czuć się najbardziej nieszczęśliwy latem czy wczesną wiosną… Bo wszyscy gdzieś jadą, a ty nie; bo się zakochują, a ty właśnie przeżywasz rozstanie.
Bo jest znów poniedziałek, bo idą święta… Każdy powód jest dobry. Choć ostatnio czytałam, że podczas pandemii to się trochę zmieniło i tym, którym jest zawsze źle, jest trochę lepiej, bo innym też się pogorszyło. Mąż mojej znajomej, który od lat z powodu złego zdrowia siedzi głównie w domu, kiedy wszyscy musieli się zamknąć w czterech ścianach, od razu zrobił się bardziej pogodny. „Aż milej się w domu zrobiło“ – opowiadała.

Biologicznie jesień to jednak trudny czas dla naszego organizmu: jest coraz mniej słońca, do tego o wiele częściej wieje i pada. Tym bardziej powinniśmy zadbać o swoje samopoczucie. Wróćmy zatem do tych zapasów, także psychologicznych, które możemy sobie poczynić już teraz.
Możemy na przykład zacząć gromadzić podnoszące na duchu lektury czy filmy. Nagrywać kabarety, spektakle, koncerty. Zwłaszcza muzyka jest nieocenionym lekarstwem – zabiera człowieka w cudowną podróż, koi jego nerwy, pociesza, karmi. Dobrze jest mieć też miejsce, które stanie się taką naszą pieczarą albo świetlicą. To może być parapet okna albo przytulny kącik w salonie, w którym masz swój fotel lub kanapę, a do tego lampę lub inne źródło światła, kolekcję płyt, adapter, kilka półek z książkami…

A może powinniśmy też dokonywać większej selekcji rzeczy, którymi się otaczamy? Wybierać filmy, które nas wzruszają i dodają otuchy, zamiast serwisów informacyjnych donoszących o wszelkich możliwych nieszczęściach. To samo dotyczy ludzi w naszym otoczeniu.
To bardzo ładny, a nawet poetycki pomysł, by sobie zgromadzić grono przyjaciół na jesień i zimę. Tylko pamiętajmy o tym, o czym często mówię, że różni ludzie są do różnych rzeczy. Z jednymi pójdziemy na górską wycieczkę i będzie cudownie, ale już po cichutku siedzieć i czytać nie będą chcieli. Kolejny dobry pomysł to coś zacząć. Coś, co nas ciekawi. Zapisać się na jakieś zajęcia, zacząć uczyć się nowego języka albo założyć klub książki czy filmowy. A już rozkosznym pomysłem jest taki klub jak ze „Stowarzyszenia Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek”, gdzie w czasie niemieckiej okupacji sąsiedzi spotykają się i rozmawiają o przeczytanej książce, a jednocześnie każdy robi coś do jedzenia, w tym tytułowy placek. Z moimi dziewczynami z Gender Studies kilka lat temu też się tak spotykałyśmy i razem pichciłyśmy: a to pierogi, a to pasztety, jeszcze innym razem mazurki. I potem każda wychodziła z niezłym zapasem. Robiłyśmy też przetwory, bo dużo chętniej dryluje się wiśnie w dobrym towarzystwie. Ile przy tym było rozmów i wygłupów! No i zawsze można założyć kabaret. Bardzo bym chciała, żeby ktoś w końcu założył ze mną kabaret.

Fajnie mieć takie stałe spotkania w przyjaznym kręgu, bo to jest coś, co cię trzyma w pionie. Nawet jeśli ci się nie chce czy masz gorszy dzień, to wiesz, że trzeba przyjść. Nie zamykasz się w swoim smutku, tylko wychodzisz do innych.
Teraz też mam taki babski klub od lat. Oczywiście kiedy zdarzy się choroba albo ktoś wyjeżdża, to wtedy przekładamy. Ale poza jakimiś przypadkami losowymi, nasze spotkania to świętość.

Podczas festiwalu Millennium Docs Against Gravity widziałam dokument o księgarzach z Nowego Jorku, ludziach zakręconych na punkcie książek. Mówili, że nigdy nie czuli się samotni, bo zawsze mieli książki i innych freaków jak oni. Czy ludzi z pasją rzadziej dopada chandra?
Pewnie, że rzadziej, co nie znaczy, że nie dopada w ogóle, tylko gdy już dopadnie, to oni wiedzą, dokąd pójść i co zrobić, by minęła. To jeden z filarów mądrości życiowej. Ci, co nie mają nic dla siebie, niczego nie zgromadzili, nie zbudowali, nie nauczono ich – w ten kompot melancholii czy rozpaczy zanurzają się po czubek głowy.

Nie chciałabym, żebyśmy rozmawiały o tym, jak nie mieć dołków czy chandr, bo to rzecz ludzka, tylko co zrobić, żeby szybciej mijały.
Oczywiście należy rozróżnić, kiedy się leczyć, bo jesteśmy pogrążeni w niemocy, a kiedy mamy po prostu – jak każdy zdrowy człowiek – spadek nastroju, który kiedyś nam minie, bo on ze swojej natury jest chwilowy. Trzeba wiedzieć, gdzie się zgłosić po pomoc w tym poważniejszym przypadku, a w tym lżejszym – mieć świadomość, jak to się mówi, ku czemu zwrócić swe spojrzenie i kroki. Do książki, do przyjaciela, do muzyki, do dobrej sztuki, do spaceru czy ćwiczenia ciała. Bardzo lubię radę, która mówi, że kiedy jest ci źle, pójdź do tych, którym jest jeszcze gorzej, i zobacz, że jesteś tam potrzebny.

Chyba ważną rolę w tym wychodzeniu z dołków odgrywają opowieści. One zawsze nas ratowały.
To jest właśnie cud, który się dzieje na grupach terapeutycznych. Ich uczestnicy często mówią, że przyszli tu z przekonaniem, że nie ma nikogo bardziej nieszczęśliwego niż oni, a potem wysłuchali historii innych i zobaczyli, że życie potrafi zaskakiwać, poczuli więź z innymi, zrozumieli, że nieszczęście jest bardziej powszechne niż im się wydawało, że nie są w tym osamotnieni. Ale też każdy ma swoją własną opowieść, którą może sobie przypomnieć w gorszych momentach: o tym, jak się jako dziecko zagubił, a jednak potem odnalazł. Albo spojrzeć na sam fakt, że jest tu, gdzie jest. Dał radę, przeżył.

Czasem – paradoksalnie – na duchu podnoszą nas nie wesołe, a smutne opowieści. Jaki mechanizm tu działa?
Wzruszenie jest uczuciem bardzo budującym. Ono ogarnia całe ciało, porusza cię, po prostu stajesz się żywa. Nawet jeśli spłaczesz się nad rozłąką ukochanych, to sam fakt, że się z kimś zidentyfikowałaś, że poczułaś swoją wrażliwość, że to pozwoliło ci zrozumieć własne doświadczenia – są bezcenne. Każdy rodzaj głębokiego dotarcia do siebie stwarza poczucie odnowy, bycia w stanie pogłębionej świadomości. Jesteś jednym wielkim wzniosłym przeżyciem. Sztuka, która potrafi coś takiego wywołać, to dopiero zapas na zimę.

O czymś jeszcze nie powiedziałyśmy? O jakimś zwykłym, ale bardzo cennym zapasie?
Nie powiedziałyśmy o ubrankach! O miłej piżamie, puchatym szlafroczku i grubych skarpetach, w których można siedzieć na łóżku i czytać, o swetrze mięciutkim czy wygodnych dresach, w których można przewalać się po kanapie. Dlatego, babeczki, nie wyrzucajcie mężom starych dresów, tylko je uszanujcie. Tak jak własne kapcie z futerkiem, nawet jeśli są już przechodzone. To są rzeczy, w których czujesz się jak w domu. A do tego dodajmy jeszcze poduszki, koce, fotele, kanapy – to wszystko, co jest przytulne, jak to się mówi: hygge. Bo gdy masz się w co wtulić, to już jest ci lepiej, nawet jeśli to nie jest żywe. Stare dobre przytulanki to rzecz nieoceniona jesienią, ale i o każdej innej porze roku. Polecam je zarówno dzieciom, jak i dorosłym.

Katarzyna Miller, psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Autorka wielu książek i poradników psychologicznych, m.in. „Instrukcja obsługi toksycznych ludzi” czy „Daj się pokochać, dziewczyno” (wydane przez Wydawnictwo Zwierciadło).

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze