fbpx

Kryzys uelastycznia

Kryzys uelastycznia
Ilustracja iStock

Jesteśmy uwięzieni w domach z bliskimi. I trzeba się jakoś ze sobą dogadać. Będziemy się kąsać wzajemnie, tego nie da się uniknąć, ale ważna jest skala tych ukąszeń. Nie oczekujmy od siebie cudów, nikt z nas nie wie dziś dokładnie, co robić. Spróbujmy dopasować to, co wiemy, co umiemy, do tego, co się teraz dzieje. Skorzystajmy z jej empatii, wrażliwości, ufności, ale jednocześnie z jego chłodnego oglądu sytuacji, grubej skóry. I z humoru, nadziei. Z radości naszego dziecka. Wszystkie ręce na pokład. Potrafimy to przetrwać! – mówi Michał Pozdał, psychoterapeuta.

Zawsze mówiło się, że kiedy człowieka dotyka kryzys, najlepiej być wtedy z bliskimi. Dziś kryzys dotknął nas wszystkich, wszyscy jesteśmy z bliskimi. Zamknięci. I coraz częściej mówimy, że nie jest łatwo…
Na początek nasuwa się pierwsze pytanie: Czy ci, z którymi jesteśmy w relacjach, ci, z którymi mieszkamy pod jednym dachem, rzeczywiście są nam bliscy? I drugie: Co w ostatnich miesiącach, a raczej latach robiliśmy z tymi naszymi „bliskościami”? Czy o nie dbaliśmy, czy je ceniliśmy, czy może „jakoś to było”? Jeśli to ostatnie, może być trudniej.

Ale trudniej nie oznacza jeszcze beznadziejnie, prawda?
Rzeczywiście, zgłasza się do mnie teraz bardzo dużo ludzi, którym we własnych domach jest ciężko: obco, niespokojnie itd. Przeczytałem wczoraj artykuł na portalu BBC, a w nim spekulacje prawników dotyczące prawdopodobieństwa zwiększenia się liczby rozwodów, kiedy pandemia minie.

W Chinach podobno już ma to miejsce.
Wszyscy jesteśmy pod ogromną presją. Boimy się samej choroby, czyli boimy się zwyczajnie śmierci, boimy się o nasze dzieci, o starszych rodziców, ale boimy się też kryzysu gospodarczego, czyli tego, że stracimy źródło dochodu. I na bazie tych lęków w wielu domach zaczyna się nieprzyjemny ping-pong. Obwiniamy siebie wzajemnie, na przykład o to, że nie zapewniliśmy sobie zasobów, które w tym dramacie pomogą przetrwać, przeczekać. W tych okolicznościach wychodzą rozmaite rzeczy – na przykład że nie możemy na siebie wzajemnie liczyć, nie umiemy okazać sobie wsparcia. Mam poczucie, że ludzie dzisiaj naprawdę cierpią.

Cierpimy masowo?
Oczywiście, muszę brać pod uwagę, że moja percepcja naznaczona jest zawodem, który wykonuję. Terapeuta siłą rzeczy ma do czynienia z obolałymi emocjonalnie osobami. Ale rzeczywiście teraz, z każdym dniem, jest tych osób coraz więcej. Ludzie cierpią także dlatego, że czasem czują się – przebywając ze swoimi bliskimi w jednym domu – bardzo samotni.

Od czego zależy to, czy będziemy umieli się tym naszym lękiem „podzielić”, obniżyć jego poziom, choćby mówiąc o nim, rozmawiając o nim z mężem, partnerką czy przeciwnie – rozpoczniemy teraz dochodzenie, by znaleźć winnego?
Wiele zależy od tego, czy mamy umiejętność oraz możliwość „zdrowego” regulowania emocji. Ono składa się z kilku etapów: trzeba wiedzieć, że w ogóle odczuwa się jakąś emocję, czyli na przykład „boję się”. Następnie trzeba wiedzieć, skąd jakaś emocja się wzięła, czyli na przykład: „Boję się, bo moja firma została czasowo zamknięta, a ja jestem na prowizji, więc nie dostanę pieniędzy przez najbliższy czas”. I w końcu ostatnia faza – wentyl. Ta emocja musi mieć ujście. Jeśli umiem i mam możliwość choćby, tak jak pani powiedziała, opowiedzenia o tym komuś, a ten ktoś – mówiąc językiem terapeutycznym – skonteneruje tę moją emocję i ją odzwierciedli, czyli powie na przykład: „Rozumiem, że się boisz, wiem, że jest ci ciężko”, poczujemy często niedocenianą, ale naprawdę znaczącą ulgę. Jednak to jest dojrzała forma działania. W wielu domach ten scenariusz ma, niestety, inny przebieg. Albo nie umiemy powiedzieć, co czujemy – bo w zupełnie inny sposób regulowaliśmy dotąd swoje emocje: sięgaliśmy po alkohol, trenowaliśmy do utraty tchu na siłowniach, robiliśmy nałogowo zakupy, jedliśmy czekoladę za czekoladą itd., albo nawet kiedy się odważymy i powiemy o swoim strachu, zamiast wzmocnienia z drugiej strony popłyną na przykład takie słowa: „Zawsze byłeś nieudacznikiem, a teraz mamy tego potwierdzenie”.

Kryzys uelastycznia
Ilustracja Anna Rudak

Poziom napięcia sprawia, że zaczynamy wywlekać żale nagromadzone przez lata?
Niestety, tak.

A może to dobrze? Może to przyczyni się do oczyszczenia sytuacji? Teraz siedzimy w domach, mamy więc czas na ważne rozmowy, na które w „normalnych” warunkach czasu nam nigdy nie starczało…
Nie, to nie jest dobry pomysł. Szczerze doradzam, żeby te duże sprawy, duże nieporozumienia zdecydowanie zostawić na lepsze czasy. Nie teraz. Dziś tego nie udźwigniemy! Takie odłożenie będzie wymagało od nas autorefleksji, czyli wysiłku, ale uchroni przed jeszcze większą katastrofą.

Wszyscy znaleźliśmy się w absolutnie bezprecedensowej sytuacji, trzeba o tym pamiętać, a raczej wciąż sobie przypominać.
Poza lękiem ta sytuacja wyzwala w nas też ogromne pokłady złości. I co z nią począć? Na kogo się złościć? Na koronawirusa? Bez sensu, to niewdzięczny odbiorca. Pod ręką mamy tylko bliskich. Ale nawet w takiej sytuacji można doszukać się czegoś, co być może znajduje się pod spodem i nie jest negatywne na poziomie intencji – upust złości skierowany do konkretnej osoby bywa próbą, może nieudolną, ale jednak nawiązania relacji, kontaktu, jakiejkolwiek łączności z drugim człowiekiem.

Czy możemy dziś korzystać jedynie z zasobów, które zgromadziliśmy kiedyś, czyli czy jesteśmy skazani na danie, które wcześniej sobie ugotowaliśmy?
Nie, nie jestem deterministą. Jasne, najprostszy mechanizm to działać jak zawsze. Ale można ten automatyzm w sobie zatrzymać. Tak jak nie uważam, że jeśli w naszym dzieciństwie nasze emocje nie były odzwierciedlane, ten fakt zdeterminuje całe dalsze życie, czy że jeśli w dzieciństwie nie mieliśmy bezpiecznej więzi, nigdy jej nie zbudujemy – tak samo nie powiem, że jeśli nasz związek szwankował w „normalnych” warunkach, dziś może być już tylko gorzej. Człowiek z natury jest istotą elastyczną, a w kryzysie – jeśli mamy względnie „zdrowy” charakter – uelastycznia się jeszcze bardziej. Jesteśmy w stanie uruchamiać zupełnie nowe umiejętności, niewykorzystywane wcześniej zasoby. Chcę przez to powiedzieć, że – generalnie – jesteśmy zdolni, żeby emocjonalnie przetrwać ten ogromny kryzys, w którym się znaleźliśmy. Jesteśmy w stanie przetrwać go w naszych związkach, w naszych rodzinach. Choć, oczywiście, w niektórych przypadkach ten czas bycia non stop razem może okazać się tak naprawdę pierwszym czasem spędzonym rzeczywiście wspólnie i stać się katalizatorem podjęcia decyzji, że nie jest nam w tym duecie po drodze. Ale myślę, że to będą raczej pojedyncze historie.

Jakie niewykorzystywane zasoby warto teraz uruchomić?
Trzeba na początek powiedzieć, że będziemy się kąsać wzajemnie, tego nie da się uniknąć, ale też nie należy tego unikać, bo stworzymy sztuczną, zresztą prawdopodobnie jedynie tymczasową, sytuację. Istotna jest skala tych ukąszeń, ich eskalacja. Należałoby wprowadzić kilka zasad. O jednej z nich już wspomniałem – duże konflikty zostawiamy na potem. Spróbujmy też zmienić trochę język komunikacji, wyrzućmy z niego wszystkie zwroty typu: „Ty zawsze”, „ty nigdy” itd. Wyeliminowanie ich sprawdza się w ogóle, ale dziś zdecydowanie bardziej nam to potrzebne – na przykład dlatego, że obecnie po tym, jak sobie „nawkładamy”, ona nie pojedzie z winem do przyjaciółki się wyżalić, a on nie pójdzie na siłownię.

Wszelkie wymiany zdań trzeba ucinać w odpowiednim momencie…
Tuż przed tymi popularnymi wytrychami: „Ty zawsze”, „ty nigdy”. Namawiam też do zrobienia takiego researchu swoich potrzeb związanych z drugą osobą, z pozostałymi domownikami: Jakie mamy wobec siebie oczekiwania? Ale chodzi o oczekiwania dotyczące tego, co tu i teraz, a nie odległej przyszłości, nawet nie tego, co za miesiąc, bo nie wiemy, co będzie za miesiąc… Chodzi o oczekiwania na jutro, na pojutrze. Oczekiwania zupełnie przyziemne, dotyczące funkcjonowania domu, opieki nad dziećmi, odpoczynku itd. To warto nawet wspólnie spisać: co mogę zrobić dla ciebie, co ty dla mnie, czego potrzebuję od ciebie, a czego ty ode mnie. Ale – i to bardzo ważne – nie oczekujmy od siebie zbyt wiele.

To znaczy?
To znaczy niech pani nie oczekuje od partnera, że na przykład będzie dokładnie wiedział, co robić, jak was chronić, bo sytuacja jest tak ekstremalna i nowa dla nas wszystkich, że dziś nikt tego dokładnie nie wie! Spróbujmy raczej, każdy z osobna, ale też jako para, jako rodzina, dopasować to, co wiemy, to, co umiemy, do tego, co się teraz dzieje. Skorzystajmy z jednej strony z jej empatii, wrażliwości, ufności, ale jednocześnie – z jego chłodnego oglądu sytuacji, grubej skóry. I z humoru, nadziei. Radości naszego dziecka. Wszystkie ręce na pokład.

Dziecko, no właśnie. W jednym domu jest małe i nudzi się do granic możliwości, w innym jest nastoletnie – przerażone, czy będzie miało egzamin ósmoklasisty, maturę, kiedy wróci do szkoły stęsknione za rówieśnikami. To też są sytuacje, które potęgują napięcie w domu.
Złota zasada – dziecko, i małe, i większe, jak tlenu potrzebuje rutyny oraz granic. A teraz – w kryzysie – potrzebuje ich jeszcze bardziej. To nasze domowe życie, funkcjonowanie, nie powinno stać się teraz takie rozlazłe, choć okoliczności bardzo temu sprzyjają. Sprzyjają temu, by wstawać, jeść, pracować, ćwiczyć, oglądać telewizję o różnych porach. To nam nie pomaga. Dzieci, ale nie tylko one, my, dorośli, również, potrzebujemy porządku, rutyny – ona daje nam poczucie bezpieczeństwa.

Napięcie w rodzinie bardzo się też potęguje przez tzw. jątrzenie. Wielu z nas ma do niego skłonność, dotyczy to i rodziców, i dzieci, folgujemy sobie w ten sposób. To teraz sobie tak nie folgujmy, sytuacja jest trudna i każdy z nas zapala się o wiele szybciej. Będziemy skłonni, by pokłócić się naprawdę o cokolwiek. Pewien mężczyzna opowiadał mi wczoraj, że pokłócił się z partnerką o to, który serial będą oglądać. I pożarli się tak bardzo, że w konsekwencji nie obejrzeli niczego. Milczeli do rana. Ludzie kłócą się o podejście do koronawirusa! Ona, według niego, histeryzuje. On, według niej, bagatelizuje zagrożenie. Takie sytuacje będą się dziś częściej zdarzać w wielu domach, bo większość z nas sparaliżowana jest strachem.

Pamiętajmy też o komunikatach „ja”! To znaczy: „Ja się źle czuję, kiedy…”, a nie: „Ty jesteś głupi, bo…”. To są podstawy, wiem, ale te podstawy mogą nas uratować. Dziś są nam jeszcze bardziej potrzebne niż wcześniej. To wszystko, o czym teraz mówimy, to jest być albo nie być dla naszych związków, rodzin.

Właściwie wszyscy teraz skupiamy się tylko na jednym: Co zrobić, by nie zachorować? I tyle.
I to niedobrze. Trzeba stworzyć, w ramach możliwości, mikroświat, w którym jest miejsce też na przyjemność każdego z nas. Niech będzie nią założenie słuchawek i odcięcie się od domowników na godzinę, wyjście w pojedynkę na spacer, kupienie czegoś przez Internet, zjedzenie lodów, cokolwiek. Dzisiaj, uwięzieni pod jednym dachem, bardziej niż kiedykolwiek musimy pamiętać, że nie jesteśmy dwiema połówkami jednego jabłka! Jesteśmy różni. I każdy z nas potrzebuje czegoś innego. Nie musimy robić wszystkiego wspólnie. Jeśli ktoś potrzebuje obejrzeć horror, niech obejrzy. A potem druga osoba niech włączy sobie musical. Zadbajmy, poprzez drobiazgi, o minimalny komfort psychiczny.

A może: nie czas żałować róż, gdy płoną lasy…?
Należy ich żałować, bo jeśli tego nie zrobimy, pandemia zbierze o wiele większe żniwa. Wyjdziemy z niej tak pokiereszowani emocjonalnie, że lata będziemy leczyć nasze dusze. Zróbmy więc wszystko, by ocalić nie tylko nasze życie w sensie dosłownym, ale też nasze emocje, nasze związki, nasze rodziny. Potrafimy to zrobić.

Michał Pozdał, psychoterapeuta, seksuolog, wykładowca Uniwersytetu SWPS, założyciel Instytutu Psychoterapii i Seksuologii w Katowicach. Prowadzi konsultacje online.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
?>