fbpx

Kryzys ma kilka faz, ostatnia może być dla nas szansą. Rozmowa z psycholożką Marią Rotkiel

Kryzys ma kilka faz, ostatnia może być dla nas szansą. Rozmowa z psycholożką Marią Rotkiel
To od nas zależy, czy kryzys będzie okazją do uporządkowania pewnych spraw, nie bójmy się z niej skorzystać. (Fot. iStock)

Każdy kryzys to sprawdzian dla nas samych, naszych relacji, stosunku do pracy i świata. To dobra okazja, by przyjrzeć się sobie i rzeczywistości wokół.

 

Kryzys bywa szansą dla wielu związków, nie tylko miłosnych. Ale bywa też ich końcem. Sądzisz, że koronakryzys okaże się papierkiem lakmusowym dla ważnych relacji w naszym życiu? Pokaże, na ile są one istotne, ale też dla nas dobre?
Każdy kryzys, także ten, którego teraz doświadczamy, jest swoistym sprawdzianem dla relacji, a przede wszystkim dla nas samych. Na pewno może pomóc nam zdiagnozować najsłabsze punkty – czyli jeżeli czegoś w danej relacji nie potrafiliśmy pokonać albo jeśli coś w niej zaniedbaliśmy – to nam to w czasie kryzysu wyjdzie. I dobrze. Bo dostaniemy szansę, by nad tym popracować. Jeśli na przykład podczas tygodni spędzonych w domu okaże się, że w dłuższej perspektywie się ze sobą nudzimy – to o czymś to przecież świadczy i coś ważnego nam komunikuje. Może zobaczymy, że mamy do siebie mniej cierpliwości, albo że nie możemy na siebie liczyć. Może być też tak, że kryzys pozwoli nam uświadomić sobie, że coś było puste, powierzchowne, że nie wnosiło już do naszego życia żadnej wartości.

Kryzys, przez który przechodzimy, wymaga od nas bycia bardziej osadzonymi w tu i teraz, w dodatku skoszarowanymi na mniejszej przestrzeni – a to motywuje do tego, by się sobie bardziej przyjrzeć. Moim zdaniem to przyniesie nam bardzo dużo dobrego. Umożliwi zrobienie porządków w naszym życiu. To, co było wartościowe, ale zaniedbane – wzmocnimy. Rzeczy niepotrzebne i bezwartościowe będziemy mogli pożegnać, w dodatku wzmocnimy siebie, bo nigdy wcześniej nie mieliśmy na to tyle czasu.

Obserwuję innych, obserwuję siebie, ale też obserwuję swoich pacjentów i widzę różne zmiany, w zależności od tego, w jakiej fazie kryzysu jesteśmy.

Właśnie, opowiedzmy o tych fazach…
W kryzysie, tak jak w procesie żałoby, wyróżniamy kilka charakterystycznych faz. Pierwsza faza to niedowierzanie i wypieranie. Wydaje nam się, że to jest jakiś żart albo że wszystko jest wyolbrzymione i na pewno za chwilę minie. Potem przychodzi faza lęku i niepokoju. Następnie, paradoksalnie może pojawić się faza rozprężenia i euforii na zasadzie: „no fajnie, to wykorzystajmy ten czas”, ale chwilę potem witamy fazę znużenia, apatii, zmęczenia i smutku. Wreszcie przychodzi ostatnia faza: faza korzyści. Pora na zebranie tego wszystkiego, czego się dowiedzieliśmy o sobie i o innych w tym czasie, czego się nauczyliśmy. Gdy rozmawiam ze swoimi pacjentami, widzę, że oni już wyciągają wartościowe wnioski. Na przykład mają o wiele częstszy kontakt ze swoimi rodzicami i dziadkami – mówię tu głównie o dwudziestoparolatkach. Do tej pory spotykali się z nimi raz na miesiąc czy raz na dwa tygodnie, a teraz codziennie rozmawiają przez telefon. Przecież to jest cudowne! Albo trzydziestoparolatkowie mówią, że zaczynają grać z dziećmi w gry planszowe czy zgadywanki i odkrywają, że zabawa z kilkulatkiem może być bardzo odprężająca. Brawo!

Ja myślałam o jeszcze innej korzyści: mianowicie takiej, że to może być dla nas detoks od wielu osób, które na co dzień nas bardziej osłabiają niż wzmacniają.
Jestem przekonana, że jak sytuacja wróci do tzw. normalności, wiele osób wprowadzi bardzo pozytywne zmiany. Na przykład przeorganizuje swoje relacje, znajdując w sobie pewność i siłę potrzebną do tego, by pożegnać te, które były toksyczne, przemocowe i nam szkodziły. Wiele osób przeorganizuje swój sposób funkjonowania – przestaną robić rzeczy bezsensowne, które ja nazywam kręceniem się w kółko. Mam tu na myśli na przykład niekończące się spotkania w pracy, które można by skrócić do 20 minut wymiany konkretnymi informacjami. Zobaczymy, że traciliśmy na to mnóstwo czasu i energii. Teraz, kiedy wielu rzeczy nie robimy, jesteśmy w stanie zweryfikować, które z nich wnosiły coś do naszego życie – i do nich wrócimy, a które nie – i trzeba będzie je wyeliminować. Ja na przykład podjęłam wiele bardzo ważnych postanowień na temat tego, co zrobię nowego, do czego wrócę, a do czego już nigdy w życiu. To jest dla nas bezcenny czas kontempalcji, o tyle trudny, że nam narzucony. I nawet jeśli mieszkamy z wieloma domownikami, a każdy z nich przeżywa swoje frustracje, to z pewnością i tak dociera do nas mniejsza ilość bodźców. Orientujemy się, że byliśmy przebodźcowani. Za dużo było informacji, niekonstruktywnych aktywności, za dużo bezsensownych relacji. I jestem przekonana, że to zmienimy. Bo wrócimy do codzienności z większą energią, może trochę zmęczeni, ale na tyle stęsknieni za aktywnością, że jeśli tę energię dobrze wykorzystamy, to naprawdę odnowimy swoje życie.

Ten czas może sprzyjać introwertykom, a być wyzwaniem dla ekstrawertyków. Ci pierwsi czują się jak ryby w wodzie. Ci drudzy cierpią z powodu zbyt małej ilości bodźców, i to wywołuje w nich dodatkowe napięcie.
Obecnie jest wiele źródeł napięcia, są nimi też różnice temperamentalne. Jedna osoba może czuć się przebodźcowana, druga może chcieć się właśnie dobodźcować. Ja widzę w tym jeszcze takie zagrożenie, że introwertycy mogą się zbytnio obudować w swoich samotniach, za bardzo wymościć w strefie komfortu i może im być trudno wrócić potem do codzienności po wirusie. Ekstrawertycy przerzucili obecnie całą swoją działalność na media społecznościowe i Internet. Czy będa umieli zmniejszyć tę aktywność po pandemii? Tak samo trudno może być osobom z nerwicą natręctw, która objawia się kompulsją mycia rąk – one teraz są w swoim żywiole. Tyle że intensyfikacja tego objawu może być nie do wygaszenia w czasie, gdy mycie rąk nie będzie już tak często zalecane. Jak widać odmienna rzeczywistość może być też wodą na młyn dla różnych naszych problemów.

Ludzie mają bowiem taką tendencję, że łapią to, do czego jest im najbliżej, co na dłuższą metę może być dla nich destrukcyjne. Osoby, które nadużywały alkoholu, teraz nadużywają go bardziej. Ci, którzy nadużywali mediów społecznościowych, podwójnie przesadzają z byciem on line. A ci, którzy potrzebowali izolacji, mogą się odizolować w sposób, który sprawi, że zatracą równowagę. Kryzys jest więc okazją, ale niesie też za sobą zagrożenie. Ryzyko, że zatrzymamy się na jakimś jego etapie, utkniemy w pewnych wzorcach zachowań i nowych nawykach, które nam się na tyle utrwalą, że z nami zostaną. To tak jak ludzie po wojnie, którzy cały czas mają poczucie zagrożenia albo zawsze starają się mieć zapasy jedzenia w domu. Czy żołnierze, którzy wracają z frontu z objawami stresu pourazowego. Zespół stresu pourazowego polega między innymi na tym, że my się kotwiczymy w jakimś schemacie, który na okoliczność, kiedy byliśmy poddani traumie, był adaptacyjny. Czyli: broń się, atakuj, bądź czujny, uważaj, nie pozwalaj sobie na słabości. Ale jak wracamy do normalności, ten schemat nie jest już przydatny, a z nami zostaje.

Dlatego to będzie duże wyzwanie, żeby z tego kryzysu wyciągnąć to, co dobre, ale też zauważyć, czy nie przenosimy czegoś, co nam jakoś w kryzysie służyło albo wydawało nam się, że służy, a tylko maskowało pewne rzeczy – do codzienności, w której nie jest już nam potrzebne. Dlatego trzeba się sobie w tym kryzysie uważnie przyglądać i odróżniać: na co mam wpływ a na co nie, co jest konstruktywne, a co jest ryzykiem.

Olga Tokarczuk w felietonie dla „Frankfurter Allgemeine Zeitung“ napisała, że poza korzyściami, jakie ten kryzys nam da – np. będziemy pamiętać o tym, jak delikatni są nasi dziadkowie i rodzice – może też uświadomić nam to, do czego wcale nie chcielibyśmy się przyznać: że rodzina nas męczy, że więzi małżeńskie dawno już zetlały.
Tak, to są te ryzyka. Natomiast konkluzja, że rodzina nas męczy, ustawia nas dopiero w połowie drogi. Bo sama refleksja nie wystarcza, żeby coś się zmieniło. Potrzebne jest pytanie: co my z tym zrobimy? Powiemy: „do widzenia państwu, ja mam was dosyć”? Czy może zastanowimy się, dlaczego ta rodzina tak męczy i co wymaga zmiany. Albo co ja sama mogę zmienić i do czego mogę zmotywować bliskich. Świadomość, że ktoś mnie denerwuje i życie z nim jest trudne, jeszcze nie musi nic oznaczać. Ważne jest, jak ja to zakomunikuję, jak się zachowam i co ta druga osoba z tym zrobi. Mogę się też zastanowić, co takiego ja robię, że mój małżonek odpowiada zachowaniem, które mnie denerwuje. Z relacją jest jak z tańcem – potrzebne są do niej dwie osoby. Ty też możesz zaproponować zmianę rytmu czy stylu tego tańca. Ja bym się więc nie bała trudnych refleksji, bo one nam podpowiadają, co można naprawić. Tak jak patrzę na swoje mieszkanie i myślę sobie teraz: tu pomaluję ścianę, a tu przesunę komódkę i wreszcie będzie trochę miejsca.

A jeżeli się okaże, że jakaś relacja, ta najbliższa, straciła rację bytu, że nie jesteśmy siebie nawzajem ciekawi, że nie darzymy siebie głębokimi uczuciami, że nasze dotychczasowe życie polegało na w miarę dobrze zorganizowanej współpracy, ale było puste i nic pod spodem się nie tliło – to dajmy sobie szansę na coś nowego. To od nas zależy, czy kryzys będzie okazją, nie bójmy się z niej skorzystać.

Maria Rotkiel – terapeutka, psycholożka, trenerka rozwoju zawodowego, autorka poradników

 

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
?>