fbpx

Kobieta na trudne czasy

Kobieta na trudne czasy
Kobiety nadal często mają problem z oddelegowywaniem domowników do domowych obowiązków. (Fot. Getty Images)

Wydawać by się mogło, że nadszedł nasz czas. Znajdujemy się wszędzie tam, gdzie dzieje się coś ważnego – w szpitalach, domach opieki, usługach, także w polityce. Jednak w Polsce kobiety wysuwa się jako frontmenki przede wszystkim dla ocieplenia wizerunku, poprawy sondaży. A potem najczęściej usuwa w cień. Wykorzystują nas czy dajemy się wykorzystywać? – zastanawia się Ewa Woydyłło-Osiatyńska.

Znowu to samo: przychodzi kryzys, coś się wali, kimś się trzeba zaopiekować i wtedy sięga się po kobiety. Zawsze byłyśmy wystawiane do czarnej roboty, a teraz to się jeszcze nasiliło. Dlaczego dajemy się tak traktować?
Dlatego że kobiety ciągle jeszcze podlegają kulturowej prawidłowości, która polega na tym, że kobieta jest posłuszna. To właśnie posłuszeństwo sprawia, że łatwo się nią posłużyć. Jej to pochlebia, bo zajmuje wysoką pozycję, może w swoim subiektywnym odbiorze pomyśleć, że przejmuje pałeczkę w sztafecie. Ale na ogół w tej sztafecie jest od robienia brudnej roboty. Bo jak przyjdzie do rozdzielania laurów, to bardzo wątpliwe, że będzie mogła liczyć na równą konkurencję. W polityce, prawdę mówiąc, nagradza się wierne służki, ciocie na zawołanie.

Kobiety nie mają czujności?
To strasznie trudne, bo jak się wejdzie do polityki, to się przestaje być indywidualnością, a zaczyna – trybem w systemie. Nie mam o to pretensji do kobiet, bo za nimi nie stoją wieki doświadczeń, tylko kilkadziesiąt lat zaledwie.

Na świecie dochodzą do głosu prawdziwe, nie malowane liderki, jak premierki Norwegii, Islandii czy była premierka Danii. Dlaczego im się udaje, a nam nie?
Jak tak głębiej się nad tym zastanowić, to można zauważyć, że one są w większości ze starej demokracji. Nie w sensie wieku tych krajów, ale w takim znaczeniu, że stare demokracje przeszły proces głębokiego uczłowieczenia. Daję więc sobie pewną nadzieję, że choć nam do tego etapu jeszcze daleko, to prawdopodobnie osiągniemy go za 20 lat, czyli za mniej więcej tyle czasu, ile zajęło to dojrzałym demokracjom. Na razie mamy ewidentne dowody na to, jak nie tyle ułomna, ile karkołomna jest nasza polityka i z całą pewnością jest to wynik nawet nie działalności tych kobiet i tych mężczyzn, tylko faktu, że znajdujemy się na bardzo niskim poziomie rozwoju politycznego, społecznego, kulturowego. Andrzej Leder bardzo trafnie to wyłożył w książce „Prześniona rewolucja”, w dyskursie z nim brał też udział mój mąż Wiktor Osiatyński. Leder zauważył, że jesteśmy dopiero na etapie poszukiwania sposobu poszerzania zakresu zbiorowej dojrzałości. Dlaczego kobiety miałyby być bardziej dojrzałe?

Ale mogłyby wreszcie nie dawać się wykorzystywać. W Polsce cały czas jedną nogą tkwimy w patriarchacie?
Oczywiście, patriarchat u nas nadal ma się dobrze.

Bo?
Bo nie było u nas rewolucji feministycznej, bo nie udało się przewalczyć rzetelnego parytetu. My się ciągle dobijamy, nam jeszcze nawet drzwi nie otworzono, więc ile się da wycisnąć, wyciskamy, ale ta droga dla polskich kobiet jest bardzo wyboista. Oddaje się głos tym, które są podległe, posłuszne, i tym sposobem zamyka się usta wszystkim, mówiąc, że kobiet w życiu publicznym jest dużo. Ale tak jak jakość debaty sejmowej i w ogóle rządzenia jest niska, tak jakość wkładu kobiet też jest niska, nie z ich winy. No bo one na ogół nie przychodzą w tym celu, żeby pomnażać zbiorowe dobro, tylko żeby pomnażać dobro władcy, który pozwolił im usiąść na tym wysokim stołku. Niektóre, jak w syndromie sztokholmskim, bronią oprawcy. Zrobiono z kobiet roboty, które śpiewają melodie, jakie im się gra. I dopóki innej drogi nie ma, dopóty trudno liczyć na wysyp mądrych liderek.

Może zabrakło nam samym przepracowania kobiecej solidarności?
Solidarność to nie jest kwestia przepracowania, tylko kwestia kulturowa. Działają u nas różne mechanizmy, nie tylko antykobiece. Jeden z nich, opisany szeroko przez socjologów, polega na tym, że jak tylko mamy możliwość mieć do kogoś pretensje, to szybko z tej okazji korzystamy. My, Polacy, lubimy mieć pretensje. Oczywiście indywidualnie się różnimy, ale w Polsce bardzo łatwo paść ofiarą złego interpretowania postaw. Bardzo lubimy dowodzić, że ktoś jest głupszy, gorszy, popełnia nadużycia. Lubimy mieć przewagę.

Co nam to daje?
W ten sposób budujemy swoje poczucie wartości. Mówiąc, że ktoś jest zły, manifestujemy, że niby my jesteśmy lepsi. U nas jest dobry do tego klimat. Poza tym na kobiety bardzo łatwo rzucać potwarz, bo one nie są skuteczne w obronie, nie mają autorytetu. Kobieta coś mówi? Toż to nieprawda! Kobietę szalenie łatwo ranić, bo jest niegroźna. A przy okazji bezkosztowo można podbudować sobie poczucie własnej wartości.

Czy jesteśmy na to skazane?
Skazana to może być konkretna osoba, na przykład pielęgniarka, lekarka, której nie da się pomóc, bo ją skrzywdzono, pomawiając o bezduszność, a nie brak możliwości. Widzę, że pani przejęła się takim traktowaniem kobiet, i prawdopodobnie dużo ludzi podobnie reaguje jak pani. To pokazuje, że wykorzystywanie kobiet nie dzieje się całkowicie w próżni, tylko że reakcje na tego typu sytuacje muszą osiągnąć masę krytyczną. To się zbiera, zbiera, pani napisze o tym artykuł, ktoś doktorat i powstanie z tego jakaś świadomość. A jak powstanie świadomość, to coraz więcej osób przyłączy się do takiego myślenia, co może doprowadzić do zmian, podobnych do tych, które spowodowały, że dziewczynki chodzą do szkoły, co jest względnie nowym zjawiskiem. Zaledwie 130 lat temu Maria Skłodowska-Curie, nie dostawszy się na Jagiellonkę, pojechała studiować na Sorbonę. To się wtedy nie mieściło w głowie, a jednak nastąpiło. Kobiety nie potrafią same zadbać o swoje miejsce w świecie.

Jak mają to robić?

Zacząć trzeba od zmiany prawa. Czy pani wie, że w naszym prawie funkcjonuje taki przepis, że jeżeli dziewczyna poniżej 16. roku życia urodzi dziecko, to nie może być jego prawną matką, no, chyba że chłopak, który zrobił jej to dziecko, się z nią ożeni! Ona może być matką tylko jako czyjaś żona!

Najczęściej prawną matką zostaje jej matka. I takich absurdów jest u nas dużo.
Więc jak zaczniemy zmieniać prawo zgodnie z ideą praw człowieka, to wtedy pozmieniają się też reguły, a ludzie będą musieli zmienić sposób myślenia.

Prawa trzeba jeszcze przestrzegać, a z tym jest u nas różnie.
U nas akurat prawem nikt się nie przejmuje, więc mamy dodatkowy kłopot. Nauczyłam się od Wiktora, że nie ma tak, że kogoś do czegoś przekonam. Przekonać może prawo. Mój mąż przestał pić w Ameryce, bo wiedział, że tam nikt nie przymknie oczu na to, że wykładowca na zajęcia ze studentami przychodzi na rauszu. Pijesz? To nie pracujesz. Proste.

Prawo prawem, ale jest jeszcze to niepisane. Na przykład takie, że ciężar prowadzenia domu cały czas spoczywa na barkach kobiet.
Powiem coś niepopularnego – nie współczuję tym, co ten ciężar dźwigają. Już pora, żeby zaczęły delegować zadania na innych domowników. Jeżeli tego nie robią, to znaczy, że decydują się, że tak ma być, i w głębi duszy prawdopodobnie czerpią z tego korzyści.

Jakie?
Czują się lepsze i tego im nie zabierzemy. Jeżeli kobieta nie potrafi czuć się lepszą inaczej niż tylko wtedy, gdy haruje za kogoś, uważając go za gorszego, to jej wybór. Bo wie pani, wiedza psychologiczna o tym, jak układać relacje, jak dbać o siebie – jest ogromna i łatwo dostępna. Wystarczy wejść do Internetu i wpisać „współpraca w małżeństwie”, i dostaje się tysiące artykułów, książek z całego świata. Jak tej wiedzy kobiety nie biorą, to niech nie narzekają. Nigdy nikogo nie uczyłam na siłę, bo wiem bardzo dobrze – uświadomili mi to mama i nauczyciele – że w uczeniu czy życia, czy dobrych relacji, czy wiersza największą rolę odgrywa udział własny. Myśmy nawet z Wiktorem wymyślili pewne równanie, ono odnosi się do wszystkiego, czego chcemy się nauczyć: liczba punktów za wiedzę pomnożona przez wkład własny.

Załóżmy, że chcemy nauczyć się asertywności, bo to akurat jest potrzebne wielu kobietom. Pomocny jest tu nauczyciel, czy to w formie książki, artykułu, czy terapeuty. Kobieta czyta na przykład, że trzeba dbać o swoje potrzeby, myśli nawet: „Świetny artykuł!”, czyli dajemy 10 punktów za źródło wiedzy. Odkłada artykuł i słyszy, jak mąż znad gazety pyta: „A obiad?”. Zamiast powiedzieć: „Dzisiaj, mój kochany misiu, zjemy kanapki, bo nie miałam siły na robienie obiadu” (albo „czytałam książkę”), biegnie gotować. Czyli wnosi zero wkładu własnego, żeby coś zmienić. Ile jest 10 razy zero?

Zero.
No właśnie. A inna kobieta przeczytała, dajmy na to, w „Płomyczku Katolickim” jedno zdanie, że musi szanować siebie, i pomyślała: „Dzisiaj mam zły dzień, więc powiem domownikom: »Kochani, zróbcie na obiad co chcecie, chętnie dam się zaprosić«”. I jak myśli, tak robi. Czyli choć ten „Płomyczek” dał jej tylko 3 punkty w skali jakości wiedzy, to ona wniosła 10, a 3 razy 10 równa się 30. Czyli nastąpiła u niej zmiana 30-procentowa! Kobiety są przeciążone, zgoda. Czyżby jednak nie wiedziały, co robić? Nie! Im się po prostu nie opłaca czegoś robić.

Nie opłaca?
A tak. Bo jak nic nie zmienią, to będą zawsze mogły powiedzieć: „O jaka ja biedna, jak mi się źle żyje, och, ci mężczyźni, ach, gdyby nie było dzieci” itd.

Trzeba oczywiście podawać kobietom dobre przykłady dbania o siebie, ale czy zastosują je w swoim życiu, zależy tylko od nich. Ta zasada dotyczy także ludzi uzależnionych. Jak kobieta mówi mi, że nie wie, co robić, bo jej mąż pije, to ja odpowiadam: „A czytała pani coś na ten temat, była pani w poradni?”. Ona chce, żebym ja zadbała o to, żeby jej mąż nie pił. A z jakiej racji mam o to dbać? Mogę ją wesprzeć, ale to ona sama musi przekuć to w czyny. Tego nauczyło mnie amerykańskie doświadczenie, tam nikt nie robi za kogoś tego, co ten ktoś może zrobić sam za siebie.

Czasami jedno zdanie może komuś otworzyć oczy.
Zgoda, to zdanie brzmi: „Kobieto, weź odpowiedzialność za swoje życie, powiedz »nie«”. Nadal piszę i pracuję z myślą o kobietach, ale nie ubolewam, że im ciężko. A pani ubolewa. Proszę pojechać do Danii na pół roku, poobserwować Dunki, to pani się z tego wyzwoli. Dunki są z siebie zadowolone, w ogóle nie farbują włosów, ćwiczą, jeżdżą na rowerach, w wieku 60 lat mają kochanków, wiedzą, że ich wartością nie jest to, żeby wyglądać jak modelka. Dunka ma studia albo nie ma, pracuje w sklepie albo na uniwersytecie. Nie robi z siebie cierpiętnicy – nie chce gotować obiadu, to ogłasza to rodzinie i nikt nie ma jej tego za złe. Nie mówię, że wszystko gdzie indziej jest lepsze niż u nas, natomiast są rzeczy, których warto się od innych uczyć.

Czego najbardziej powinna się nauczyć Polka?
Jak czegoś nie chcesz robić, to nie rób, ale wtedy albo będzie niezrobione, albo zorganizujesz zastępstwo. Mam takie powiedzenie, okropnie denerwujące, nawet mnie samą, bo gdy kiedyś ktoś mi je powiedział, to się wściekłam, a brzmi ono: Zawsze znajdujesz się w tym miejscu, w którym chciałaś być.

Kobieta nie chce żyć z przemocowym mężczyzną!
Tak? To dlaczego od niego nie odejdzie? Owszem, jako 11-letnia dziewczynka patrzyła na mamę, ciocię, które nie odchodziły od przemocowych mężczyzn, ale jest już dorosła i może odejść. To się nazywa odpowiedzialność za swoje życie. Koniec z alibi, że ktoś miał złe dzieciństwo. Psychoterapeuci latami trzymają kobiety na terapii, bo miały złe dzieciństwo. A ja mówię: „Proszę wyjąć dowód osobisty i spojrzeć, ile ma pani lat. Więcej niż 13? To co pani dzisiaj zrobi tatuś albo mamusia?”. Za dwa dni dostaję SMS-a: „Eureka, moje życie zależy ode mnie”. Oczywiście, bywają sytuacje patologiczne, gdy potrzebna jest interwencja z zewnątrz, ale w większości przypadków wystarczy własna decyzja, własny wybór.

Trzeba jednak słono za ten wybór zapłacić. Może tej ceny boją się kobiety?
Może, bo za uwolnienie się od roli opiekunki rodu, służącej, wykonawczyni poleceń cena jest taka, że mnie potem za bardzo nie chcą. Wiele kobiet z mojego pokolenia zajmuje się wychowaniem wnuków, a potem narzeka, że są wykończone. Moja mama mawiała: „Gdyby stare kobiety miały zajmować się dziećmi, toby je rodziły”. Koleżanki pytały mamę: „Dlaczego nie pomagasz bardziej Ewuni?”. Mama była ukochaną babcią i mile widzianym gościem, ale żeby wychowywała moje dzieci? W życiu! Tymczasem w Polsce jest dużo niepisanych przepisów na życie kobiet i one bez szemrania je przyjmują, zamiast każdorazowo weryfikować. Mama tak żyła, babcia, ciocia? A ja tak nie chcę. Będę żyć według swojego przepisu.

 

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze